ChilePuerto Montt | AngelmóPuerto Varas | FrutillarRegion Los Lagos

Los Lagos – kraina jezior i wulkanow (Puerto Montt, Puerto Varas, Frutillar, wulkan Osorno)

By 24 października 2012 3 komentarze

Czesto na blogu zachwycam sie pustynna polnoca Chile, dzis chce Was zabrac na zielone i deszczowe poludnie. Pelno tam jezior, lasow, wulkanow, bujnej roslinnosci i deszczu. Pelno jest tez Niemcow i ich wplywow, czego najlepszym dowowodem jest wielki, coroczny Octoberfest w Puerto Varas (i wielu innych miastach Chile). Dokladnie rok temu, jeden pazdziernikowy tydzien spedzilismy z Claudio w regionie Los Lagos – Krainie Jezior. O tej, i dwoch pozniejszych wyprawach na poludnie nigdy na blogu nie napisalam. Nadrabiam, zebyscie mogli zobaczyc to co ja:)

Pamietam, ze przed ta wyprawa bylam niesamowicie podekscytowana. Znalam juz w miare centralne i polnocne Chile, ale od dawna marzylo mi sie poludnie. Ciagle slyszalam o Puerto Montt i Puerto Varas,  jak pieknie jest we Frutillar i jak magiczna jest wyspa Chiloé. Chilijczycy czesto po moim zachwytach nad Pustynia Atacama mowili: ‚mmm a bylas na poludniu?’. Juz dawno zauwazylam, ze spoleczenstwo jest podzielone: jedni kochaja goraca polnoc, inni zachwycaja sie deszczowym poludniem i bronia go do upadlego. No coz, jak ma sie tak zroznicowany i piekny kraj, nie trudno miec tak silne preferencje.

Na pierwszy ogien poszedl rejon Lago Llanquihue. To czwarte pod wzgledem wielkosci jezioro w Ameryce Poludniowej – ma ponad 870km kwadratowych powierzchni.  W tamtych stronach zwykle wieje silny wiatr, wiec na Llanquihue zobaczyc mozna szczesliwych milosnikow windsurfingu. Uwage kradna jednak wyrastajace na horyzoncie wulkany, z Osorno na czele.

Poza wulkanami wokol jeziora rozciagaja sie lasy, laki, wzgorza wodospady i rzeki oraz idealne miejsca na trekking. Nic dziwnego wiec, ze miasteczka ulokowane wokol Lago Llanquihue w lato staja sie jednym z ulubionych miejsc wypoczynkowych Chilijczykow. Swieze powietrze, zielen, woda i piekny horyzont, zyc nie umierac. Dodatkowo, poludnie jest jednak latwiej dostepne niz polnoc, autobusem z Santiago w 12-14 godzin bedziemy w Puerto Montt badz pobliskim Puerto Varas. Kursuja tez nocne, z rozkladanymi fotelami (im drozszy bilet tym bardziej sie rozkladaja), wiec w miare wygodnie i tanio (ok. 20 000 peso w dwie strony firma TUR-BUS) mozna wyskoczyc chocby na dluzszy weekend.

No wiec wyskoczylismy. Kupilismy bilet na nocny autobus do Puerto Montt, portowego miasta nieopodal Lago Llanquihue. Po 12 godzinach bylismy na miejscu.

Puerto Montt

Wysiadlam z autobusu i z miejsca poczulam zapach ryb i jeziora. Puerto Montt jest waznym osrodkiem rybackim Chile, choc miasto samo w sobie nie jest duze, dlatego tez zapach jest nie tylko usprawiedliwiony, ale i jak najbardziej pozadany. Mieszkancy utrzymuja sie przede wszystkim z rybolostwa (oczywiscie), hodowli zwierzat i sprzedazy rekodziela, glownie z welny i drewna.

Juz na pierwszy rzut oka widac, ze miasto nalezy do biednych; jest nieco brudne i zaniedbane, ale charakterne i kolorowe. Z miejsca mi sie wiec spodobalo 🙂 Wszedzie sa tez rozlozone stragany z tysiacami rzeczy do kupienia co sprawia, ze przejscie kilku przecznic potrafi zajac 2 godziny 🙂 Zgodnie z podpowiedzia kilku osob (Chilijczykow) zarezerwowalismy pokoj w pobliskim Puerto Varas, wiec musielismy sie niedlugo ruszyc, ale postanowilismy spedzic tu poranek i popoludnie, walesajac sie poza centrum. Blakalismy sie pomiedzy stragami i  wchodzac  w male patia wsrod sliczych drewianych domkow z motywem luski na scianach. Jak na warszawskiej Pradze, male bramy i waskie przejscia ukrywaly za soba  miejsca magiczne. W przypadku Puerto Montt byly to sklepy i galerie z niepowarzanymi rekodzielami i regionalnymi ubraniami czy male knajpki z lokalnym, domowym jedzeniem. Wybralismy sie tez piechota do pobliskiej wioski na slynny targ rekodziela Angelmó, gdzie mozna m.in. zjesc rekina i kupic szaliki w przepieknych kolorach:)

Moja uwage zwrocili tez ludzie. Spokojniejsi i skromniejsi niz w Santiago, bardzo oddani swojej pracy nawet jesli jest to sprzedawanie drewnianego przyrzadu do wyciskania cytryny za 500 peso. Chilijczycy ogolnie sa bardzo mili, zwlaszcza dla cudzoziemncow (i zwlaszcza Europejczykow), ale w Puerto Montt na ulic pozdrawiali nas usmiechem juz prawie wszyscy:)

Z pewnym zalem wiec opuscilismy Puerto Montt i jego spokojny, wedkarski rytm. Ruszylismy do oddalonego o ok. 30 min Puerto Varas – miasta, ktore mialo byc wedlug Chilijczykow ‚piekne, schludne, rozrywkowe i ciekawe – odwiedzic koniecznie’.  Wsiedlismy do malego autobusiku miedzymiastowego i pojechalismy – z mocna potrzeba prysznica i jeszcze mocniejszym postanowieniem poszwedania sie jeszcze po Puerto Montt przed powrotem do Santiago.

Puerto Varas

To prawda, Puerto Varas to zupelnie inna bajka. Czyste, zadbane, uporzadkowane. Ladne domki stoja rowno przy idealnie prostopadlych i rownoleglych ulicach. Sa do siebie na tyle podobne, ze kazde skrzyzowanie wyglada wlasciwie tak samo. Powiedzialby  ktos, niemiecka precyzja. Bingo, to miasto to mala Alemania. Wiedzialam, ze na poludniu Chile ulokolaly sie dwie milionowe fale emigracyjne sasiadow Polski (jedna w XIXw, druga w latach 1885-1910), wiedzialam, ze mialy ogromny wplyw na ekonomie, polityke,  turystyke i kulture regionu, wiedzialam, ze w Chile jest duuuuuuzo Niemcow (w Santiago tez), ale to juz bylo za duzo:) Ok, jest ladnie, schludnie, europejsko i rozumiem dlaczego zachwycaja sie nim Chilijczycy. Dla nich to inna jakosc, inne domy, porzadek.  Z mojej perspektywy, przejechanie polowy swiata, a potem 12 godzin autobusem, zeby znalezc sie w Niemczech mija sie troche z celem:) C. tez byl nieco rozczarowany, ale postanowilismy nie dac sie pierwszemu wrazeniu i zrobic POM (powolny obchod miasta:), no i poczekac na to zycie nocne, o ktorym tyle slyszelismy. Moze to wina sezonu (jeszcze nie lato, choc juz nie zima), moze po prostu nie mielismy szczescia, ale Puerto Varas okazalo sie po prostu… nudne. w samym miesce niewiele jest do zobaczenia (poza jeziorem), niewiele jest knajp, niewiele pubow, niewiele sie dzialo. Ulice wieczorami byly wlasciwie wymarle.  Jedyne czego jest duzo to sklepow i Niemcow;) To co uratowalo nasze zdanie o Puerto Varas to Octoberfest. Trafilismy na coroczne swieto piwa, czyli do wielkiego namiotu w centum miasta, gdzie swoje marki promowalo i sprzedawalo okolo 30 chilisjkich, lokalnych producentow. Opilismy sie w dwa wieczory, kupilismy 8 butelek i to zapamietam jako glowna atrakcje miasta. Ah, jest tez kasyno, jedno z niewielu w Chile, ale miedzy hazardem a piwem, wybralismy piwo i kuchen😉

Po jednej dobie w Puerto Varas  chcielismy wlasciwie uciekac, choc poczatkowo planowalismy zostac tam 3 dni. Przyspieszylismy wiec nasz plan zwiedzania okolic, ktore tak jak podejrzewalismy okazaly sie znacznie ciekawsze. Ale zanim o okolicach, jeszcze o jednej rzeczy, ktora widzialam pierwszy raz w zyciu na zywo. Dokladnie wtedy, kiedy bylismy w Puerto Varas nastapila erupcja wulkanu Puyuehue, Caly pyl poszedl w strone Argentyny, przykrywajac miasteczko Bariloche. Odwolano wtedy wiele lotow, bylo generalnie zamieszkanie. Z brzegu jeziora ogladalismy sobie z C. czynny Puyuehue.

Zanim na dobre wyrwalismy sie z niemieckiego swiata do swiata zieleni, wulkanow i kaskad odwiedzilismy jeszcze jedno miasteczko nad Lago Llanquihue, slynne z corocznego festiwalu muzyki klasycznej i goraco nam polecane.

Frutillar

Male, urocze miasteczko okazalo sie jeszcze bardziej idealne i jeszcze bardziej nudnawe niz Puerto Varas 😉 Ladne i podobne do siebie domki, rowniotko przystrzyzone, zieloniutkie trawniki, malutkie restauracyjki na kazdym rogu sprzedajace kuchen (oczywiscie!).. Schludnie, czysciutko i wrecz slodko. Nie mam nic przeciwko czystym miastom (zeby nie bylo hehe), ale przyznaje, ze lubie w architekturze pewien chaos i poczucie swobody. Tu wszystko bylo do linijki. Ponownie zreszta poczulam sie jak w Europie i ponownie stwierdzilismy z C., ze nie o o nam chodzi. Do tego wszystkiego kiedy skusilismy sie na kuchen z orzechami (C. z malinami), okazalo sie, ze byl delikatnie mowiac taki sobie:) Jako ze dzien byl sloneczny i juz tu dojechalismy postanowilismy przejsc sie jednak na dluzszy spacer nad brzegiem jeziora, z ktorego widac bylo zreszta pobliskie wulkany, lekko juz rozowawe z powodu zachodzacego powooooli slonca. Bedzie ladnie, pomyslelismy i nie mylilismy sie.  Zanim jednak slonce zaszlo, zwiedzilismy sobie amfiteatr polozony nad samiutkim jeziorem, a nawet na jeziorze. I budynek i miasto slynne sa z powodu Tygodnia Muzyki Klasycznej we Frutillar, waznego tu letniego festiwalu, na ktory zjezdzaja sie slawy z calego swiata. Zabawa raczej dla bogaczy.

Najprzyjemniejszym momentem byl jednak zdecydowanie rozowy zachod slonca, ktory przepieknie oswietlal jezioro i pobliskie wulkany. Wymienilismy sie wtedy z C. powodami przez ktore nie zostaniemy fanami Frutillar i Puerto Varas, choc nie jest tez tak, ze zaczniemy zniechecac ludzi do przyjazdu tutaj. Zalezy kto czego szuka i mysle, ze macie to juz jasne, dlaczego Chilijczykom Frutillar sie podoba, a mnie pozostawil raczej obojetna.

Nie mam zbyt wielu zdjec z tych 3 dni i to wcale nie z powodow, o ktorych pisalam. Mialam problem z aparatem, wiec zdjecia w miescie robil glownie Claudio. W zeszlym roku skradziono mu komputer… i niektore foty stracilismy bezpowrotnie zanim je zarchiwizowalismy… Szczescie w nieszczesciu, ze wlasnie te:)

Saltos de Petrohué

O ile Puerto Varas jako miasto nie okazalo sie zbyt atrakcyjne, jego lokalizacja przynosi wiele korzysci. Mysle, ze to dlatego staje sie tak popularne w sezonie letnim. Szczesliwi beda i milosnicy windsurfingu i trekkingu i wspinaczki i sniegu i piwa.. W miescie dzialaja agencje, ktore organizuja wycieczki oraz wypozyczaja auta.

Nie czekajac dluzej postanowilismy z C. udac sie w okolice. Z  powodu ograniczonego czasu musielismy zdecydowac sie tylko na dwa miejsca. Dobrym pomyslem jest wynajecie samochodu na dzien, mozna wtedy zwiedzic wiecej, my w tej sytuacji (wybrane miejsca)  zdecydowalismy sie na autobusiki krazace miedzy Puerto Varas a atrakcjami. Ich cena tez jest przyjazna:)

Ruszylismy w strone osady Petrohué. Po okolo godzinie dotarlismy do Saltos de Petrohué, szeregu kaskad o pieknym, jasnozielonym kolorze, z wulkanem Osorno na horyzoncie.  Geolog bylby tu szczesliwy, teren uformowany jest przez skrystalizowana, czarna skale wulkaniczna, odporna na korozje. Co ciekawe, erupcje wulkanu przesunely bieg rzeki, z Lago Llanquihue do pobliskiego Lago Todos los Santos. Swoj niezwykly kolor woda zawdziecza algom. Teren zwiedzac mozna poruszajac sie po malych mostach rozwieszonych nad i pomiedzy kaskadami. Z rozmow na miejscu dowiedzialam sie, ze pobliskie wzgorza to swietne miejsce na trekking, jesli ktos ma kilka dni na odciecie sie od swiata.

Niewiele dalej (jakies 15 min busem) znajduje sie wspomniana osada Petrohuñe. Okazalo sie, ze sklada sie z: wielkiego domu lotniskowego, pola namiotowego i wielkiego, ladnego jeziora:) Zaserwowalismy wiec sobie spacer nad Lago Todos Los Santos ( Jezioro Wszystkich Swietych) i glodni ruszylismy dalej. Zmusilo nas to do zapukania do jednej z wielu chatek na trasie, w ktorej mieszkancy sprzedaja pan amasado (chleb domowej roboty) i inne smakolyki. Przy okazji, obejrzalam sobie z bardzo bliska lamy na podworku gospodarzy:)

Wulkan Osorno

Drugie miejsce mielismy na oku juz od kilku dni – wulkan Osorno, ktory krolowal na horyzoncie odkad przyjechalismy:) C. zawsze marzylo sie wspiecie sie na wulkan, ja tez nigdy tego wczesniej nie robilam, wiec zdawalo mi sie to ciekawym wyzwaniem.  Juz wtedy mielismy zakupione bilety do Pucón, gdzie planowalismy wspiac sie z calym potrzebnym ekwipunkiem na Villarice (prawie 3000 metrow n.p.m). Tym razem postanowilismy zrobic mala rozgrzewke. Do pewnego poziomu mozna bylo dojechac busem, potem wyjscia byly dwa: wjechac kolejka linowa albo wspinac sie na wlasnych nogach. Tak czy sia, koncowke trasy, juz w pelnym sniegu trzeba bylo pokonac wlasnonoznie:)

Wybralismy opcje bus-kolejka-nogi, glownie ze wzgledu na pozno pore, a wiec brak czasu i ekwipunku. Doswiadczonemu wspinaczowi zajeloby to ok.6 godzin, ale dowiedzialam sie tez, ze Osorno ma swoja fame.  Szybko przemieszczajace sie chmury i zdradliwe szczeliny sprawiaja, ze wulkan jest humorzasty i niebezpieczny. Sami przekonalismy sie jak szybko zmienia sie widocznosc, kiedy wysiedlismy z busika i musielismy wspiac sie i znalezc kolejke linowa. W pewnym momencie widac bylo tylko na jakies 10 metrow. Trafilismy i dotarlismy cali i zdrowi:) Cena kolejki zwalila nas z nog (12.000 pesos od osoby, czyli jakies 80zl!), w impulsie oszczedzania stwierdzilismy, ze bedziemy wspinac sie sami, nawet jesli dojdziemy tylko do polowy. No i wtedy sie zaczelo.. Na tej wysokosci bylo juz sporo sniegu, a moj C. sniego po prostu kocha. Ma fiola na jego punkcie i zawsze jak juz ma okazje go dotknac zachowuje sie jak szczesliwe dziecko 😛 (dzieki temu uwielbia Polske zima). Kilkunastominiutowa wspinaczka zakonczyla sie wiec rzucaniem sniezkami i gapieniem sie na kolejke, ktora co chwila przejezdzala nad naszymi glowami. Wtedy C. powiedzial mi, ze nigdy taka nie jechal,  w miedzyczasie ludzie machali do nas i krzyczeli, ze widoki sa rewelacyjne, wiec spontanicznie zdecydowalam sie sprezentowac mu wjazd (i przy okazji sobie;). Widoki rzeczywiscie byly piekne, gigantyczne jezioro, nad ktorym wyrastaly wulkany i Andy, powyzej poziomu chmur. Dojechalismy szczesliwi jak dzieci, a potem wspielismy sie jeszcze kawalek do czerwonego kijka, symbolizuajcego szczyt. Wialo ze hej, pomimo puchowek zmarzlismy okrutnie, ale usmiech nie schodzil nam z twarzy:) Ze zdziwieniem stwierdzilam tez, ze sniezne stoki wulkanu na tej wysokosci wygladaja jak lody smietankowe (zerknijcie na zdjecie w galerii:)

Przedsmak wspinaczki okazal sie kuszacy, tym bardziej cieszylismy sie na wizje zrobienia tego jak nalezy, od podstawy do szczytu, ale o tym w innym poscie:) W tym poscie po powrocie do Puerto Varas czekal na nas Octoberfest;)

Zmiana planow! Chiloé!

Zostaly nam 3 dni. Nie chcielismy ich spedzac w Puerto Varas, postanowilismy wiec zmodyfikowac plan i poplynac jednak na wyspe Chiloé. Marzyla mi sie od dawna, ale zdawalo nam sie, ze nie damy rady tym razem czasowo i ze nie warto jechac na dzien. Skoro jednak moglismy wyskorbac 3…  Wrocilismy wiec do Puerto Montt z samiuskiego rana, a stamtad poplynelismy promem na wyspe.

O tym, ze bylo warto i o magii Chiloé, doslownie i w przenosni, w nastepnym poscie:)

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 3 komentarze

Leave a Reply