Meksyk

Morelia i okolice (Tzintzuntzan, Zamora, PATZCUARO)

By 12 sierpnia 2010 No Comments

Ostatnim autobusem z Taxco wrocilysmy do DF, a stamtad z samego rana ruszylysmy do Morelii. Czekal tam na nas moj znajomy, Fonso. To on bedzie naszym przewodnikiem przez najblizsze dni.

Kolejne 4-5 godzin drogi. Dojechalysmy poznym popoludniem,  w siarczystym deszczu. Tu wspomne o dalszym ciagu naszego fatum – w Meksyku codziennie padalo. Przez 2 tygodnie nie bylo miasta, do ktorego nie wjezdzalybysmy w deszczu i ktorego nie zwiedzalybysmy mokre. W przypadku Morelii tego wieczora zdazylysmy zobaczyc tylko plac glowny z katedra i uliczki naokolo, bo potem rozpetala sie burza, wiec poszlismy z Fonso na piwo:) Przyprowadzil ze soba znajomych, wiec mialysmy z Christel okazje do zasmakowania nocnego zycia w centralnym Meksyku. Wyladowalismy w jakims eleganckim, mlodziezowym barze w budynku ze szkla, gdzie ubrane bardzo turystycznie, nie czulysmy sie na miejscu w sensie modowym 😉 , ale piwo i rozmowa zajela nas wystarczajaco, by nie myslec o tym zupelnie.

MORELIA okazala sie dosc przecietnym miastem, zwlaszcza po zobaczeniu Taxco. Kolonialna zabudowa, bialo-rozowy kamien, dosc ladne (ale bez przesady) zocalo i glowna ulica sa ladne, ale reszta calkiem normalna. Uroku miastu dodaje nieco akwedukt wzdluz jednej z ulic w centrum i duza ilosc fontann i zieleni, a wielbicieli kosciolow zachwycilaby pewnie katedra Dziewicy z Guadalupy. My, mowiac szczerze, nastepnego dnia po 3 godzinach walesania siepo Morelii chcialysmy ruszyc dalej:) Tak tez zrobilismy, Fonso urwal sie z pracy, wzielismy samochod i ruszylismy po pobliskich pueblach.

Ah, maly PS: W Morelii nocowalismy u ciotki Fonso, bo mieszkala blizej centrum niz on. Na patio przed domem zaparkowany byl przepiekny Pontiac.. Kiedy zostalysmy na chwile same nie odmowilysmy sobie przyjemnosci strzelenia fotek i zajrzenia do srodka. Prosze nikomu nie mowic:)

TZINTZUNTZAN- ZAMORA – PATZCUARO

Jak wspomnialam kolejnego dnia ruszylismy z Fonso pobliskich miasteczek. Cala droge sluchalismy Depeche Mode, bo nasz kierowca jest ich wielkim fanem. Na pierwszy ogien poszlo miejsce o wdziecznej chinskobrzamiacej nazwie Tzintzuntzan (znaczy podno: miejsce pelne kolibrow). To tam najkolorowiej, najhuczniej i najslynniej obchodzi sie Dzien Zmarlych. Pewnie wiecie, ze w Meksyku wyglada to zupelnie inaczej niz w Polsce, na grobach robi sie wlasciwie wesola uczte. Slady tej tradycji widac w miescie przez caly rok, groby na tamtejszym cmentarzu i teraz przystrojone byly kolorowo. Glowny plac pelen jest straganow z rzeczami w klimacie Halloween, sa kosciotrupy, wisielce, wience do przystrajania grobow (ale wygladaja bardziej jak choinkowe) i inne takie. Mi najbardziej podobaly sie figurki kosciotrupow w przeroznych kreacjach i odslonach, wygladaly jak zywcem wyjete z filmow Burtona.

W Tzintzuntzan sa tez wazne ruiny, pozostalosci po prekolumbijskiej kulturze Tarasco,
ale pognalismy do nastepnego miasta…

(Do poczytania: http://www.mexicodesconocido.com.mx/tzintzuntzan-austeridad-sobria-y-misteriosa-michoacan.html)

Potem ruszylismy do miejsca, ktorego nazwy nie jestem pewna.. Jakas mala wies z przystania nad jeziorem. Pamietam, ze zaczynala sie na Z.. , wiec to chyba Zamora. Zrobilismy stopa, zjelismy nachos i rybke, pobujalysmy sie z Christel na hustawkach nad jeziorem i.. zaczelo padac..

Pelni nadziei, ze dzwieki, ktore slyszymy to nie nadchodzaca burza ruszylismy do trzeciego miejsca w planie podrozy – Patzcuaro. Szybko okazalo sie, ze jednak, ze na nadziejach sie skonczylo. Wjechalismy do miasta kiedy szalona burza szalala w pelni. Zaparkowalismy w porcie czekajac godzine, zeby choc troche sie wszystko uspokoilo, ale niestety nie zanosilo sie na jakakolwiek poprawe. A szkoda, bo gdybysy nie mieli przed soba sciany mgly i pary widzielisbysmy duze i klimatyczne jezioro, z wysepka:

No nic, pojechalismy do centrum miasta, zeby choc objechac plac glowny.  Nagle na chwile nadzieja na mniejszy deszcz wrocila i wyskoczylismy z samochodu na tamtejsze zocalo. Skonczylo sie jednak na zjedzeniu lodow pod dachem i wpakowaniu mokrych cial spowrotem do auta. Nie bylo szans w te burze nigdzie sie ruszyc:( Mowiac wprost –  wkurzylismy sie, bo miasto wygladalo calkiem ciekawie, ale takie jest ryzyko podrozowania w porze deszczowej.. Lody za to byly dosc oryginalne. Oprocz smakow takich jak tequilla czy whisky serwowali zaskakujace rodzaje: lody kukurydziane (!)i serowe. Zamowilam 2 ostatnie i musze powiedziec, ze po sprobowaniu smaku kukurydzy odruch mialam wymiotny ;))), ale co ciekawe po kilku lyzkach zaczely mi smakowac! Z serem nie mialam problemow, bo ser uwielbiam w kazdej postaci, jak sie okazalo – w postaci lodow te!

Wrocilismy do Morelii sluchajac w te burze Depeche Mode na volume up:) a w Morelii zaszylismy sie z kolegami Fonso w domu na tequille:) Viva Meksyk!

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Leave a Reply