„Claudio, o czym marzysz?” spytałam któregoś wieczoru w połowie butelki wina. „Ale tak wiesz, podróżniczo”, dodałam. Nie wahał się długo, jakby odpowiedź od dawna spodziewała się, że zostanie wywołana do tablicy. „Chciałbym pojechać do Amazonii. I chciałbym wspiąć się na wulkan”. W jego głosie usłyszałam lekką nutkę żalu, że jeszcze tego nie zrobił. Pomyślałam, że obydwa pomysły bardzo mi się podobają, a co więcej, ten drugi można spełnić niemalże od ręki.

Chile wchodzi w skład tzw. pierścienia ognia, ciągnącego się wzdłuż zachodnich wybrzeży obu Ameryk. Znajduje się tu ponad 2 tysiące wulkanów (podobno 2085), z czego 500 uważanych jest za aktywne. Dlaczego by nie wspiąć się na jeden w nadchodzący długi weekend? Słowo się rzekło i niniejszym narodził się pomysł na urodzinowy prezent – niespodziankę dla Claudia. Niedługo potem okazało się też, że wspięcie się na czynny wulkan Villarica w południowym Chile było jedną z najbardziej wymagających, i zarazem najpiękniejszych, rzeczy jakie zrobiłam dotychczas w życiu.

Żeby wspiąć się na Villarica trzeba pojechać do Pucón. To jakieś 12 godzin autobusem z Santiago. Pięknie położone miasteczko oferuje wiele turystyczno-sportowych atrakcji i spokojnie można tam planować kilkudniowy pobyt, ale o tym szczegółowo kiedy indziej. Dziś kierunek wulkan! Można próbować wspiąć się samemu, ale bez odpowiedniego doświadczenia i sprzętu jest to raczej niewskazane. Zabukowałam więc dwa miejsca na wyprawę z jedną z agencji turystycznych. Za 40.000 pesos od osoby dostaliśmy przewodnika, ubrania, buty, czekan, kask i tajemniczy, zielony, płaski plastik w kształcie jabłka. 250 zl to trochę drogo, ale spełnienie czyjegoś marzenia jest w końcu bezcenne. Zabrać trzeba wodę, coś słodkiego, krem przeciwsłoneczny i okulary. Wieczór przed niewskazane są procenty i ciężkie jedzenie. A potem trzeba wstać o 3 nad ranem i czekać na mały busik, który zabierze Cię do stóp wulkanu. A potem się wspiąć i już! 🙂

W GÓRĘ

villarica andy.001
No dobrze, nie takie już. Choć zaczyna się niewinnie, wspinaczka na trzytysięcznik zajmuje ok. pięciu godzin. Wchodzi się właściwie cały czas pod kątem 45 stopni. Idzie się zygzakiem, dość zdecydowanym tempem, choć każdy powinien znaleźć swoje. Jak poinstruował nas przewodnik, niewskazane są ponadprogramowe postoje – mięśnie mają pracować cały czas. Tak jest, Panie Przewodniku! Programowe przerwy były co godzinę, trwały 3-4 minuty i wystarczały właściwie po to, żeby wziąć łyka wody i zagryźć batonikiem, podnoszącym poziom cukru we krwi. Tempo było więc wymagające. Zwłaszcza, że maszeruje się gęsiego po wąskim paseczku wyżłobionym w śniegu przez odciski butów przewodnika. W górę stromo, w dół przepaść, przepuścić szybszych towarzyszy nie tak łatwo, więc nie bardzo można się zatrzymać i odsapnąć, bo robi się korek. Swoją drogą taka presja to niezła motywacja.

Choć moja kondycja pozytywnie mnie zaskoczyła, serce waliło mi okrutnie. Z wrażeń i z wysiłku. Niejednokrotnie klęłam pod nosem rzeczy, których nie zacytuję, co jednak zaskakująco efektywnie dodawało nowych sił:) Na twarzy Claudia raz pojawiał się uśmiech, raz grymas mówiący „że też musiałem mieć akurat takie marzenie”. Co chwila jednak natura nagradzała nas zapierającymi dech w piersiach widokami. Celowo zdecydowaliśmy się wejść z najwcześniejszą grupą, jeszcze gdy jest ciemno, żeby zobaczyć wschód słońca już z wulkanu i znad chmur. Ma to też drugi plus. Później na Villarica wspinają się dziesiątki osób, o świcie jesteś właściwie zupełnie sam. Ty, natura i wyzwanie.

Krajobraz zmienia się niezliczoną ilość razy. Im wyżej tym wspanialej. Hen hen na horyzoncie widać Andy, okoliczne wulkany, jeziora i to co odsłonią wijące się wśród wierzchołków chmury. A te oddalają się i oddalają, będąc coraz niżej. Tylko wierzchołek zdaje się być wciąż tak samo wysoko jak fatamorgana, do której się nigdy nie dociera. Pokonaliśmy w końcu niekończąca się część, po której śnieg zmienił się w lód i czekany poszły w ruch. W końcu dotarliśmy! Ostatni krok. Ojej! Jak dziwnie się chodzi po płaskim. Mięśnie drżą, wariują, nie wiadomo jak stawić nogę, uwierzcie mi! Ciało jest oszołomione nagłym ułatwieniem. Idź prosto, wariacie.

villarica2

Obejrzeliśmy się za siebie i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Widać stąd zaokrągloną linie horyzontu.  Zobaczyliśmy też jaki szmat drogi za nami. „Jesteście mistrzami świata!”, mówiła nam mieszanka zmęczenia i satysfakcji. Przytakujemy, a co! 🙂

Dwie osoby z naszej dziesięcioosobowej grupy nie dały rady. Był płacz, histeria, drżące nogi i załamanie. Przewodnik nr 2, który szedł na końcu ogonka, wrócił z nimi na dół… Podobno na każde 10 osób około 4 rezygnuje, Przewodnik nr 1 nazwał nas więc silną grupą. To co mnie zdumiewa to fakt, że nikt w agencji nie uprzedza jak duży to będzie wysiłek dla ciała. Nikt nie pyta czy ma się problemy z sercem. Temat nie pada, a nie sądzę, żeby był aż tak oczywisty dla wszystkich turystów świata. Wiem, że pieniądz to pieniądz, ale tam naprawdę można się przeforsować.

NA SZCZYCIE

villarica cumbre

Zaglądaliście kiedyś do krateru? My bardzo chcieliśmy! Chcieliśmy też zobaczyć buchającą, czerwoną lawę i strzelić piękne foty. Villarica jednak miała inne plany. Poziom lawy w ostatnim czasie obniżył się na tyle, że choć buchał tylko pył i gazy wulkaniczne. Ot taka szkodliwa dla człowieka para. Lawa więc nie tryskała, ale można się za to było zbliżyć na samiuśki skraj krateru i zajrzeć do środka.

A lawa wulkanu Villarica wygląda tak:

Powietrze rzeczywiście drażniło krtań, nie spędziliśmy więc nad kraterem zbyt wiele czasu. Usiedliśmy na chwilę kilkadziesiąt metrów dalej i gapiliśmy się z rozdziawionymi buziami na erupcje pobliskiego wulkanu Puyehue. I świat u naszych zmęczonych stóp. „Szczęśliwy?” – „Szczęśliwy. Cieszę się, że to właśnie Ty zrobiłaś to ze mną”. Zmęczenie gdzieś uleciało.

W DÓŁ

A wiecie jak się schodzi z wulkanu? Zjeżdża się na tyłku! To nie żart. Wyjaśniam niniejszym tajemnice plastikowego jabłuszka. Należy je sobie włożyć pod pupę, przypiąć odpowiednio do kombinezonku, odbyć krótkie szkolenie z hamowania i sru! A jak się hamuje jadąc w dół z 3 tysięcy metrów pod kątek 45 stopni? Czekanem! Trzeba go sobie odpowiednio włożyć pod ramię i wbijać jego rączkę w śnieg kiedy uznamy, że to nie na nasze nerwy. I nie ma zmiłuj, wszyscy gęsiego, raz dwa. Ależ to była frajda!! Zjeżdżaliśmy jakieś półtorej godziny, może dwie. Początkowa niepewność ustąpiła miejsca dzikiej radości. A bedąc już na dole chcieliśmy jeszcze raz! 🙂

villarica 5

Jakież to było dziwne uczucie wrócić do miasta i za jakieś pół godziny widzieć Villarica z okna hostelu, znowu jako posągowego kolosa na horyzoncie . Jeszcze godzinę temu zjeżdżaliśmy z jego stoków, jeszcze 3 godziny temu byliśmy na samiuśkim szczycie. Jeszcze przed chwilą był sprawcą mojej walki, moim wyzwaniem, moja drogą do celu i wzruszeniem. A teraz sobie stoi tak spokojnie, jakby nigdy nic.

Pojechaliśmy na zasłużony relaks w pobliskich gorących, naturalnych źródłach. To idealne zakończenie jednego z najlepszych dni w moim życiu.

„Nigdy więcej wulkanów”, powiedział wieczorem Claudio, który nie przepada za wspinaczką. „To kiedy do Amazonii?”.

WULKAN VILLARICA – czynny wulkan w Andach Południowych, w środkowej części Chile, nad jeziorem Villarica. Wysokość 2840 m. Od 1558 zanotowano 25 erupcji, najsilniejsza w roku 1948. Ostatnia w 1980. Powyżej 2000 m pokryty wiecznym śniegiem.

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion One Comment

Leave a Reply