Meksyk

Mariachi, deszcze i dreszcze (SAN LUIS POTOSI, ZACATECAS)

By 24 października 2010 No Comments

Z Guanajuato ruszylysmy do San Luis Potosi. Potem do Zacatecas. Zdjecia z tej czesci wyprawy to te, ktorych czesc magicznym sposobem mi sie nie zgrala, wiec tym razem bedzie glownie opis. Szczescie w nieszczesciu – nie byly to najciekawsze miasta i foty wyprawy. Moze poza seria z mariachis w San Luis.. 😉 Zostalo mi jedno, strzelone komorka Christel.

Do SAN LUIS POTOSI pojechalysmy, by dotrzec do Huasteca Potosi. To tam, w samym sercu dzungli, nieco szalony Anglik – Edward Jones, zbudowal kamienne miasto. Jakis czas temu BBC zrobilo o tym reportaz (jak znajde link, dorzuce). Nieco dalej zobaczyc tez mozna laguny i wodospady. Po zwiedzeniu kilku miast miala to byc dla nas przyjemna odmiana poobcowania z natura.

Do miasta dotarlysmy po 22:00, zrobilysmy runde po centrum i spotkalysmy wspomnianych mariachis. Na dwoch skwerach niedaleko naszego hotelu wygladalo to tak jak widzialam w ‚Boso przez swiat’ Cejrowskiego. Place pelne byly wasatych mariachi, ubranych w eleganckIMG_8817ie, specjalne stroje i kapelusze; probujacych zatrzymywac samochody, oferujac swoje muzyczne uslugi. Nas tez zatrzymali, choc nie mialysmy ani samochodu ani pieniedzy 🙂 Jak juz wrocilysmy do hostelu wlasciwie cala noc slyszalysmy jak graja, bo stali tuz za rogiem.

Nie musze dodawac, ze jak wjezdzalysmy do miasta padalo? Nie wzruszylo nas to z bardzo, tyle ze nastepnego dnia okazalo sie, ze przez te deszcze nie mozemy wjechac do Huasteca. Dzungla byla odcieta, drogi nieprzejezdne minimum 3 dni. Zepsulo nam to humory, bo nie moglysmy tyle czekac, tym bardziej, ze miasto okazalo sie dosc smutne i szare.

Rzecza warta odnotowania byl za to lunch. Zjadlam tam ichniejsza specjalnosc – mole poblano – quesadille z sosem zrobionym z czekolady i chilli (wszystko jedza z chilli!). Pycha! Po 3h zwiedzania San Luis, wlaczajac w to muzem Potosí, postanowilysmy jednak jechac dalej, do Zacatecas.

Bylysmy juz jakies 9 godzin autobusem od stolicy. ZACATECAS mialo by ostatnim miastem naszej wspolnej miesiecznej podrozy z Christel. Ona wracala 6 dni wczesniej niz ja do Chile. Za 2 dni mialysmy sie rozjechac w dwie strony.

Zacatecas okazalo sie ladnym, kamiennym miastem, troche podobnym w budowie do hiszpanskiej Salamanki. To tez drugie najslynniejsze miejsce obok Taxco a propos zakupu srebra. To tam mialysmy tez najlepszy hostel podczas calego pobytu. Na dachu budynku mielismy do dyspozycji taras ze stolikami, z widokiem na cale miasto, na dole wspolna, duza kuchnie . Tam tez mozna bylo o kazdej porze dnia spotkac ludzi z roznych stron swiata. Do tego darmowe wifi. I tu znowu szczescie w nieszczesciu – bo kolejny dzien przyszlo mi spedzic w lozku, wiec dobrze sie stalo, ze zlapalomnie akurat tu! A co?

Zanim przejde do meritum, malutkie preludium… Kuchnia meksykanska jest wysmienita, ale i bardzo ciezka dla zoladka. Mekyskanskie sniadanie ja bym raczej jadla jako lunch  albo kolacje (np. ciepla kanapka z miesem w goracym pomidorowym sosie). Postanowilysmy wiec z Christel przejsc sie do supermarketu i kupic cos lekkiego w stylu jogurt + pieczywo.  Sniadanie na tarasie, wszystko super, tylko zakupiona przeze mnie kanapka okazala sie najgorszym wyborem swiata. Mialam po niej nieprzespana noc i caly kolejny dzien w lozku. Domyslcie sie dlaczego 😛 Jaka ja bylam wkurzona… Przez caly kubankso-meksykanski miesiac nie mialam ani razu problemu z jedzeniem, a tu ostatniego dnia rozlozyla mnie kanapka z supermarketu, wiec nawet nic prawdziwie meksykanskiego..

Christel wybyla Z Meksyku, ja zostalam jeden dzien dluzej, bo nie bylam w stanie jechac 9 godzin autobusem. Nie zwiedzilam wiec za wiele. Nastepnego dnia zebralam sie jakos i wrocilam do Mexico City. 9 godzin to masakrycznie duzo, wlasciwie tyle ile lot z Meksyku do Chile! Do tego w takim, alarmowym, stanie. Wcale nie pomagaja filmy ktore wyswietlaja w autobusach. Nie wiem dlaczego, ale Meksykanie puszczaja te filmy jeden po drugim, czasem w polowie przerywaja i zmieniaja na inny. Nie ma a ni  minuty przerwy, minuty ciszy! Siedzialam do tego pod samym glosnikiem,  mialam wiec kilka godzin dudnienia nad soba. Dodam, ze filmy sa zwykle marnej kategorii, jak jakas glupawa komedia z Pamela Anderson czy Eddiem Murphym (dla mnie wszystkie te filmy z nim sa takie same, wybaczcie fani Eddiego). Przezylam jakos i dojechalam do stolicy, gdzie na dworcu czekali na mnie Fernando i Marco. Powitali mnie stwierdzeniem, ze jestem bledsza niz zwykle, a mysleli, ze to nie mozliwe. Bardzo smieszne, Panowie  😛 Marco ugotowal mi nastepnego dnia rosol (taki prawdziwy, jak u Mamy!) i doszlam szybko do siebie. Dzieki Ci swiecie za gotujacych mezczyzn 🙂

Killka kolejnych dni w Mexico City opisalam juz wczesniej (bo stolice zwiedzalam na poczatku i potem na koncu pobytu), ale zaplanowana mialam jeszcze wyprawe do Teotihuacan, ruin Aztekow, a o tym jeszcze nie bylo.  Piramidy okazaly sie byc wspaniala, koncowa kropka nad i. Ale o niej wiecej jutro:)

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Leave a Reply