Ekwador

Otavalo, gdzie portfel chudnie w mig

Jesli jechac do Otavalo to tylko w sobote. Tak nam radzilo wszystko i wszyscy. Tak tez zrobilismy. W soboty ta mala miescina 2 godziny od Quito zamienia sie w najwieksza ferie rekodziela w Ameryce Lacinskiej. Brzmi dobrze, prawda?:) No to jedziemy! Ba, pojedziemy tam dwa razy.

PODEJSCIE PIERWSZE

Pierwsza wyprawa rozpoczela sie strategicznym bledem, ktory zawazyl niestety na calym dniu. W moim przewodniku wyczytalam, ze autobusy do Otavalo odjezdzaja srednio co 15 minut, wiec nie ma problemu z transportem. To co sugerowano za to, to zlapanie autobus powrotnego (bezposredniego) do Quito maximum do godziny 18:00. Potem trzeba po prostu stac na drodze wylotowej do stolicy i lapac jakikolwiek autobus, ktory tam jedzie. A noz ma miejsce.

Co 15 minut – zapamietalam. Zrywamy sie rano, bo jestesmy podekscytowani, jemy szybkie sniadanie i jedziemy na znany juz terminal Ofelia, jako ze widzielismy tam okienko z biletami do Otavalo. Okienko, owszem jest, ale zamkniete, a przed nim dlugasna kolejka zniecierpliwionych ludzi. Okazuje sie, ze to jedyne okienko, ktore nam sluzy, wiec nie pozostaje nic innego jak ustawic sie na koniec ogonka. Stoimy tak ponad godzine… Ludzie sa coraz bardziej zniecierpliwieni, dzieci coraz bardziej niepokorne, a okienko bez zmian puste. Jest juz 11.00… Zaczynamy sie zastanawiac czy to czekanie ma sens, a ja zaczynam miec podejrzenia, ze moze sa i co pietnastominutowe autobusy do Otavalo, ale raczej nie stad! Wtedy szanowna pani od biletow wraca na stanowisko pracy, odpala komputer i przesuwa szybke. Tlum szaleje. O ile wsiadajac do autobusu Ekwadorczycy przestrzegaja kolejek, na terminalu zapanowaly prawa dzungli. Kto pierwszy sie dopcha ten ma. My sie nie pchamy, jestesmy chyba nazbyt zaskoczeni. Po 15 minutach walki na smierc i zycie przychodzi policja, starajac sie zalagodzic sutuacje, ale srednio jej sie to udaje, bo kazdy mowi, ze ‚tu stal’. Jestesmy z Claudio chyba jedynymi osobami, ktore nie napieraja, wiec policja zaczyna pytac sie nas tajnym kiwnieciem glowy, bez slowa, kogo przepuscic do okienka, a komu kazac isc na koniec. Czyli kto tu stal naprawde, a kto sciemnia. Rownie tajnym kiwnieciem glowy odpowiadamy i tym sposobem, czujac sie jak FBI, za jakies 20minut (hurra!) mozemy zapytac o najblizszy bilet do Otavalo. No i zonk. Nastepny jest za 1,5 godziny, do tego musimy zaplacic pelen bilet (do miasta koncowego, zamiast tylko do Otavalo). Pytamy stojaca obok policje czy to prawda, a ta mowi, ze mozliwe, bo jest weekend. Dziwimy sie, ale kupujemy… tlum napiera, nie ma czasu na myslenie! Aaaa!

1,5 godziny czekania spedzam przygladajac sie ludziom na terminalu. Odkrywam tez owy stategiczny blad, ktory juz mi swital przed okienkiem: powinnismy jechac na terminal Cancelén, a nie Ofelia. To stamtad jest to swietne polacznie. Tu zlapalismy to co sie dalo. Jestem zla na siebie, ze nie dopytalam i nie doczytalam, bo zawsze przeciez dopytuje i doczytuje… Ale coz, choc zaczynamy byc  juz glodni, staramy sie nie tracic humorow. Mysle sobie, jeszcze 2 godziny i bedziemy na miejscu, bedzie 14:30, jeszcze nie jest tak zle… Okazalo sie, ze najgorsze bylo jeszcze przed nami. I to ze autobus spoznil sie pol godziny to pikus.

Ta podroz to seria zlosliwosci losu. Uwierzycie, ze kierowca sie gubi? I do tego dwa razy! Najpierw wyjezdzajac z Quito nie moze znalezc odpowiedniego zjazdu, potem w jednym z miasteczek nie wie gdzie skrecic na Otavalo. Dochodzi do tego, ze pasazerowie krzycza mu gdzie jechac (choc i tak nie slucha). Nie musze dodawac, ze to znacznie wydluza nasza podroz i zaczyna rozmywac usmiechy z naszych twarzy. Ale to jeszcze nic. W pewnym momencie autobus zatrzymuje sie i odmawia podluszenstwa. Wygladam przez okno, widze tylko nogi kierowcy wystajace spod podwozia. Pasazerowie wychodza na papierosa, znaczy – postoimy. Pytam: Padl hamulec, prawda? Wesoly Pan odpowiada, Tak! A skad wiesz? Ano wiem, odkad wyjechalismy z Quito tym feralnym autobusem na kazdym zakrecie slyszalam pisk hamulca, ktory wcale a wcale mi sie nie podobal. Dodam tylko, ze droga jest bardzo kreta i stroma, bo jezdzimy po gorach, a kierowca nie zaluje gazu, za to na zakretach zwykl hamowac… Tak wiec ciesze sie w sumie, ze ktos ten hamulec naprawi, zanim przestanie calkowicie dzialac i to w jakims najmniej pozadanym momencie, ktory na tej trasie wystepuja srednio raz na 200 metrow.

Sukces! Jedziemy dalej! Hamulec piszczy troche mniej, ale i humory nam mniej dopisuja, bo zrobila sie  juz 16.00… Nie moge uwierzyc, ze wstalismy przed 8 i wciaz jestesmy w drodze! Mijajac piekne doliny iIMG_2086 jeziora, wjezdzamy w koncu do Otavalo, ale umieramy z glodu, wiec pierwsze co robimy to idziemy jesc. Pyszny sok z guanabany, humitas (mielona kukurydza zawinieta w lisc i ugotowana), przemila wlascicielka knajpy, ktora nie wiedziec czemu rozczula sie na wiesc, ze jestem z Polski. A potem rozczula sie jeszcze bardziej, ze mieszkam w Chile i jestem w Claudiem juz 3 lata. Niech Ci sie tu u nas w Ameryce Lacinskiej dobrze zyje! Choc Ty juz jak nasza, swietnie mowisz po hiszpansku – mowi mi na pozegnanie. Przy obiedzie ustalamy z Claudiem, ze wszystko jest bez sensu. Mamy na te najwieksza ferie kontynentu godzine, a potem znowu mamy wsiasc w autobus i wracac do Quito. Zgadzamy sie, ze musimy tu wrocic albo zostajemy dzis na noc, choc wszystkie rzeczy mamy w hotelu w stolicy.

Nastepna godzina ratuje nasz dzien. Feria jest rzeczywiscie duza, choc o tej porze polowa sprzedajacych juz sie zwinela badz wlasnie zwija. Nie moge oderwac wzroku od kolorow… Piekne, intensywne, wyjatkowe. Kolorowe jest wszystko. Ubrania, szale, nakrycia na stol, kanape, bransoletki, hamaki, torebki, bizuteria, aaaa! Chcemy z Claudiem kupic wszystko, ale uspokajamy sie wzajemnie:) Swierdzamy, ze dzis rzucimy okiem i wybierzemy to, po co chcemy wrocic. Niedlugo okazuje sie jednak, ze tuz przed zamknieciem dostajemy nawet 50% znizki jako ‚ostatni klienci i ostatnia sprzedaz dnia’. Kilka razy korzystamy, kupujemy pierwsze prezenty dla rodziny i przyjaciol i narzute na nasza sofe w Chile:) Powoli zapominamy o lokomocyjnych przejsciach, kiedy dochodzi 18.00 i czas isc na powrotny autobus. Idziemy, ale w ktoras kolejna sobote, po Amazonii i przed wyjazdem z Ekwadoru, wracamy do Otavalo jeszcze raz…

 

PODEJSCIE DRUGIE

Druga podroz idzie sprawnie. Terminal Cancelén, 1:50 min w autobusie, jeszcze przed poludniem jestesmy na miejscu. (Sami widzicie, ile sie rozpisalam o pierwszym, a ile o drugim podejsciu:)

 

 

Tym razem mamy czas na spokojna przechadzke miedzy straganami i na zobaczenie miasta. Zaskakuje nas rozmiar rynku, wiekszego m.in. o czesc z jedzeniem. Wielkie papaje, mango, tomate de árbol i inne tropikalne owoce w rozmiarze XXL leza i pieknie pachna. Mozna tez usiac i zjesc uliczny obiad: w menu cuy albo prosiak. Sa tez przekaski, smazony banan, swiezutki kokos, lody… My idziemy na krewetki, a potem wracamy na rynek z rekodzielem. Dokupujemy jeszcze kilka malych rzeczy (prezenty swiateczne obiecalismy rodzinie i przyjaciolom przywiezc z podrozy). Dorabiamy sie tym samym dodatkowych kilku kilogramow w plecakach. Nie bylo to rozsadne, ale co niektorzy z Was sie uciesza:) Ja prezentuje sobie piekny naszyjnik i panama hat, ktore pomimo nazwy, oryginalnie produkowane sa w Ekwadorze, Claudio spedza duzo czasu przy archeologicznych straganach z ceramika, w efekcie czego przywiezie do Chile dwa nowe nabytki.

Do dzis kiedy zamykam oczy widze te ferie pieknych kolorow, z ktora konkurowac w moich wspomnieniach moze chyba jedynie Gran Bazar w Istambule. Wierzcie mi, ze zdjecia tego nie oddaja. Ekwador w ogole okazuje sie kolorowy, bardzo pozytywnie mnie to zakakuje. A Otovalo… no coz, choc mozna sie targowac, a ceny sa i tak bardzo przyjazne, porflel nieco schudl:)

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 4 komentarze

Leave a Reply