Odkąd pamiętam z podróży przywoziłam gazety. Jeszcze mieszkając w Polsce, wpadając na weekend do Wrocławia czy odwiedzając ciocię w górach lubiłam przejrzeć lokalną prasę. Lubiłam zobaczyć o czym się w danym zakątku kraju pisze, czym się tamtejsi ludzie martwią, a czym cieszą czy chwalą. Każda gazeta miała też inną szatę graficzną, inne kolory, inny tytuł, w każdym regionie co innego trafiało na pierwszą stronę. I tak mi już z tymi gazetami zostało. Dziś mam ponad 50 tytułów z różnych zakątków świata. Trudno zliczyć, bo część mam w Polsce, a część w Chile, na specjalnej półce. I wciąż przywożę choć jeden tytuł z nowego dla mnie kraju. 

Tematem ciekawych pamiątek z podróży zainteresował się jakiś czas temu National Geographic Traveler Poland. Szukano tych nieco mniej standardowych, które nie są magnesami na lodówkę czy zakładkami do książek. Zainteresowały ich moje gazety, więc napisali i poprosili o kilka słów. W ten oto sposób znalazłam się w listopadowym numerze (ubiegłego roku) wśród grona zacnych podróżników i blogerów w tekście pt „Łowcy pamiątek”. Część z Was na pewno ma już lekturę artykułu za sobą, było to już pół roku temu, ale właśnie się zorientowałam, że nie wspomniałam jeszcze o moich pamiątkach z podróży na blogu. Kopiuję więc mniej więcej to, co wysłałam redaktorowi Michałowi Głombiowskiemu, pisząc o tym dlaczego z podróży przywożę właśnie gazety. 

traveler

Zbieram szczególnie dzienniki. Kupuję je nawet jeśli nie rozumiem danego języka. Tym bardziej wydają mi się fascynujące jak na przykład ten z Chin, z którego rozumiem jedynie reklamy szkół angielskiego na ostatnich stronach. Na tytułowej jest tylko ściana chińskich szlaczków, bez ani jednego zdjęcia. Gazety to dla mnie jednak nie tylko treść. Ciekawi mnie format, layout, rozmiar i rodzaj czcionki, typ papieru, gabaryty. Jedne są tak rozłożyste, że ledwo starcza ramion, inne bardzo wąskie, ale niezwykle długie jak np. „Correio” z Brazylii, ktory mierzy ponad 60 cm. Zastanawiam się potem na przykład, czy to dlatego, że w danym kraju dużo czyta się w metrze? Czyżby więc jakoś szczególniej szanowało się tutaj przestrzeń drugiego człowieka? I zaczynam obserwować. Ciekawi mnie też kolejność działów i ich obszerność. Jedne dzienniki zaczynają się od sportu, drugie od polityki zagranicznej, trzecie od krajowej. Niektóre mają obszerny dział kultury, inne zupełnie go pomijają. Jedne pękają w szwach jak chilijskie „El Mercurio” ze swoimi niekończącymi się dodatkami, inne mają zaledwie 8 stron jak kubański „Granma”.

Czasem w oko wpadają mi małe szczegóły, jak to że wspomniana „Granma” odlicza czas latami, które minęły od kubańskiej rewolucji (tuż pod datą wydania umieszcza ile to już lat) albo to, że meksykański dziennik „Reforma” ma na okładce aztecki motyw.  Czasem samo istnienie danej gazety na rynku jest już interesujące. W Chile na przykład wydawawany jest „THE CLINIC“, humorystyczna, wręcz prześmiewcza gazeta w całości poświęcona obśmiewaniu prezydenta i ministrów, którzy akurat są u władzy. Żarty są dość mocne, dwuznaczne, uzupełnione karykatulnymi rysunkami i zwykle bardzo inteligentne. W Polsce „THE CLINIC” zamknięto by chyba po kilku dniach istnienia, a w Santiago de Chile gazeta otworzyła swój bar. Świetnie zresztą prosperujący. Wszystko to sporo mówi o społeczeństwie i kulturze kraju.

national traveler pamiątki z podróży

Od kilku lat mieszkam w Santiago de Chile i podróżuję głównie po Ameryce Łacińskiej. Mam więc w swojej kolekcji sporo prasy hiszpańskojęzycznej. Mogę porównywać styl, szyk, ulubione słowa wytrychy dziennikarzy, różnice w doborze przymiotników czy sposób naginania faktów. Moja mała kolekcja dzienników posłużyła mi zresztą za ciekawy materiał podczas wykładu na jednej z uczelni w Santiago, kiedy poproszono mnie o poprowadzenie zajęć z języka mediów. Nie ukrywam jednak, że sednem tego mojego kolekcjonerstwa jest wizualny aspekt gazet, przyjemność przeglądania ich strona po stronie, słysząc szelest papieru i czując zapach farby drukarskiej. Treść mogę przecież analizować czytając wydania internetowe.

Trzymając dziennik w rękach czuję jakbym na chwilkę wkradała się do codzienności mieszkańców danego kraju, robiąc dokładnie to samo co miliony obywateli tego dnia – otwierała poranną gazetę, sprawdzając co “u nas w kraju” słychać. Ot, ekscentryczność dziennikarza 🙂

Monika Trętowska Traveler 5a

Z artykułu w „Travelerze” dowiecie się, że niektórzy kolekcjonują podczas wojaży klucze hotelowe, pieczęcie czy łuski po nabojach. A Wy co przywozicie z podróży? Podzielcie się w komentarzach 🙂

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 11 komentarzy

  • Fru napisał(a):

    Monika, z otwartym dzióbkiem przeczytałam Twój wpis. Niesamowite jest to jak wiele informacji o społeczeństwie ukryte jest w gazetach codziennych. Zazdroszczę tego pamiątkowego hobby. Ja swojego jeszcze nie odkryłam. Przywożę ze sobą jakieś drobnostki ale tak trochę na siłę. No ok. Mam jedną zbieracką tradycję: kolekcjonuję jedzenie… Ostatnio wiozłam ze sobą z Holandii wodę mineralną z utopioną w środku gałązką mięty i malinami. Pamiętam, że kiedyś przywiozłam ze sobą zupki instant o jakichś kosmicznych smakach. Kompletnie innych niż te dostępne w PL 😛 Problem tkwi w tym, że ta moja kolekcja szybko znika 😉

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Ja zwykle najciekawszych rzeczy „jedzeniowych” nie mogę przywozić do Chile ze wzglęgu na tutejsze przepisy celne zabraniające wwożenia produktów pochodzenia roślinnego i roślinnego… Testuje więc wszystko na miejscu podczas podróży 🙂 Jaka była najciekawsza rzecz w Twojej kolekcji, Fru?

  • Monika napisał(a):

    Dzienniki lubię tylko w językach, które rozumiem, inaczej przeglądam i mam wrażenie, że ‚oddalam’ się od kraju przez niezrozumienie tego co widzę.
    Ja zbieram ołówki 🙂 Z jakimś napisem lub w charakterystyczny wzór. Niestety. Nie wszędzie da się je kupić.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      A mnie te niezrozumiałe dla mnie formy komunikacji fascynują 🙂 To przyjemne uczucie wziąć teraz w ręcę brazylijską gazetę, z któtrej kiedyś nie rozumiałam właściwie nic, a teraz nawet wiem o co chodzi w artykule 🙂 Kto wie, może nauczę się kiedyś chińskiego! 🙂 A Twoje ołówki leżą w jakimś specjalnym miejscu czy podchodzisz do nich użytkowo?

  • KasiaNo napisał(a):

    Wow! A to ciekawostki! Nigdy bym nie pomyślała, żeby jako pamiątke przywieźć sobie gazete, ani o tym, że tyle w zwykłej gazecie kryje się nieoczywistych informacji.

  • Dee napisał(a):

    To jest hobby! Ja zbieram łyżeczki, czasami dostaję od ludzi których odwiedzamy jakieś piękne okazy, ale przede wszystkim skanuje pchle targi. Ciekawa jestem czy te gazety różnią się miedzy sobą, np czy jakieś kraje są bardziej optymistyczne, a inne lubują się w skandalach?

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Moją ulubioną charakterystyczną gazetą jest chilijski „The Clinic”, która cała jest jednym inteligentnym materiałem na skandal 🙂 Trafiają w punkt!

  • kami napisał(a):

    jesteś dopiero drugą osobą, o której słyszę, że zbiera gazety! A to przecież taka fajna sprawa! Artykuł czytałam, niesamowite jakie niektórzy mają pomysły 🙂 ja klasycznie, zbierałam długo pocztówki, teraz tylko herbatę i przyprawy przywożę 🙂

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Też uwielbiam przywozić przyprawy i charakterystyczne smakołyki kuchni danego kraju. Niestety, przepisy celne w Chile są bardzo surowe i wielu rzeczy nie mogę wwieźć do kraju 🙁 Począwszy od egzotycznych kulinarnych „pamiątek” z Polski!

  • piotrwalc napisał(a):

    test

Leave a Reply