Meksyk

Teotihuacan – magia i elektro

By 31 sierpnia 2010 2 komentarze

IMG_9261Meksykanska wyprawa zakonczyla sie mocnym akcentem. Nie mam tym razem na mysli akoholu, ale jeden z moich glownym celow mojej wyprawy do kraju tequilli. Marzylo mi sie zobaczenie Teotihuacanu i wspiecie na szczyt Piramidy Slonca. Ruiny miasta Aztekow oslawione sa ze wzgledu na szczegolna magie i wibracje, jakie sie podobno tam odczuwa.  Mam w sobie troche z ciekawosci archeologa i sporo fascynacji miejscami tak starymi, gdzie czuje sie w powietrzu oddech historii. Szczegolnie, jesli historia zwiazana jest z tak egzotycznym plemieniem.

Niedziela okazala sie przepieknie sloneczna. Po 2 tygodniach deszczu w Meksyku zaskoczyla mnie na tyle mocno, ze nie mialam ze soba blokera, ale mialam parasol. Uratowal mi tylek ( i skore), bo prazylo niesamowicie, juz po 1 godzinie na otwartej przestrzeni  mialam czerwone ramiona. Gdyby nie on, mialabym niezla pamiatke z  deszczowego przez caly pobyt Meksyku. Tamtejsze powietrze jest zreszta strasznie suche, wiec z ust zaczyna momentalnie schodzic skora i ciagle sie pic (nie zapomnijcie zapasu wody!). Pogoda i klimat zmienia sie wiec diametralnie, choc to tylko 50km od Mexico City (gdzie rano bylo zimno i mialo zamiar padac). W wyprawie towarzyszyl mi Fernando. Razem wspielismy sie na wszystkie 3 piramidy.

To co mnie zadziwia, to fakt jak wzniesiono te wszystkie giganty bez uzycia dzwigow (albo czegos podobnego) ani nawet metalowych narzedzi. Ot sila wlasnych rak. Wedlug legendy natomiast miasto zostalo zbudowane przez olbrzymow, jeszcze przed pojawieniem sie ludzi. To by wiele wyjasnialo:) Druga imponujaca sprawa to zielen trawy. Teotihuacan zwiedzaja miliony turystow, przy czym duze czesci trasy miedzy piramidami pokonuje sie idac normalnie i bez skrepowania po trawie. Tam musi byc jakas specjalna gleba, bo dawno powinna juz wyginac z zadeptania… Trzecia rzecz to ogrom miasta.  Kompleks ma 20 km kw., choc zwiedza sie wlasciwie obszar okolo 4. No i rzecz najciekawsza – akustyka. Doskonala akustyka. Aztekowie juz tyle wiekow temu odkryli te wszystkie prawa i zaleznosci! Podczas przechadzania sie pomiedzy piramidami udalo nam sie byc swiadkiem malej demonstracji. Kiedy bylismy w czesci La Ciudadela zatrzymala sie kolo nas zorganizowana grupa z przewodnikiem. Stojac pomiedzy dwiemia piramidami, jakies 5m od jednej i 100 od drugiej, mezczyzna zaczal klaskac. Dzwiek wrocil do nas, odbity od tej drugiej, dalszej budowli. Potem przewodnik zaczal isc rownlegle do piramid, nadal pomiedzy nimi i nadal klaszczac- dzwiek zmienial sie w zaleznosci od miejsca, a w pewnych momentach zanikal.

Inna sprawa jest, ze ta swietna akustyka przyczynia sie obecnie do psucia magii ruin. Niedaleko przebiega jakas ruchliwa droga, przy ktorej stoi pub z muzyka – o zgrozo – elektro i – o zgrozo- na full. Dzwiek niesie sie daleko, wlasciwie slychac go w calym Teotihuacanie, na szczycie Piramidy Slonca tez! Bylam tym zadziwiona, bo czulam sie jak na parkiecie dyskoteki. Jesli juz, spodziewalabym sie przynajmniej czesgos bardziej tradycyjnego, czegos meksykanskiego, a najchetniej spodziewalabym sie ciszy. A tu prosze, elektro. Naprawde psuje to magie miejsca… Moze dlatego nie moge potwierdzic, ze tak tak tak w ruinach czujesz jakies szczegolne wibracje i ducha. Ja czulam rytm elektro:P Moze juz Aztekowie wiedzieli, ze liczy sie pierdolniecie ;))) (ad.  Hitler w poszukiwaniu elektro:)

Potwierdzic za to moge, ze widok z Piramidy Slonca jest piekny. Choc w mojej wyobrazni zdawala sie wyzsza. Bylismy tam z Fernando w niedziele, wiec niestety bylo dosyc tlumnie – najpierw wielka kolejka przed piramida, zeby w ogole sie wspiac, potem tlum na samej budowli, w koncu tlum na szczycie. Trudno sie bylo dopchac do samiuskiego srodka, gdzie jest mala ‚dziura zyczen’ ;)) nie znalazlam w tej chwili lepszego okreslenia 😛  No bo tak…na samiuskim szczycie  jest dziura, wkladasz tam palec i obmyslasz zyczenie, dziura zyczen! W koncu udalo udalo sie, szepnelam Aztekom mala prosbe 🙂
Jak sie od magicznej dziury troche odejdzie mozna sobie usiasc i spokojnie wczuc w elektrobity;). Tak tez zrobilismy. I tak siedzac i patrzac wokolo, rzeczywiscie poczuc mozna, ze sie jest gdzies w innym swiecie.. Uwage od muzyki odwracaly latajace wokol nas motyle. Takie prawdziwe, zywe motyle, zadne tam amory 😉

Z Piramidy Slonca przeslismy Droga Umarlych w strone Piramidy Ksiezyca. Glowna aleja pelna byla sprzedawcow i nagabywaczy, co w polaczeniu z elektro sprawialo wrazenie targu. W ogole nie czulo sie, ze jest sie w wymarlym przed wiekami azteckim miescie, ale w centrum kulturalnym(nie wiem, moze jest tak tylko w niedziele?). Widoki i symbolika miejsca sie jednak bronily…

Po kilku godzinach w pelnym sloncu zlapalismy autobus do Mexico City. Ostatni wieczor spedzilismy z Muszkieterami w trojke. Rano szybkie zakupy tequlli w alkoholowym i pojechalam na lotnisko. W taksowce wdalam sie w urocza rozmowe z kierowca, ktory przekonywal mnie, ze powinnam wyjsc za Meksykanina, bo to takie dobre chlopaki. Ku rozczarowaniu Pana Leona wybralam jednak Chile i wsiadlam do samolotu 🙂

Juz wiem, ze do Meksyku wroce. Kierunek Chiapas i Palenque. Koniecznie!  Mam nadzieje, ze juz w przyszlym roku…
Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 2 komentarze

Leave a Reply