Niedziela okazała się najlepsza z całej wyprawy na Atacamę. Miałam przeczucie, że laguny wśród pastelowych gór mnie zachwycą. Zwłaszcza, że przy odrobinie szczęścia mieliśmy zobaczyć też flamingi.

Wstaliśmy znowu wcześnie rano, po 3 godzinach spania, bo nieco przybalowaliśmy z Ale i Pancho.  (Rano poczuliśmy, że nie był to zbyt dobry pomysł haha). Wszystkie zdjęcia sa więc w okularach 🙂 A serio to słońce pięknie grzało i nie pozwalało zdjąc ich ani na chwilę. Na pierwsze miejsce – Salar – przybyliśmy trochę za późno, żeby zobaczyć świt (te trasę znowu robiliśmy busikiem, wyjazd był o 6 rano), ale za to udało się podejrzeć przechadzające się flamingi. Woda Jeziora Solnego jest przepięknie błękitna i przejrzysta, przy brzegu widać dno na kilka metrów wgłąb. A wszystko otoczone jest górami, wulkanami i skałami pokrytymi solą. To było jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam podczas wyprawy, i w życiu. Dobre było też to, że wykupowane przez nas wyprawy busem zawsze zawierały w planie sporo czasu wolnego na samowolne przechadzanie sie po terenie i pstrykanie fotek do woli. Nad jeziorem solnym posiedzieliśmy godzinke, zjedliśmy też sniadanie i ciężko będzie takie śniadanie zapomnieć:)

Po śniadaniu ruszyliśmy nad Lagunę Miscanti. To miejsce rozłożyło mnie na łopatki. Jechaliśmy sobie busikiem krętymi drogami wśród gór, aż przed moimi oczami ukazał się wielki kawał głębokiego błękitu. Kolor tej laguny jest niesmamowity i po raz kolejny pomyślałam, że brak mi słów, żeby opisać to co widzę, na co i teraz cierpię, próbując choć trochę nazwać moje wrażenia.

Od tej pory wybraliśmy już piesze przemieszczanie się. Czekały nas jeszcze dwie laguny. Dystanse między nimi nie są bardzo duże, ok. godziny marszu, ale wieje niesamowicie i czasem predkość wynosi 1 krok na sekundę haha. Frajda spaceru jest za to niesamowita, zwłaszcza jak się potem widzi jak wielką dolinę się przeszło własnonożnie 🙂 W ten sposob doratlismy do bliźniaczej Laguny Miñique, ale najlepsze bylo dopiero przed nami!

ja laguna

minique

W tym miejscu wiatr urywał glowy, na tyle, ze nasz przewodnik powiedział co miał powiedziec i schował się do busa. Po prawej rozciągał się widok na Salar de Talar, gdzie w planach mieliśmy piknik (żołądki krzyczaly od dawna). Żeby dojść, nazwijmy do małej polanki wśród skał, gdzie nie wiało aż tak strasznie, trzeba było przejść przez spory odcinek zupełnie bez osłon, gdzie wiało strasznie. Przewodnik zasugerował, żeby podjechać busem, ale kiedy dodał, że jeśli chcemy może z nami iść – poszliśmy:) I to byla najlepsza część wyprawy! Jak chodzenie na Księżycu:) Zwłaszcza, że widok na Salar de Talar z tamtej strony był o jeszcze jedno niebo lepszy. Laguna w dolinie, otoczona pastelowymi górami i skałami to mój number one wyprawy na Atacamę. Nie mogłam oderwać oczu i chciałabym, żebyscie wszyscy to zobaczyli kiedyś na własne. Zdjęcia oddają tylko część… Asiek, Robert, Mariusz, Miszczu, wszyscy byliście tam wtedy ze mną. Dorota mam nadzieję, zobaczy to już niebawem (kibicuję zbieraniu na bilet). Podejrzewam, że więcej Cię już przekonywać nie trzeba:) Ja się wzruszyłam, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy w zyciu zobaczyłam ocean.

W drodze powrotnej zobaczyliśmy też miasteczko Toconao, jedno z niewielu w tym rejonie i równie niewiele się tam dzieje:) W poniedzialek o 15.00 mieliśmy już autobus do Calamy, a stamtąd samolot do Santiago, więc poszwędaliśmy się po samym miasteczku San Pedro. Był to akurat dzień Świętego Piotra i Pawła, imiennika miasteczka, więc planowana byla wielka fiesta, ale niewiedzieć czemu przesunięto ją rano na nastepny tydzień. Szkoda. Miałam zobaczyc taniec smoka:)
Tu kończę opowieść. Zzas się pakować, bo za 6 godzin jadę na lotnisko. Kuba czeka :)) Buziaki!
Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Leave a Reply