Mam taką przypadłość, która na pewno posiada jakaś dumnie brzmiąca nazwę naukowa, że nie mogę spać w środkach lokomocji. Jakkolwiek zmęczona i zdeterminowana jestem, by przyciąć choć komara, nic z tego. Działa niezawodnie nawet na czternastogodzinnych, nocnych lotach zaoceanicznych. Tak mam i już. Próbowałam zatyczek do uszu, opasek na oczy i szybkiego spożycia buteleczek wina (strategiczne proszę podczas lunchu o jedną dodatkową i obydwie kitram na później, jak już zgaszą światła, co by mnie zmorzyło). Nie pomaga też słuchanie muzyki z pogranicza samobójstwo-nicość-nic nie ma sensu czy niespanie całą poprzednią dobę. Zostały mi chyba tylko do przetestowania tabletki nasenne, ale jakoś nie lubię faszerować się lekami, zwłaszcza jeśli nie wiem jak zareaguje mój organizm. A jak prześpię przystanek? :))

Suma sumarum, w przypadku owych długaśnych lotów, zmuszona radzić sobie jakoś z czasem, ograniczoną przestrzenią, współpasażerami i ogólną niemocą, wypracowałam system przetrwania. Część z was, doświadczona takimi podróżami, mogłaby dodać swoje trzy grosze (zapraszam do komentarzy!), ja dziś spiszę kilka rad mniej lub bardziej oczywistych, jakie stosuję na sobie.

Niniejszym odpowiadam też na pytania, które słyszę od tych, którzy chcieliby mnie odwiedzić, ale zniechęca i skręca ich wizja przemierzenia oceanu w metalowej wielkiej puszce, albo co brzmi jeszcze gorzej – podróżowania ponad 20 godzin, jeśli trafi się do tego jeszcze przesiadka. Da się zrobić!

Kilka rad:

1. Decyzja numer jeden – wybór miejsca w samolocie

Jeśli jest się szczęśliwcem, który może i zamierza spać w samolocie, warto zabukować miejsce przy oknie. Ma się święty spokój. Ja poświęcam widok (zwłaszcza jak większa cześć lotu jest w nocy) i raczej stawiam na miejsce przy przejściu. Pozwala rozprostować nogi, można wstać i przejść się w każdym momencie (a przejść się raz na jakiś czas trzeba!), bez potrzeby przepraszania czy  nawet budzenia współpasażerów, no i łatwiej jest rzucać okiem czy nie ma gdzieś rzędu, w którym wolne są 2-3 miejsca, wtedy można się przesiąść i położyć jak król. Najgorsze jest miejsce po środku – ogólna niewola i skazanie na chybioczących się we śnie współpasażerów, a często bezwiednie opierających sięo Twe ramie. Ze względu na ilość miejsca, dobry jest też rząd koło wyjścia ewakuacyjnego, zwykle jest szeroko i pełno miejsca na nogi (ale i obowiązek otwarcia okna w razie emergency).  Ja cyrkluję gdzieś pośrodku samolotu, również z powodów gastronomicznych. Niezależnie od tego czy zaczną rozdawać lunch od przodu czy od tyłu samolotu, czekasz mniej więcej tyle samo. Jak siedzisz z tyłu, a zaczną z przodu, bądź na odwrót, bywa ciężko 🙂 Nie polecam też miejsca w pierwszych rzędach, bo czuje się zapachy z kuchni znacznie wcześniej niż by się chciało.

2. Zabrać własne ‚co nie co’ (jedzenie)

Lot jest długi, posiłki na pokładzie zwykle tylko dwa: na ciepło i na zimno, żołądek możne krzyczeć o więcej. O dodatkową wodę, napój czy herbatę zawsze możemy poprosić stewardessę, warto natomiast sprawdzić czy nie przysługują nam dodatkowe przekąski. Często z tyłu samolotu wystawione są kanapki, orzeszki, ciasteczka, a nawet lody. Częstować się można bez ograniczeń. Nie wszyscy o tym wiedzę. (Ma tak np. Air France)

Ja zawsze staram się mieć ze sobą choćby czekoladowego batona (na pobudzenie) albo słone ciastka (na zabicie głodu) czy jak się uda własną kanapkę. Na wszelki wypadek. Oczywiście dodatkowe jedzenie zawsze można też kupić w samolocie, ale ceny są przerażające (5 euro za małego croissanta).

3. Zabrać własny zabijasz czasu + własne słuchawki

Książka, gazeta, iPod. Ja zwykle mam wszystko na raz. Co prawda każdy pasażer ma do dyspozycji własny ekran, gdzie może wybierać i oglądać filmy, seriale, słuchać muzyki, a nawet grać w pasjansa, ale warto mieć inne/własne zabijacze czasu (jak gasną światła i masz już za sobą 3 obejrzane filmy, oczy powoli odmawiają współdziałania), ale przede wszystkim polecam zabranie własnych słuchawek. Te, które dostajemy od linii lotniczych mogą być tak słabe, że słyszymy tylko szept, jak mamy dźwięk na full. I nici z oglądania filmu.

A propos książki polecam najlepiej wypośrodkować, coś zajmującego, ale może nie Cortazar. Mózg mamy czymś stymulować, ale nie zajeżdżać. Inaczej po jakimś czasie się na nas wypnie i sami się zdziwimy, że pożyczamy od współpasażera Cosmopolitan.

4. Przestawić czas

Po wystartowaniu samolotu zawsze zmieniam godzinę na obowiązującą w miejscu docelowym. Tym sposobem odliczam ile jeszcze zostało, nie ile już przelecieliśmy, co jest przecież nieprzydatne. Ale przede wszystkim, moje ciało żyje już rytmem nowego miejsca, co pozwala uniknąć jet lagu, albo go przynajmniej złagodzić. Jeśli ktoś jest w stanie spać, polecam spanie w porze, w której robi się to w docelowym kraju. Czyli nie szkodzi, że generalnie jest już dajmy na to 2 w nocy, bo tam gdzie wylądujemy i będzie trzeba funkcjonować jest jeszcze 9 wieczorem.  Warto przecierpieć więc do powiedzmy 6 (kiedy zrobi się 2 w nocy w docelowym kraju) i wtedy iść spać. Tym sposobem nawet lądując z samego rana czy w południe, nasz organizm nie przezywa szoku, bo dopiero co wstał. Jak wszyscy tubylcy. Może funkcjonować normalnie i kłaść się dopiero w nocy.

Tym którzy nie śpią polecam mój system. Kiedy Twoje zwłoki wysiada z samolotu, nie idź spać. Prysznic, nowe ciuchy i w miasto. Połóż się dopiero w nocy, jak wszyscy i w miarę możliwości daj się sobie wyspać. Następnego dnia wstajesz już w zupełnie normalnej formie. Na mnie to działa.

5. Czas goni nas,  nie my czas

Nie polecam zbyt częstego spoglądania na zegarek. Nic to nie pomaga, a tylko stresuje. Lepiej po jakimś dłuższym czasie być przyjemnie zaskoczonym, że już np. 4:00. Ja odmierzam czas filmami, i wybieram specjalnie te 2-3 godzinne albo przesłuchanymi płytami.

6. Niezbędnik – przemyślany bagaż podręczny

Bagaż podręczny warto mieć pod nogami, nie w schowku. Ewentualnie do walizki, którą ze sobą zabieramy można wrzucić dodatkową mała torbę z rzeczami, których będziemy używać podczas lotu (książki, mp3, bluza, krem, baton czy cokolwiek macie do przegryzienia) i ją schować pod nogi, a walizkę na górę. Uniknie się ciągłego wstawania i szperania w schowku, co bywa niełatwe, zwłaszcza jak się siedzi przy oknie, a z braku miejsca nasza walizka wylądowała o kilkanaście rzędów dalej.

Sprawa druga:

Na tak dalekie podróże zwykle zabieramy sporo rzeczy. Niełatwo jest więc spakować mały bagaż podręczny (co polecam), ale niezbędne jest logiczne i strategiczne jego spakowanie. Przede wszystkim wszelkie dokumenty trzeba mieć zawsze ze sobą. Dotyczy to również ubezpieczeń, adresów i numerów do hoteli, hosteli, przyjaciół i naszych kontaktów w docelowym miejscu. Dotyczy to również aparatu i wszelkich ładowarek. Wyobraźcie sobie, że bagaż podstawowy się gubi albo (co się często na takich lotach zdarza) ma opóźnienie i będzie dopiero za kilka dni. Zostajemy nie tyle bez ubrań, co bez aparatu, ładowarki do telefonu, adresu hotelu i niedajboże pieniędzy, bo je skitraliśmy w skarpecie miedzy ciuchami w bagażu, którego nie ma.  Rada brzmi może trywialnie, ale jakoś wiele osób się wciąż na tym nacina.

Ja zawsze dorzucam też do bagażu podręcznego podstawowy zestaw do odświeżenia się po lądowaniu, dodatkowa bieliznę, koszulkę i ciepłą bluzę. W razie gdyby przyszło mi nocować na lotnisku, wałęsać się w zimna noc czy po prostu czekać na bagaż 2 dni. ( W razie zgubienia warto dopytać na lotnisku i znaleźć odpowiednie do tej sprawy biuro. Zdarza się, że dają odszkodowanie, a na najbliższą noc pieniądze na hotel i zestaw pierwszej potrzeby (szczoteczka, pasta, szampon, koszulka itd).

7. Czasem lepiej zapomnieć języka

Słowo o współpasażerach. Czas biegnie szybciej, jeśli mamy się do kogo odezwać i przegadać godziny. Przestrzegam jednak podróżujących samotnie/samodzielnie przed zbyt szybkim otwarciem się na osobę z lewej czy z prawej. Może się to skończyć wielogodzinną męczarnia rozmowy z kimś z kim nam co prawda po drodze samolotowej, ale mentalnej niekoniecznie. Owa osoba może też nie rozumieć miliona znaków, czy wręcz słów, że my chcemy poczytać, posłuchać muzyki, oddać się swoim myślom czy po prostu, żeby się zamknęła. Poznamy wszystkie historie jej życia, a co bardzo prawdopodobne – zostaniemy jej psychoanalitykiem, spychologiem i terapeuta w jednym.

Zdarzyć się może też sytuacja odwrotna – współpasażer okaże się arcyciekawą postacią, która nie tylko uratuje nam nudny lot, ale zostanie naszym przyjacielem. Doświadczyłam sytuacji obydwu.

Warto chyba sprawę wypośrodkować i od początku zostawić sobie furtkę na ucięcie rozmowy i czytanie książki. Przydają się też słuchawki w pogotowiu, nawet bez muzyki :), a symulacja snu pomaga w przypadkach, kiedy współpasażer sam niebawem uśnie. A jeśli od początku wiemy, że chcemy mieć święty spokój, nie przyznawać się, że się zna angielski, hiszpański czy niemiecki i odpowiedzieć coś po polsku. Mamy tę przewagę, że nikt nas nie zrozumie:)

8. Przesiadka  – nie za dużo czekania

Najprawdopodobniej lot mamy z co najmniej jedną przesiadką. Wydłuża to podróż do minimum 20 godzin , no i stresuje co niektórych (zgubią mi bagaż, nie trafię do drugiego samolotu itd). Na pierwszą zaoceaniczną wyprawę polecam więc, o ile możemy, zabukować bilet tak, żeby mieć co najmniej 2-3h przerwy między lotami. 2 godziny to optymalny czas. Dłużej mi się dłuży już strasznie, krócej jest jednak ryzykowne w razie opóźnień, choć uskuteczniam za cenę przygód jak w grudniu 2010.

Wiadomo, niektóre lotniska są większe, inne mniejsze, jedne oznakowane fantastycznie  z mnóstwem sklepów, inne to tylko mała, zimna poczekalnia. Czasem trzeba zmieniać terminal pociągiem, czasem przejść tylko200 metrów. Warto zerknąć, o ile się nie wie, gdzie przyjdzie nam czekać, i zdecydować ile tam wytrzymamy. (*Warto mieć ze sobą dodatkową bluzę i kanapkę)

9. Wielogodzinną przesiadkę można wykorzystać

Jeśli przyjdzie nam czekać na lotnisku np. 7 godzin, warto wcześniej zerknąć jak daleko jest do miasta i czy nie opłaca się zostawić bagażu w schowku, żeby wyskoczyć i się rozejrzeć na 4 godziny. A nóż, połączenie jest dobre i można obrócić w miarę sprawnie, zamiast zamulać na lotnisku. Choć zdenerwowanym i przezornym opcji nie polecam:)

10. Nie denerwować się

Stanie się co ma się stać. Nasze denerwowanie się niczego nie zmieni.  To nie samochód, że możemy choćby krzyknąć ‚hamuj’, to nie pociąg, z którego można ewentualnie wyskoczyć. Co do bagażu, to też wszystko w rękach linii lotniczych i obsługi lotniska, nie za wiele możemy. Po prostu bądźmy dobrej myśli i oszczędźmy sobie stresu. Lećmy.

Zapraszam więc ponownie do wsadzenia się w samolot. Miejsca mało, droga długa, czasem trzęsie, ale warto!

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 6 komentarzy

  • Danuta napisał(a):

    🙂 Wlasnie przylecialam ponownie do Boliwii i mimo pewnego doswiadczenia lot okazal sie udreka. Dzieki Twoim poradom nastepna przeprawa moze bedzie lepsza:)

  • tresvodka napisał(a):

    Mam nadzieje, ze cos pomoge:) Najgorzej jest chyba nie moc spac, bo wtedy lot sie dluzy niemilosiernie.

  • Marek napisał(a):

    Fantastyczne są te porady 🙂 Mam też tak niestety, że jestem „ciężkozasypiający” i męczę się okrutnie testując w samolocie stopień maksymalnego ugięcia wszystkich członków mojego ciała 🙂 Miejsca przy wyjściach ewakuacyjnych z większą ilością miejsca na nogi są coraz częściej dodatkowo płatne, a jeśli nie, to upolowanie ich graniczy z cudem. Czasoumilacze w postaci filmów, książek, muzyki na uszach itp. działają do czasu i im dłużej są używane, tym więcej zaczynają wkurzać. Człowiek robi się niecierpliwy, nerwowy i wybuchowy heh.. Te długie loty to nie jest nic przyjemnego, ale trzeba je jakoś przeżyć, a pociechą może być fakt, że z reguły szybko o niedogodnościach z nimi związanych się zapomina. Ze swojej strony mogę poradzić żeby 10-12 godz. przed lotem wziąć jakieś medykamenty na wzdęcia, bo bolący brzuch może nieźle wkurzyć a i „zagęszczanie atmosfery” współpasażerom do miłych przeżyć nie należy. Użyć bielizny z materiału eliminującego zapachy (np. wełna merino), a zwłaszcza skarpet, bo i tak zdejmiemy buty, a wtedy zapaszek skarpetek może być przykrym doświadczeniem. Niektórzy używają podkolanówek uciskowych, żeby nie puchły nogi. Nie próbowałem, ale nasłuchałem się raczej dobrych opinii o tego typu wynalazkach. Po przylocie, żeby dotrwać do wieczora i nie zasypiać na chodnikach prysznic jest wręcz obowiązkowy, można też „walnąć” sobie napój energetyczny.

    • tresvodka napisał(a):

      Cieszę się, że porady okazują się być pomocne:) Zgadzam się co do skarpetek, ja zawsze mam na lot świeżą parę w torbie. Niektórzy niestety nie 🙂 Co do podkolanówek to też nie próbowałam, na razie wystarcza mi robienie sobie o jakiś czas małego spaceru na koniec samolotu, na rozruszanie. Poznaje też wtedy stewardów i zdarza się, że dają mi jakiegoś drineczka za free jak wszyscy już śpią :))) Dobrych lotów!

  • ane78 napisał(a):

    Dzięki. :). Szykuje mi się podróż do tokio – 13 h z postojem 2h w Moskwie. Ja co prawda z tych spiących, jeszcze dobrze nie usiądę a już mi się oczy zamykają, ale porady i tak się przydadzą 🙂

Leave a Reply