… czyli zwyczaje w Chile i  kilka słów o tym, od czego odzwyczaiłam się mieszkając w Santiago.

Sezon na „ku*wa, ale zimno” zamiast „cześć” uważam za otwarty! – mignęło mi niedawno na facebookowej ścianie. W tym roku dzielę się w bólu z rodakami, bo jak część z was wie, ostatnie tygodnie spędzam w Polsce przygnana sprawami ważnej wagi rodzinnej. Obecna około zerowa temperatura doskwiera moim wiosnolubnym czterem literom tym bardziej, że nie mam ze sobą zimowej kurtki, a jesienny płaszcz już nie daje rady, nawet w romansie z grubym polarem. Miałam zostać w Polsce nieco krócej, poza tym nie spodziewałam się, że przez 3 miesiące pobytu zaliczę w ojczyźnie i lato i jesień i zimę. Takie rzeczy tylko nad Wisłą. No dobra, spodziewałam się, ale walizka ma wagowy limit i połowę wypełniły mi prezenty 🙂 Na pomoc przybyła mi wczoraj bratowa, wręczając swoją wysłużoną i zasłużoną puchówkę, więc będę żyć! 

Nie ma co ukrywać, odzwyczaiłam się nieco od polskich mrozów, od rękawiczek, czapek i wypatrywania kreski na termometrze poniżej zera. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie lata w Chile odzwyczaiłam się od jeszcze kilku rzeczy i o tym dziś w poście pisanym spod koca. Niektóre z tych odzwyczajeń mnie cieszą, niektóre trochę kosztują, z częścią weszłam w symbiozę dość niezauważalnie.

ODZWYCZAJENIA made by Chile

czyli odzwyczaiłam się od…

1. Od noszenia parasola

Parasol w domu mam i pamiętam jeszcze do czego służy, ale nawet mój składak z Rossmana w rozmiarze mini leży gdzieś w garderobie i ślad po nim zaginął. W Santiago pada tak  rzadko, że parasol (brać czy nie brać?) przestał istnieć w moim zestawie pytań porannych. Nie spoglądam też w niebo, sprawdzając czy idą ciemne chmury ani nie oczekuję inforacji o deszczu w pogodowych wiadomościach. Niedawno to sobie uświadomiłam.

Nie znaczy to, że w Santiago nie pada w ogóle. Co więcej, jak już się rozpada to jest to katastrofa na skalę krajową (studzienki nie dają rady, miasto tonie, korki, sodoma i gomora). Jakimś cudem jednak w stolicy Chile przy pierwszej kropli deszczu na każdym, dosłownie każdym rogu w centrum miasta w mgnieniu oka zjawiają się uliczni sprzedawcy parasoli w milionie kolorów. W podróży z plecakiem za to lepiej sprawdza się dobra kurtka przeciwdeszczowa. Słowem, parasol raczej się ze mną nudzi.

2. Od uzależniania planów od pogody

Wyjeżdżamy na weekend za miasto? Tak! Sprawdzamy kalendarze, patrzymy czy nie pracujemy albo z kimś się już nie umówiliśmy, ustalamy datę i miejsce, zerkamy na stan konta – jedziemy! I już. Nikt nie patrzy w prognozę pogody, a jeśli patrzy to po to, żeby zobaczyć czy w nocy wystarczy bluza czy może jednak wziąć polar, czy będzie upalnie czy może tylko gorąco. Pogoda może być oczywiście ważna (zwłaszcza jak jedziemy daleko poza Santiago), ale nie na tyle by uzależnić od niej prosty wyjazd za miasto.  Zdałam sobie z tego sprawę będąc w Polsce pod koniec lata, kiedy próbowaliśmy trafić z bratem w weekend bez deszczu czy burz (i pasujący wszystkim) i pojechać na Mazury. Nie pojechaliśmy, wylądowaliśmy na Litwie hehe.

Nie chodzi o to, że w Chile jest zawsze ładnie i pogoda nie gra żadnej roli. Gra, zwłaszcza kiedy wybierasz się na daleką północ czy na dalekie południe (ale tu jest mowa raczej o sezonach i całych miesiącach, kiedy lepiej dane miejsca odwiedzać bądź ich unikać). W takim zwykłych planach weekendowych nikt w moim otoczeniu o pogodzie nawet nie wspomina. Może poza stosunkowo krótką chilijską zimą, kiedy raczej siedzi się w domu pod kocem.

3. Od trzepania dywanów

Nie wiem jakie macie wspomnienia z dzieciństwa, ale jednym z moich ulubionych zajęć była wspinaczka na trzepak i przeróżne na nim wygibasy. Każde szanujące się osiedle musiało mieć jeden, a dochodzący zza okna odgłos trzepanego dywanu oznaczał tylko jedno – jeszcze nie ma ciszy nocnej, nie ma 22:00, czyli można biec i grać z chłopakami w kosza.

Któregoś popołudnia w Chile ni stąd ni zowąd uderzyła mnie nagle myśl, że w Santiago nie ma trzepaków! Nie pamiętam już od czego ten proces myślowy się zaczął, ale stwierdzenie braku trzepaków trafiło z miejsca na listę polsko – chilijskich różnic  mniejszej wagi. A dlaczego nie ma trzepaków? Może dlatego, że w chilijskich domach nie ma zbyt wielu dywanów. Prawie wcale, poza małymi dywanikami koło łóżka czy skrawkiem leżącym w salonie (ale też w sumie nie często). Ma się to więc nijak do naszych wielkich dywanów z lat 80-tych, wypełniających po brzegi wszelkie pomieszczenia mieszkania. Nie trzeba więc trzepać kilku rulonów, nie trzeba trzepaków.

A jak nie ma dywanów to łatwiej szybko zamieść podłogę, więc można chodzić w butach, co nie? (patrz punkt 4).

4. Od zdejmowania butów w (czyimś) domu

W Chile chodzi się w butach, od rana do wieczora. Nikt ich nie ściąga w domu ani swoim ani cudzym, nikt też Cię o to nie poprosi. W przedpokojach nie ma szafek na buty (ani szaf na płaszcze), nie ma też kapci dla gości, więc nawet jak się wychylisz albo odruchowo zdejmiesz obuwie po wejściu, będziesz biegać w skarpetkach, otoczony zdziwionymi minami pozostałych. Straciłam więc odruch zdejmowania butów po przekroczeniu progu, nie pytam już też czy można w nich wejść. Po prostu wchodzę. W swoim domu jednak żyję w tym aspekcie po polsku, buty zostawiam w przedpokoju i nawet powoli przekonuję do tego Claudia powodami czysto praktycznymi jak sprzątanie. Przyznam Wam, że nieco niewygodniej jest jednak prosić o to samo gości.

Chilijczyk prośbą o zdjęcie butów będzie szczerze zaskoczony, czasem może się wręcz poczuć niekomfortowo albo pomyśleć, że trafił na maniaczkę czystości. Wiadomo, że podłoga trochę szybciej się pobrudzi, ale bez przesady, nie ma ani kilkumiesięcznych zim, ani błota, ani częstego deszczu ani ciężkich buciorów. W Santiago przez większość roku chodzi się w sandałach i lekkim obuwiu. Poza tym nie ma dywanów, więc podłogę wystarczy zmieść i zmyć. O co tyle zachodu, maleńka? Mam założyć te rozpapciane przez kogoś innego bambosze albo biegać na bosaka?

Z noszeniem kapci po kimś to akurat i prawda, ani to przyjemne ani estetyczne. Z drugiej strony mnie osobiście codzienne zmiatanie podłogi męczy i jak widzę gdzieś Chilijczyka leżącego w swoim domu na łóżku z pościelą w butach to jednak mnie coś skręca 🙂 Na szczęście Claudio nie jest jednym z nich i rozwodu nie będzie 🙂

5. Od przychodzenia na imprezę o 20:00 jak impreza jest o 20:00

O punktualności Latynosów krążą legendy i co tu się dużo rozwodzić – jak impreza jest o 20, to pierwsi goście zaczną się schodzić po 21. (Zwykle jednak wśród znajomych jest ta jedna osoba, która przychodzi punktualnie i tak czy siak trzeba być o tej 20:00 w miarę gotowym). Jako że mieszkamy w centrum, domówki są zwykle u nas, bezzmiennie jestem ze wszystkim w miarę gotowa na czas. Zajęło mi jednak chwilę opanowanie bezstresowego spóźniania się na imprezy w gościach (zaproszenie na 23:00 – o 22:30 jestem gotowa do wyjścia – o 22:50 Claudio idzie się kąpać mówiąc spokojnie, zdążymy). Sytuacja była dla mnie mało komfortowa, zwłaszcza jeśli szliśmy na kolację i już widziałam jak to na nas wszyscy czekają, a pani domu trzyma wszystko na gazie, przeklinając nas tak, że wszyscy sąsiedzi słyszą i klaszczą. Okazało się jednak, że nikt się za te ‚spóźnienia’ na nikogo nie obraża, a kolacja często była jeszcze w powijakach kiedy się przychodziło na czas.

Słowem – czas startu imprezy jest względny i najważniejsze, żeby przyjść z ochotą i winem, a nie z zegarkiem w ręce. Moją nową umiejętność wyłączam jednak w Polsce, bo tutaj 22:00 to nadal 22:00 i nie chcę stracić przyjaciół, a ratuje mnie jedynie zasada akademickiego kwadransa, z którego od zawsze korzystam 🙂

PS. Wciąż jednak nie posiadłam umiejętności bezstresowego spóźniania się nie tyle na domówki, co na spotkania w mieście.  U Latynosów to normalne, ja wciąż mam wizję danej osoby czekającej na mnie ostatkiem sił, o głodzie, w deszczu, śniegu i zamieci. No dobrze, może i tu nieco się rozluźniłam, ale jak mam się spóźnić to dzwonię. Chilijczycy niekoniecznie 🙂

6. Od wkładania wina do lodówki:)

Tak jak u nas krążą mrożące krew w żyłach opowieści o tym, że w danym kraju je się pająki, robaki czy węże tak Chilijczycy opowiadają sobie z przerażeniem o tym, że Polacy trzymają wino w lodówce. Nie jestem wytrawnym znawcą win, choć nie od dziś je bardzo lubię, ale w Chile moje kubki smakowe nauczyły się doceniać ich walory smakowe i sposób przechowywaina. Dla Chilijczyków wstawianie połówki butelki do lodówki to grzech (niemowa już o tym, że nie skończenie butelki rzadko się tu zdarza) – to dla nich oczywistość taka jak dla nas, że śnieg jest zimny i mokry. Polacy za to mogą ich zagiąć w konkursach wiedzy o wódce, więc nie ma się co obrażać.

Suma summarum czerwonemu winu stojącemu kilka dni w lodówce mówię nie, wolę otworzyć kolejną butelkę. W Chile zresztą sprzedawane są w sklepach małe buteleczki, które starczają na tylko dwa kieliszki do obiadu. Idealnie!

7. Od odwieszania ubrań w przymierzalni

Paniom w chilijskich sklepach odzieżowych udało się mnie wytresować, o zgrozo. Otóż, w sieciówce w Santiago po tym jak weźmiesz sobie do przymierzalni kilka ciuchów, po drodze zgarniesz jeszcze mniejszy bądź większy rozmiar, a Pani doradzając (o ile się jej chce) doniesie Ci jeszcze ze 2 podobne fasony bluzki czy spodni, potem to wszystko musisz odwieszać na wieszaki w sklepie sama! Nikt tego od Ciebie nie weźmie (ekspedientka raczej spojrzy się na Ciebie oburzona, że każesz jej pracować), w przymierzalni nie ma też wieszaków, żeby Twoje ciuchy odwiesić. Lataj więc po cały sklepie i szukaj, gdzie to wisiało (jeśli oczywiście przyzwoitość nie pozwala Ci tego zostawić na pierwszym lepszym wieszaku i nie bacząc na obrażone spojrzenia ekspedientek wyjść ze sklepu). Strasznie mnie to odwieszanie wkurzało i skutecznie odstraszało od przymierzania większej ilości ciuchów.

Ostatnią moją wizytę w polskim centrum handlowym można nazwać triumfem chilijskich znudzonych Pań, gdyż wychodząc z przymierzalni dziarskim krokiem udałam się w rundę po sklepie i rozwieszałam jak szalona. Po chwili złapałam się na chwili zawahania czy robię dobrze, potem że nie robię dobrze, potem, że nie wiem czy robię dobrze, i że nie wiem czy stać czy wracać czy rzucić to wszystko i uciekać! Haha! Brawo chilijskie Panie. Raz się wam udało, ale już doszłam do siebie oraz co i jak 🙂

8. Od obchodzenia imienin

Kiedyś 4 maja, dzień Monik i strażaków, to było coś. W tym roku, po ponad 4 latach w Chile, sama o swoich imieninach zapomniałam (niezawodnie jednak przypomniała mi o nich życzeniami moja polska przyjacióła). W Chile jest co prawda coś takiego jak Dia de tu Santo, Dzień Twojego Świętego, ale szału na tym punkcie nie ma, za to urodziny obchodzone są hucznie i w dużym gronie, z obowiązkowym tortem niezależnie od wieku.

9. Od filmów z lektorem

W Chile, jak i w wielu innych krajach Ameryki Południowej, zagraniczne filmy są dubbingowanie. Wszystkie, nie tylko dla dzieci. Każda więc postać ma swój podłożony głos, i niezależnie jak sztucznie to brzmi, naśladuje wszystkie dźwięki, włącznie ze stękaniem czy mlaskaniem. Nie byłoby to jeszcze może dla mnie tak irytujące, gdyby nie fakt, że niemalże wszystkie kobiece głosy dubbingowe są niezwykle piszczące albo niezwykle dziecinne, i strasznie się tam wszyscy przekrzykują. Nie mowa już o tym, że oglądając film chciałabym usłyszeć głos i emocje aktora, którego widzę na ekranie. Tęsknie więc w Chile za naszymi lektorami i spokojnym tłumaczeniem Tomasza Knapika.

To jak silne są i w tej kwestii nasze przyzwyczajenia niech powie fakt, że Chilijczykom nie mieści się w głowie oglądanie filmu, w którym jeden facet beznamiętnie czyta role wszystkich aktorów. Dla nich to nudne i bezemocjonalne. Ja się tymczasem cieszę, że chociaż w kinie są napisy… a większość filmów oglądam i tak w oryginale, w internecie.

10. Od „Jak żyć Panie premierze”

Ale to tylko dlatego, że w Chile premiera nie ma. Rządzi prezydent i to on (albo ona) zbiera wszystkie cięgi.

Jeśli sami żyjecie na emigracji, ciekawa jestem co dodalibyście do własnej listy? Będzie mi miło, jeśli wtrącicie swoje trzy grosze w komentarzach 🙂 A więcej o chilijskich obyczajach vel innościach znajdziecie m.in. w tym poście CO KRAJ TO OBYCZAJ (klik)

sezon zimno

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 19 komentarzy

  • balkanyrudej napisał(a):

    Z tym skupieniem się na pogodzie i uzależnieniem od nich planów Polacy są praktycznie jedyni w Europie.To u nas jest tyle serwisów pogodowych,stacji TV poświęconych temu tematowi itd.Zapewne to kwestia naszego klimatu i faktu,że warunki pogodowe mamy zmienne i dynamiczne.W drugą stronę i tak większość prognoz się nie sprawdza.

  • Tati B. napisał(a):

    uśmiałam się:)

  • Ewa napisał(a):

    Dobre! Oj odzwyczaja się człowiek 🙂 Ja po prawie dwóch latach w Kenii odzwyczaiłam się od tego, że obcy mnie nie witają na ulicy 😀

    • tresvodka napisał(a):

      A ja w Polsce wywołuję konsternację wszelkich eskpedientek i barmanów, kiedy po wejściu i wyjściu do sklepu czy baru mówię dzień dobry/ do widzenia / cześć:) Choć widzę, że to się powoli zmienia, co mnie niezmiernie cieszy.

  • Hanna napisał(a):

    Świetny wpis, od razu banan na twarzy! 😀 Ale… jak to, że niby my czerwone wino trzymamy w lodówce? Przecież czerwonego wina się nie schładza… Ja rozumiem, że białe, ale czerwone? Jakieś dziwne te legendy w Chile o Polakach 😀

    • tresvodka napisał(a):

      Oj trzymamy 🙂 Kultura wina dociera powoli i do Polski, ale wciąż widzę tu i tam winko wyciągane z lodówki 🙂
      PS. Cieszę się, że wpis się podobał i witam w moich skromnych progach 🙂

  • yallanatalia napisał(a):

    Zawsze mnie ciekawią zwyczaje innych. Globalizacja globalizacją, ale na szczęście indywidualistyczne kultury nie zanikają i opierają się wpływom innych. Ale z butami w pościel? No nie!:)

  • Zofia Bałdyga napisał(a):

    Powrotowy szok kulturowy? Świetny wpis, bardzo trafne uwagi.

  • www.aldonakmiec.com napisał(a):

    Pozdrawiam, nigdy nie bylam w Poludniowej,wiec tym bardziej pomocne uwagi. Dzieki!

  • Marta. napisał(a):

    W Niemczech też wszystkie filmy są z dubbingiem.. Pierwszy raz gdy oglądałam Kevina w takiej wersji byłam w szoku bo przecież 14 lat z rzędu oglądałam go z lektorem. Ale wiadomo, do wszystkiego można się przyzwyczaić !! 🙂

  • Gabi napisał(a):

    Hahaha, mnie najbardziej rozbroilas tym: ”zaproszenie na 23:00 – o 22:30 jestem gotowa do wyjścia – o 22:50 Claudio idzie się kąpać mówiąc spokojnie, zdążymy” 😀 Moj Latynos na szczescie zlapal juz skandynawski styl i jest w miare punktualny, co wiecej, zaczyna go szlag trafiac z jego wlasna rodzina 😀 I jak mielismy rezerwacje w restauracji na 14:30, a jego rodzicielka o 14:30 to zaczela myslec dopiero, w co by sie ubrac, to chyba stresowal sie spoznieniem bardziej niz ja 😉

Leave a Reply