Bob Borowicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych fotografików działających w Chile. Charyzmatyczny Polak miał też niemałe zasługi pedagogiczne. To dzięki niemu Fotografika stała się nowym kieruniem studiów na Uniwersytecie Chilijskim, a sam Bob wykształcił kilka pokoleń fotografów w kraju. Elisa Díaz Velasco jest jedną z pierwszych uczennic Borowicza i uznaną dziś fotografką. W wywiadzie przeprowadzonym dla Biuletynu Ambsady RP w Chile opowiedziała mi o szukaniu „ulotnego momentu”, o pamiętnych lekcjach maestro Borowicza i o tym, co myślał o aparatach cyfrowych.

Captura de pantalla 2016-06-17 a las 17.52.59 
Czy wie Pani jak Bob Borowicz trafił do Chile? Podobno jakiś kolega podsunął mu ten pomysł.

Bob opowiadał nam, że ktoś powiedział mu, że Chilijki są ładne. Nie pamiętam kto, ale wydaje mi się, że było to w radiu w Niemczech, gdzie pracował swego czasu. Szczerze mówiąc nie wiem czy to była prawda, bo on lubił kokietować i opowiadać tego typu anegdoty, ale z drugiej strony z jakiegoś powodu został w Chile na dłużej.

Jak go Pani pamięta?

Był zabawny, zawsze w dobrym humorze. Zawsze opowiadał żarty. Nigdy się nie obrażał i nie robił problemów. Był bardzo miłą osobą.

A jako nauczyciel? Była Pani jego uczennica kiedy miała Pani zaledwie 16 lat.

Byłam jego uczennicą w czasach szkoły średniej. W 1972 roku zapisałam się na jego kurs dla miłośników fotografii w Reifsnchneider na ulicy Augustinas w centrum Santiago. Byłam jedyną młodą dziewczyną wśród samych dorosłych. Jest jedno zdjęcie, które bardzo lubię i które pochodzi z tego okresu. Zrobiłam je właśnie tam, mając 17 lat. Byliśmy w studiu, gdzie Bob przygotował dla nas oświetlenie i za chwilę, jak zwykle, mieliśmy siadać przed jego kamerą. Nagle przed obiektywem usiadł on i zaczął nam pokazywać jak pozować, jak wykorzystywać oświetlenie, obserwować światło itd.. Wtedy zrobiłam mu ten portret. Nie widziałam go potem przez jakiś czas, aż dwa lata później złożyłam papiery na Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Chilijskiego, żeby studiować sztukę. Moim marzeniem była fotografia, ale wtedy nie było jeszcze takiego kierunku. Dzięki inicjatywie Boba w tym samym roku, czy rok później otworzono specjalizację Fotografika. To on przedstawił ten projekt i to on walczył by fortografia zaistniała na Wydziale Sztuk Pięknych. Mam więc przyjemność być pierwszym pokoleniem, które z nim tam studiowało.

Bob Borowicz

ze zbiorów Elisy Velasco

Jakim był nauczycielem? Wymagającym, inspirującym czy bardziej przyjacielem?

Był wymagający, ale zabawny, więc jego lekcje to była wielka przyjemność. Nigdy się nie denerwował, nie karał nas i nie ganił. Czasem opowiadał jakąś adegdotę ze swojej przeszłości. Na przykład któregoś dnia przyniósł na zajęcia album Word Press Photo ze zdjęciami z rejonów wojny i przeraźliwie chudych osób. Zebrał nas wtedy wszystkich razem i powiedział: „Zobaczcie, ja w obozie koncentracyjnym ważyłem 45 kg, tyle co oni”. Rzadko, ale zdażało mu się wyznawać takie rzeczy. Jednak nigdy nie robił tego w tonie wyrzutu czy żalu, ale z pewnym rodzajem poczucia humoru. Na przykład wtedy, kiedy opowiadał nam jak w 1945 do obozu, gdzie przybywał, wkroczyła armia Stanów Zjednoczonych, a z czołgu wyszedł czarnoskóry żołnierz. W tej sposób opowiadał nam jak to pierwszy raz w życiu zobaczył ciemnoskórego człowieka. Kiedy wspominam Boba, pamiętam go jako człowieka pogodnego, który uważał, że wszystko to co go spotkało, wszystko to co złe, musi mieć pozytywny wydźwięk, bo już nic gorszego nie może ci się przydażyć. Jego zachowanie pokazywało, że jest pogodzony ze wszystkim tym, co przynosi życie.

Jak wyglądały jego lekcje? Wysyłał was na ulicę w porzukiwanie słynnego „ulotnego momentu” i spontanicznych zdjęć czy pracowaliście w studiu nad kompozycją i oświetleniem etc. ?

Tak, poszukiwanie ulotnego momentu było dla niego bardzo ważne, ale mieliśmy wiele rodzajów ćwiczeń. Wszystkie te, o których wspomniałaś. Dużo czasu poświęcał na tłumaczenie nam jak używać fotometru, każdy z nas musiał umieć go używać, dużo ćwiczyliśmy. Był też bardzo wymagający, jeśli chodzi o poprawianie i korygowanie błedów. Myślę, że w sprawie używania naturalnego światła Bob miał na mnie ogromny wpływ i właśnie to jest najwiekszym dziedzictwem po nim w apekcie estetyki. Poza tym, miał charyzmę i czuliśmy się dla niego ważni jako uczniowie. Zawsze o nas wspominał, pozdrawiał nas, a przy okazji spotkań na wystawach dużo rozmawialiśmy. Dla nas też był bardzo ważny. Nigdy nie straciłam z nim kontaktu, nadal się widywaliśmy.

Jak nauczał czegoś tak ulotnego jak „ulotny moment”?

To tendencja, która narodziła się we Francji i wypromowana przez francuskiego fotografa Cartiera Bressona. Według niej złapanie „ulotnego momentu” jest podstawowym warunkiem, żeby zrobić dobre zdjęcie dokumentalne. W innych przypadkach, ten element nie istnieje, bo np. martwa nartura zawsze jest nieruchoma. Bob tłumaczył więc nam, że zrobienie zdjęcia minutę wcześniej albo minutę później może całkowicie zmienić jakość fotografii. Zdolnością dobrego fotografa jest więc dobrze wybrać moment naciśnięcia przycisku aparatu. Zawsze kiedy robiliśmy zdjęcia czy pozowaliśmy, on się wygłupiał. Na przykład zdejmował nagle buty i skarpetki i pozował z nogami w górze, mając jednocześnie swoją kamerę na szyi. W ten sposób chciał zainspirować nasze zdjęcie. Zawsze robił to w zabawny sposób.

Borowicz Bob - La monja y el picaso copy

fot. Bob Borowicz

Borowicz mówił, że talent jest wrodzony. „Jeśli ktoś nie ma iskry bożej nie zrobi niczego wartościowego”. Z drugiej strony jednak wykształcił kilka pokoleń fotografów w Chile. Kim więc był według niego fotograf?

Mamy tutaj kombinację dwóch elementów. Są pewne techniczne rzeczy, których możemy się nauczyć, na przykład rysować. Może nie wszyscy jesteśmy Picassem, ale wszyscy możemy rysować i spróbować być w tym coraz lepsi. Oczywiście, jest w tym wszystkim jeszcze coś takiego jak potencjał. Moim zdaniem wszyscy go mamy, ale u niektórych jest bardziej zauważalny, w przypadku artystów już od małego. Z drugiej jednak strony każdy może zrobić postęp w jakiejś umiejętności. Wszystko to moim zdaniem się uzupełnia, a nie wyklucza. Koniec konćow każdy fotograf czy rysownik musi umieć patrzeć. To zachowanie ciała i duszy, cisza, ciągła obserwacja. Wszystko się sumuje: kontemplacja i synteza tego, co robimy i tego co widzimy. Dodatkowo każdy z nas ma też bagaż życia. To czego się nauczyłeś z teorii i historii oraz to skąd jesteś widać potem na zdjęciu. “Por sus obras lo conoceréis”, twoja sztuka mówi dużo o tobie. Zaczynasz wnioskować, że podoba ci się taki a taki artysta, czy ten styl, bo widzisz, że w właśnie tutaj są rzeczy, które są twoim odbiciem.

Która lekcja Boba była najbardziej pamiętna?

Pamiętam moment, kiedy pojechałam go odwiedzić w domu opieki, kiedy był już chory. Pojechałam tam z moim synem, zabierając czekoladki, kilka magazynów z artykułami o fotografii i mojego cyfrowego Canona. Bob kategorycznie odmawiał zrobienią nim zdjęcia. „Nie! Ten aparat to nie jest fotografowanie”. „Ale psorze! Prosze nacisnąć przycisk i wycelować gdziekolwiek, a zdjęcie od razu pojawi się na ekranie”, tłumaczyłam mu. „Nie nie nie! Nie wiem gdzie”, zapierał się. Dla niego fotografowanie to był cały ten proces związany ze światłem, z rolkami etc. Bronił się przez cyfrowymi zdjęciami. Twierdził, że ich nie rozumie. Jeśli ktoś teraz da mi Ipada, zareaguję podobnie. Nie rozumiem jak działa, więc nie będę go chciała. To normalna reakcja tradycjonalisty. Bob zawsze był analogowym fotografem.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

Jaki wpływ miał na Pani dzisiejsze fotografie?

Największy wpływ miał na to, żeby obserwować i wykorzystywać naturalne światło, bez potrzeby używania żarówki czy flesha. Odziedziczyłam po nim również zauroczenie portretami i sposób patrzenia na nie. Na przykład to, jeśli brakuje na nim rozświetlonych oczu to taki portret nie ma żadnej wartości. Jego bohater musi patrzeć w kamerę i musi mieć blask w spojrzeniu. To było dla Boba naprawdę ważne, do tego stopnia, że stosował przeróżne dziwne techniki, by to osiągnąć, zarówno na negatywnie jak i na wywołanych już zdjęciach. Jedną z nich było użycie żyletki Gillette. Kiedy brakowało tego blasku Bob robił nią dwa nacięcia na oczach, już na zdjęciu. „Bob! Rujnujesz nasze zdjęcia!”, krzyczeliśmy. „Ale teraz oczy mają blask!”, odpowiadał. Takie właśnie miał pomysły.

Jakby Pani określiła jego styl jako fotografa?

Epoka, o której rozmawiamy to była epoka fotografów portrecistów, takich jak na przykład Jorge Opazo czy Javier Pérez Castelblanco. Bob wpisał się w ową tendencję czarno białych portretów lat 40-tych, 50-tych i 60-tych. Miał też swoje złote lata jako fotograf, gdzieś pod koniec lat 60-tych do pierwszej połowy kolejnego dziesięciolecia, bo w tamtych czasach nie było w Chile rodziny, która nie miałaby takiego portretu. Bob doskonale się w tej chilijskiej tendencji odnalazł, pomimo tego, że był cudzoziemcem. Poza tym jego charakter, prezencja i poczucie humoru bardzo mu w tym wszystkim pomogły.

Ma Pani ulubiony portret Borowicza? Wie Pani może, które swoje zdjęcie lubił sam Bob?

Jest jedno takie zdjęcie, na którym widać obraz, który ktoś mu kiedyś namalował i podarował. Widać również na nim nagą kobietę, odwróconą plecami. Fotografia nazywa się “Arlequín”. Właśnie taki typ zdjęc lubił. Pamiętam, że bardzo lubił też inny akt z lat 60-tych z kobietą na plaży, która ma pomalowane na biało paznkcie.

Arlekin

fot. Bob Borowicz

Mówiąc o aktach, na tego typu zdjęciach Bowowicza twarz modelki jest zawsze niwidoczna, jakby ukryta. Chodzi o uniwersalność czy anonimowość?

To prawda i myślę, że to plus jego aktów. Jemu chodziło o uniwersalne akty, uniwersalne piękno ludzkiego ciała. Czyli o coś innego niż w przypadku portretów, gdzie pierwszą rzeczą jaką robisz jest spojrzenie na twarz osoby portretowanej. Możliwe, że ta ukryta twarz wynikała również z etyki wobec modelek, bycia anonimowym, ale moim zdaniem pierwszy powód, o którym wspomniałam jest silniejszy. Bob był bardzo wrażliwy na piękno. Lubił wyszukiwać piękne kobiety i pracować nad ich pozami. Spędzał nad tym dużo czasu, jak w przypadku owej kobiety na plaży, na piasku i sposobu ułożenia jej rąk. Poza była dla niego bardzo ważna.

Z jednej strony fotografie Borowicza pokazywały piękno ludzkiego ciała, piękno bycia człowiekiem, z drugiej zaś ukazywały również biedę, trudy życia, dzieci mieszkające na ulicy. Czego więc szukał na zdjęciach?

Tendencja, o której mówimy związana była z procesem społecznym, jaki miał miejsce w Chile tamtej epoki, nazywanym „Cuestión Social”. Był to fenomen antropologiczno-społeczny lat 60-tych, polegający na tym, że ludzie z przeróżnych zakątków kraju masowo przyjeżdzali do Santiago w poszukiwaniu pracy i bez zapewnionego dachu nad głową. Miasto nie było na to przygotowane, więc niebawem na ulicach stolicy pojawiło się wielu bezdomnych i żebraków. Tendencją tych czasów w zawodzie portrecisty było posiadanie swojego studia, gdzie robiło się portrety ludziom znanym i tym nieznanym, ale jednocześnie wychodzenie z aparatem na ulicę, robienie zdjęc dokumentalnych. Te dzieci, które fotografował Bob, fotografował też np. Sergio Larraín. Wszystko to ma swoją bazę w realiach, w jakich żyło społeczeństwo. Pokazywaniu tego, czego jeszcze dotąd się nie pokazywało, ale istnieje. Fotograf jest osobą wrażliwą, dużo bardziej niż klasa wyższa społeczeństwa. Bob nie tylko lubił robić ładne zdjęcia, ale był też bardzo wrażliwy. Miał trudne życie, zwracał więc tym większą uwagę na problemy ludzi i czuł się z nimi solidarny.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

„Bob nauczył nas czegoś więcej niż tylko fotografii” – co miała Pani na myśli mówiąc te słowa?

Piękna, poprawności, etyki. Bob był osobą niezwykle poprawną. To on walczył o to, by fotografia stała się kierunkiem nauczania na Wydziale Sztuk Pięknych, gdzie w tamtych czasach było to nie do pomyślenia. Sztuka znaczyła rzeźbę, malarstwo i rysunek, a fotografia traktowana była jako coś technicznego. Bob wywalczył zmiany, ale dyskutując, przedstawiając jasne argumenty. Mówił, że fotografia ma estetykę i kompozycję, powinna więc być uważana za sztukę. Jego argumenty były poprawne, nieagresywne. Chociaż wiele to kosztowało, udało się. W 1975 r. , kiedy znalazłam się na wydziale, fotografia była już jego częścią.

Czy Bob Borowicz miał jakieś ulubione powiedzenie?

Tak! „Wśród tylu drzew nie widać lasu”. Odrzucał zdjęcia, które miały wiele szczegółów. Chciał zobaczyć jeden element albo dwa, nie pięćdziesiąt. Chciał wyróżnić jedną rzecz, unikając i pozbywając się fotograficznych śmieci.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

 

*** 

BOB BOROWICZ (1922-2009) – Boguslaw Borowicz, polski artysta fotografik, przedstawiciel najstarszego pokolenia Polonii chilijskiej. Urodził się w 1922 r. w Poznaniu. Jego pasja do fotografii narodziła się w wieku 11 lat, kiedy jego ojciec podarował mu pierwszy aparat. Jako siedemnastolatek, podczas II wojny światowej, na 5 lat trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Mathausen. Po wojnie pracował jako dziennikarz radiowy i dyplomata w Berlinie. W 1951 r. przeprowadził się do Chile, gdzie rozsławił się dzięki swoim czarno-białym portretom i zdjęciom dokumentującym aspekty społeczne Chile. Borowicz odegrał też dużą rolę jako pedagog. Na początku lat siedemdziesiątych był prekursorem nowego kierunku studiów – Fotografiki – na Uniwersytecie Chilijskim. Przez dekady wykształcił kilka pokoleń fotografików. Zmarł w Santiago de Chile 10 września 2009 r.

 

ELISA DÍAZ VELASCO – chilijska fotograf, portrecistka, profesor fotografii i historii sztuki. Uczennica Boba Borowcza. Należy do pierwszego pokolenia absolwentów Fotografiki na Uniwersytecie Chilijskim (1977 r.), kierunku otworzonego dzięki staraniom polskiego fotografa. Díaz była kuratorem wystawy „Bob Borowicz, fotógrafo del claroscuro” (2010 r. ,) w Corporación Cultural de Las Condes w Santiago, która prezentowała 75 czarno-białych dzieł artysty. Wszystkie one powstały między 1950 a 1970 rokiem i prezentowały szeroki przegląd prac artysty.

Elisa Díaz Velasco

Elisa Díaz Velasco (fot. Mariusz Michalak)

Wywiad ukazał się w Biuletynie Ambasady RP w Chile. 

Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.35Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.42Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.49

 

BIULETYN WERSJA POLSKA:

 

 BIULETYN WERSJA HISZPAŃSKA:

Więcej moich wywiadów znajdziesz tutaj – WYWIAD TRESVODKI

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 12 komentarzy

  • Greg napisał(a):

    Niesamowicie i spisujący człowiek, który stworzył historie. Przyczynił sie do otworzenia kierunku na akademii sztuk pięknych w Chile. To jest dla mnie cos pięknego. Dziękuje za ten wywiad, mimo ze fotografia jest mi bliska o Bobie wcześniej nie słyszałem. Zastanawiam sie dla czego? Byc może z racji, ze sam fotografie studiowałem w Wielkiej Brytanii.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Mieszkam w Chile już ponad 6 lat i sama dopiero niedawno odkryłam jego historię. Więc nic się nie martw, że Ty dowiedziałeś się o Bobie z mojego artykułu. W końcu lepiej późno niż wcale 🙂

  • Evi Mielczarek napisał(a):

    Gratuluję wywiadu, dobrze się czyta. O Bobie wcześniej nie słyszałam, tym bardziej cieszę się, że dowiedziałam się dziś czegoś nowego 🙂

    • Monika Trętowska napisał(a):

      I ja się cieszę, że udało mi się rozsiać nieco po świecie niesamowitą historię Boba!

  • Fru napisał(a):

    O Borowiczu, podobnie jak poprzednicy słyszę po raz pierwszy. Bardzo ciepły i ciekawy wywiad szczególnie, że fotografowanie jest mi bliskie choć w wymiarze raczej amatorskim niż profesjonalnym. Ten „ulotny moment” był (i jest) dla mnie wciąż zagadką. Zastanawiam się ile w jego łapaniu jest szczęścia a ile umiejętności.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Coś mi się wydaje, że jednak więcej w tym umiejętności, wyczucia i dobrego oka, zwłaszcza w fotografii czarno białej i analogicznej. Choć i szczęście może pstryknąć świetne zdjęcie. Pozdrowienia z Santiago 🙂

  • kasia napisał(a):

    Miło się czyta, że Polak ma tak ogromne zasługi w świecie fotografii w Chile.
    Piękny wywiad, pełen inspiracji.
    A ja właśnie jestem na etapie szukania biletu do Chile.
    Jak byś wiedziała o jakiejś promocji na początek września proszę daj znać 🙂

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Z radością odkrywam takie historie, jako dziennikarz i jako Polka. Kto by pomyślał, że Polak z dalekiego kraju miał takie znaczenie w Chile i to w tak wąskiej specjalności. Co do promocji to o tych najciekawszych daje znać na facebookowym fanpage’u. Zaglądaj 🙂

  • Wow! To niezwykle ciekawy temat! „Polak, który zmienił Chile.” To świetny pomysł na film 🙂

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Myślę, że historii Polaków, którzy zmienili Chile wystarczyłby na kilka odcinków 🙂 Mam w planie taki wpis!

  • sekulada.com napisał(a):

    Świetny wywiad! Nigdy nie słyszałem o tym człowieku, ale podobnie ostatnio dowiedziałem się o innym polaku, który zmienił historię Peru. Przyjemnie czyta się takie rzeczy.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Cieszę się, że dobrze się czytało. A o którym Polaku w Peru dowiedziałeś się ostatnio? Podziel się, może i ja nie znam tej historii 🙂

Leave a Reply