Zabieram Was do Ekwadoru. Wsiadajcie, liczba miejsc nieograniczona. Musimy jedynie cofnac sie w czasie o poltora miesiaca, do najmniej wigilijnej Wigilii w moim zyciu. Samolot juz czeka.

24 grudnia 2012, plecaki gotowe. Poranny skype z rodzina w Polsce, obiad z rodzina Claudia w Chile, lotnisko, obowiazkowe lzy ‚tesciowej’ na pozegnanie, 22:30 – lecimy do Quito! Jeszcze tylko pieciogodzinna, nocna przesiadka w Limie, gdzie z glosnikow nadaja amerykanskie Jingle Bells (5 godzin bez przerwy!) i ladujemy w stolicy Ekwadoru. Dopiero wtedy czuje, ze zaczynam moja dream trip.

Pamietam, ze pierwsza rzecz jaka mnie zachwycila jeszcze w samolocie to wszedobylska zielen za oknem. Ten zachwyt nie opusci mnie przez caly pobyt w Ekwadorze. Ale po kolei…

DSC_4173

Ladujemy rano, przed 9:00. Przyjaciele z Chile dali nam namiary na hostel, w ktorym nocowali kilka lat temu. Idziemy, a wlasciwie jedziemy taksowka. Jak zwykle, wdaje sie w rozmowe z kierowca. Wypytuje o miasto, transport, ceny, jedzenie, bezpieczenstwo, co warto zobaczyc. Zdarza sie, ze taksowkarz niewiele wie albo jest kompletnie nierozmowny, wtedy opuszczam, ale czesto wlasnie u niego zbieram cenne informacje na dobry start, a przy okazji czasem dostaje tez znizke za kurs 😉 Tym razem znizki nie ma, ale wiemy gdzie jak dojechac i ile mniej wiecej za to powinnismy zaplacic. Moja uwage zwraca fakt, ze na wszystkie pytania trasportowe pierwsza odpowiedz to zawsze ‚taksowka to bedzie tyle i tyle…’, ‚taksowka to jakies 40 minut’, ‚wieczorem taksowka’ itd. Dopiero dobitne dopytywanie o autobus czy inny srodek trasportu daje pelniejsza odpowiedz. Mysle – to zapewne solidarnosc taksowkarska, w sumie moze nie dziwne, ale niedlugo okaze sie, ze moj nos dobrze wyczul – Quito to miasto taksowek. Wroce to tematu pozniej, dojechalismy do hostalu, ktory…

…jest sliczny. Bardzo kolorowy, z rekodzielem porozstawianym po rogach i na stolach. Prowadzi go rodzina Kichwa, ktora wiele lat temu przeniosla sie do stolicy. Zostalismy na tyle milo przyjeci, ze dostajemy na wejscie sniadanie, choc nam tego dnia nie przysluguje, skoro dopiero przyjechalismy. Spedzimy tam jednak tylko jedna noc – jeszcze tego samego dnia orientujemy sie, ze hostal jest drogi  i nieco daleko od najciekawszej czesci miasta – Centro Historico. Dziekujemy przyjaciele, ale to nie na nasza kieszen. Nastepnego dnia przenosimy sie do Hostal Flores na rogu ulic Flores i Sucre, tam placimy dokladnie polowe mniej (20$).  Do tego jestesmy w samym centrum historycznej czesci Quito.

Pierwszego dnia postanowilismyIMG_1764 skorzystac jednak z polozenia naszego pierwszego hostalu, dokladnie pomiedzy stara a nowa czescia miasta. Prawda jest taka, ze obydwie wygladaja staro:) Tyle tylko, ze historyczne centrum ma ku temu historyczne powody, a nowa czesc jest po prostu malo efektowna. Niskie szaro – pomaranczowe budynki wzdluz jednej z glownych ulic Rio Amazonas, co najwyzej dwu-trzypietrowe, mieszcza sklepy, butiki, agencje podroznicze, restauracje. Nie jest brzydko, ale jest bardzo ‚surowo’. Sloneczny spacer po nowej czesci prowadzi nas na plac Foch, punkt spotkan alkoholowych i towarzyskich. Jest ladnie, jest kolorowo, wokolo mnostwo barow z neonami zachecajacych do skorzystania z happy hour. Ale my umieramy z glodu, idziemy jesc. Przed wyjsciem w hotelu zapytalam sie o knajpe z dobrym, lokalnym jedzeniem, powiedzieli nam Mama Glorinda kolo Plaza Foch i tam tez uderzamy. Miejsce wyglada schludnie i domowo. Zamawiam grilowane krewetki, ktore podaja z tradycyjnym setem dodatkow: ziemniakami/frytkami badz ryzem, soczewica i obowiazkow grilowanym bananem. Bardziej smakuje mi  risotto z krewetkami Claudia, ale nie zamieniamy sie, bo Claudio nie lubi soczewicy,a niech to 😉 Zachwycam sie za to sokiem z guayaby i to jest poczatek mojej wielkiej milosci w Ekwadorze – do przepysznych, naturalnych sokow z owocow tropiklanych, ktore do tego serwuja w duzych szklankach. Sami zobaczcie jakie maja smaki:

IMG_3193

W miedzyczasie zaczyna padac. Claudio robi mine ‚o nie!’, ja jestem spokojniejsza, bo mam kurtke przeciwdeszczowa w plecaku. Grzmot. Drugi grzmot. Burza. Tropikalna burza. Znaczy to, ze od sily strumienia i pary rozmywaja sie obraz budynkow po drugiej stronie ulicy. Zostajemy jeszcze na herbate… Chec drinka na Placu Foch jest jednak silniejsza i przebiegamy do pobliskiej knajpy. My sie deszczu nie boimy, o czym przyjdzie sie nam przekonac podczas calego pobytu w Ekwadorze hehe;) Probuje wynalazku o nazwie mojito sandía (arbuzowe mojito), nie polecam:) W miedzyczasie deszcz slabnie, robi sie powoli ciemno, a my chcemy poszukac jeszcze dzis hostelu w starej czesci miasta, wiec decydujemy sie na taksowke i za kilkanascie minut jestesmy w Centro Historico. Od razu rada – taksowki w Ekwadorze nie maja taksometrow, powinny, ale nie maja. Znaczy to, ze kierowca mowi nam cene jaka mu sie zywnie podoba i znaczy to, ze przed zasiasciem i ruszeniem zawsze trzeba ustalic ile zaplacimy. Bardzo czesto zdarzalo sie, ze slyszelismy podwojna cene (nie pomaga mi moja biala twarz) i nie mowie tu tylko o odleglosci na 3 $, ale np. 30$ zamiast $15, a to jest juz spory przekret. Datego tez ja zawsze pytam na recepcji w hotelu, kelnera w restauracji czy inne neutrealne osoby, ile mniej wiecej powinnam zaplacic za kurs z A do B. Miedzy stara a nowa czescia Quito to od 3 do 5 $.

Wjezdzamy do czesci historycznej. Drogi robia sie waskie i zaczynaja wspinac sie pod katem 30º, potem spadac, DSC_4135potem skrecac. Szaro-pomaranczowe budynki nowej czesci zamieniaja sie na kolonialne kamienice, na ktore pada zolte swiatlo ulic. Jest pieknie. Troche jak w Rzymie. Mysle sobie, to jest to, tu znajdzmy hostel i tak tez robimy. Szwedamy sie w okolicach glownego placu, szwedami sie wlasciwie sami. Ulice sa puste, miasto jakby wyludnione, wszystko zamkniete. Zakladam, ze to przez date – pierwszy dzien Bozego Narodzenia. Ekwadorzycy pewnie swietuja w domach i nie mysla wychodzidz na deszcz, ktory powraca i znika, powraca i znika. Potem okaze sie, ze Quito generalnie po 20.00 zamiera. Swiatek piatek. Nawet supermarkety zamykaja o 19.00 i juz nigdzie w centrum nie mozna znalezc chleba. (Ekwadorczycy w ogole jedza malo chleba, ale o tym potem).

DSC_1509Po godzinie widzimy juz wlasciwie wiekszosc atrakcji tyrystycznych z przewodnika: Plaza Grande (Plaza de la Independiencia), a na nim La Catedral Metropolitana,  Palacio Arzobispal z pieknym patio i Placio de Gobierno; Plaza San Francisco z kosciolem San Francisco, La Iglesia de La Compañía, Plaza Santo Domingo… Wszystko ladnie oswietlone, ale o tej porze zamkniete. Wiemy tez gdzie skrecic w uliczke ‚pubow i rozrywki’, ale jest tuz obok naszego nowego hostalu, wiec decydujemy sie wrocic do nowej czesci miasta, a jutro za dnia wrocic i odwiedzic te wszystkie miejsca wchodzac do srodka. W miedzyczasie rozpadalo sie porzadnie.

Jest jeszcze jedna rzecz, ktora wbila mi sie do glowy. Zarowno taksowkarz z lotniska, jak i dziewczyna z recepcji w hostelu pierwszym, a potem chlopak z recepcji w hostelu drugim, ktory niedawno zabukowalismy, tonem dosc powaznym doradzali nam poruszanie sie po Quito taksowka, zwlaszcza po 20.00. Zapytani wprost mowili – tak, jest niebezpiecznie. Takie ostrzezenia zdarzaly sie nam wielokrotnie, co ciekawsze, nawet nie pytajac. W hotelu mowili: ‚A, idziecie tam. Ale wrocicie taksowka, tak?’, w knajpie przy obiedzie para, ktora siedziala niedaleko nagle sie do nas zwrocila, slyszawszy najwyrazniej nasza rozmowe i gdzie sie wybieramy: ‚tam to lepiej po 20.00 nie idzcie, lepiej rano, za dnia’, itd itp. Mieszkancy miasta najwyrazniej chceli nam dac jasno do zrozumienia, ze musimy zachowywac najwyzsze srodki ostroznosci i wszedzie najlepiej jezdzic taksowka, ktora zostawia Cie pod drzwiami miejsca, do ktorego sie wybierasz. Powoli zaczynalam rozumiec, dlaczego taksowkarz odpowiadal mi tylko cenami taksowek.  I rzeczywiscie, jest ich w Quito chyba tysiace! Przyznaje, ze przez pierwsze 2-3 dni udzielo mi sie to uczicie ‚bacznosc i czujnosc!’, a to bojazliwych raczej nie naleze. Potem mi troche przeszlo, choc kolejne rady co do bezpiecznestwa wracaly niczym bumerang, choc nic nam sie nigdy nie stalo. Pierwszego dnia ok. 22.00 wracamy jednak do hotelu taksowka, tym bardziej, ze pada okrutnie. Tej noc spimy jak zabici. Nocne czekanie na lotnisku w Limie i caly dzien chodzenia daja sie we znaki. Najstepnego dnia rano, zaraz po sniadaniu (sok z tomate de arbol – pierwszy nowy owoc o nieznanym mi wczesniej smaku), przenosimy sie do hostelu w Centro Historico i buszujemy okolice.

W dzien miasto wyglada zupelnie inaczej. 26 grudnia wszystko jest juz otwarte, ulice sa pelne ludzi, jest DSC_4188gwarno, tloczno i slonecznie. To inne Quito. Sliczne Quito. Teraz rozumiem, dlaczego starowka jest na liscie UNESCO i dlaczego ma status najwiekszej i najlepiej zachowanej w calej Ameryce. W dzien widac tez piekne polozenie miasta, w Andach, na wysokosci  ok. 2800 m n.p.m, na wschodnich stokach czynnego wulkanu Pichincha. Na horyzoncie sa wiec piekne, zielone gory. Te, ktore widzialam z samolotu. No i wulkan! A na pobliskich wzgorzach rozciaga sie dziekie morze domow i domkow, az po szczyt. Przypomina mi to troche chilijskie Valparaiso (pamietacie te kolorowe domino?). Co do wysokosci, to ja troche czuc, kiedy trzeba sie wspinac po tych uliczkach pod katem 30º, a czasem nawet 45. Wiecie, ze Quito to druga najwyzej polozona stolica swiata? (W tej najwyzej polozonej bede jakis miesiac pozniej, tam dopiero zabraknie tchu).

Jest jeszcze jeden punkt na horyzoncie, ktorego nie da sie zignorowac. Gigantyczna, nieco zlowieszczo gorujaca nad miastem, Basílica del Voto Nacional. Z patriotycznego obowiazku dodam, ze inaugurowal ja i poswiecil Jan Pawel II (w 1985 r.). Nie jestem fanka kosciolow, ale ten jest imponujacy. 115 wysokosci (jakies 40 pieter), do tego stoi na wzgorzu i ma witraze wielkosci naszego mieszkania hehe. Architektonicznie przypomina mi Notre Dame. Panorama stamtad musi robic wrazenie.  Postanawiamy, ze ktoregos dnia sie tam wespmniemy i slowa za kilka dni dotrzymujemy. Z daleka docenia sie gabaryty bazyliki, z bliska jej detale wykonczenia: z murow i wiez spogladaja jaszczurki i inne gady i plazy z fauny Ekwadoru. Tego dnia akurat znow bylo pochmurno, wiec calosc tworzy aure na pograniczu podziwu i ciarek. Wspinamy sie na sam szczyt (wejscie 2$). Jak wielka jest to budowla zobaczyc mozecie po rozmiarze jej witrazu w fotach na dole…

W Quito odwiedzamy tez Museo Nacional del Banco Central del Ecuador, a wlasciwie jego czesc mieszczaca sie w Casa de la Cultura (w budynku Museo Nacional). Przewodniki i ludzie podaja nam sprzeczne informacje, ale w koncu znajdujemy (wejscie od Avenida Patria). Z czesci historycznej to jakies 30 minut spacerem DSC_2599(porzucamy taksowki), przecinajac Parque La Alamenda (z obserwatorium astronomicznym) i ferie rekodziela (warto rzucic okiem w weekend). Jesli bedziecie kiedys w Quito, odwiedzcie to muzeum koniecznie. Niepozorne w rozmiarze kryje imponujaca kolekcje, jest uporzadkowane, a objekty sa swietnie podpisane i wytlumaczone. Na wejsciu obejrzec mozna 10 minutowy film wprowadzjacy do historii plemion Ekwadoru, ich priorytetow i wierzen. Daje dobry grunt do dalszej wizyty. Do odwiedzenia sa 3 sale: archeologiczna, zlota (de Oro) i kolonialna. W pierwszej kroluje prekolumbijska ceramika (zauroczyla mnie prekolumbijska tarka do warzyw:), kryjaca w sobie klucz do zrozumienia religii, zwyczajow i seksualnych sklonnosci owczesnych plemion (homoseksualizm i trojkaty welcome to!). Jest tez mumia dziewczyny z roku 500 naszej ery. Mnie najbardziej ciekawi czesc z plemieniem La Tolita z regionu Río Esmeralda. Ich ceramika przedstawia ludzi z charakterystycznymi, dlugimi czaszkami, znakiem przynaleznosci do klasy wyzszej. Takie czaszki istnialy na prawde. Podobnie jak w innych zakatkach swiata, jak Ekwador, Peru czy Egipt, wydluzony ksztalt uzyskiwano przez bardzo mocne obwiazywanie glow dzieci  badz (jak w przypadku Ekwadoru) poprzez zakladanie na nie drewnianego przyrzadu sciskajacego czaszke.  Dzieciaki musialy chodzic w czyms takim kilka lat… az do odpowiedniego zrostu. Wszystko to, wlacznie z prawdziwa czaszka i prawdziwym przyrzadem zobaczyc mozna w gablocie muzeum.

DSC_2638Najwieksze wrazenie zrobila na mnie jednak  finezja i fantazja plemion zyjacych 4 tysiace lat przed Chrystusem(!), nie tylko w ceramice, ale i w bizuterii. Sala de Oro (Sala Zlota) jest zachwycajaca. Od Maski Slonca, przez wysublimowane kolczyki, malutkie spinki (jak oni to zrobili tak prymitywnymi narzedziami?) i fikusne naszyjniki, po zloto wypolerowane tak, ze sluzylo za lustro. Ekspozycja zawiera tez pokoj z instrukcja jak prekolumbijskie plemiona radzily sobie z obrobka metali.  Juz w tamtych czasach znano technike odlewania na ‚wosk tracony’ i tworzono stopy złota z innymi metalami. Widzac jak prymitywne narzedzia miano wtedy do uzytku, czlowiekowi nie pozostaje nic innego jak chylenie czola. Prawde mowiac, widzac wszystkie prekolumbisjkie zdolnosci i osiagniecia (astronomia, medycyna, architektura!) trudno mi myslec o tych plemionach ‚prymitywne’ (Inkowie przeprowadzali z suckesem trepanacje czaszki!), ale to tego dojde jeszcze pewnie w ktoryms przyszlym poscie z Peru.

Nie zdziwicie sie wiec chyba, ze na sale kolonialne, czyli czesc historii po przybyciu Hiszpanow do Ameryki i podbicu vel wymordowaniu wyzej opisywanych, nawet nie rzucilismy z Claudiem okiem. Inna sprawa, ze niedlugo zamykali muzem, co sprawilo, ze ostatniego dnia przed wyjazdem z Quito (kiedy musielismy zabic wolny czas) wrocilismy do tego muzeum jeszcze raz. Tak, to zdecydowanie moj typ w atrakcjach turystycznych miasta.

No dobrze, starowka, muzem, koscioly, panoramy i smazone banany, a wieczorem? Wieczorem, skoro wszystko jest zamkniete, nie pozostaje nam nic innego jak isc na La Ronda, najpopularniejsza ulice barow w centrum. (Powiedzialabym, ze jedyna, skoro calaokolica jest o tej porze wymarla). La Ronda szczesliwie jest 2 bloki od nas, musimy jedynie przejsc przez Plaza Santo Domingo. Waska, kolonialna uliczka z balkonami kryje w sobie puby, sklepy, muzeum i restauracje. Jest przyjemnie. Pijemy Pilsenera, narodowe piwo i jemy ceviche z krewetek. Ktorejs nocy (bo bylismy tam wiecej niz raz:), probuje tez Rosero w knajpie Leña Quiteña. Pyszny napoj z ananasa, truskawek i borojó (jesli dobrze rozczytuje moje notatki:). Na obiad czy kolacje polecam zajrzec do knajpy: La primera casa. Swietna zupa z dyni i dania z miesem w ziolach. Wegetarianie mnie znienawidza, ale alpaka jest pyszna…

Stracilam nieco chronologie w opisie, ale prawda jest taka, ze w Quito spedzilismy sporo czasu, ale nie ciagiem. Sama stolica da sie zobaczyc na spokojnie w 3 dni, warto jednak zarezerwowac sobie wiecej czasu, bo okolice miasta to atrakcja na kolejne 3. Quito to idealny punkt wypadkowy na jedniodniowe wyprawy do La Mitad del Mundo (oficjalny srodek swiata), Otovalo (podobno najwieksza feria rekodziela w Ameryce Poludniowej) i Mindo (park z motylami).W kadym z przypadkow na noc mozna wrocic do stolicy, tak tez robimy. W Quito czujemy sie wiec po jakims czasie jak w domu, a to oznacza, ze czas najwyzszy ruszac dalej 🙂

Ruszamy z ciekawoscia, choc stolice Ekwadoru zapamietujemy jako miasto, do ktorego chcielibysmy wrocic na jakis spokojny, dlugi weekend. Zestaw Quito + okolice to swietna opcja na 5-6 dni. Przekroj wrazen i roznorodnosc miejsc jest wystarczajaca. O tych okolicach w nastepnym poscie. I o Ekwadorczykach, ktorzy generalnie sa do rany przyloz, ale jest jedna ‚okolicznosc’, w ktorej z Ekwadorzyka wychodzi bestia. Co obstawiacie?

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 9 komentarzy

Leave a Reply