Category

Archeologia Ameryka Łacińska

Skarb Muzem Historii Naturalnej w Santiago

By | Archeologia Ameryka Łacińska, Chile - historia i legendy, Santiago de Chile | 6 komentarzy

logo Museo Nacional de Historia NaturalW tym tygodniu ponownie odwiedziliśmy z Claudio lubiane i polecane przez nas Muzeum Historii Naturalnej w Santiago. Tym razem okazja była absolutnie wyjątkowa. Tylko przez kilka dni, tylko w malutkich grupach i po zapisaniu się na specjalną listę miesiąc temu, można było zobaczyć jeden unikatowy eksponat schowany w ostatnim pokoju na czwartym piętrze budynku, zamkniętym dla publiki. W moim kalendarzu widniało na czerwono: „29 stycznia, godz. 16:00, MUZEUM!” Zanim jednak o nim,  pozwólcie, że opowiem wam pewną historię.

BYŁ SOBIE CHŁOPIEC

Żył dawno dawno temu, w XVI w., w wielkim Tiwantinsuyu (Imperium Inków), które w latach swojej świetności obejmowało tereny od dzisiejszej Kolumbii do północnego Chile i Argentyny, w sumie 12 milionów mieszkańców. Chłopiec mieszkał prawdopodobnie w okolicach Jeziora Titicaca. Prawdopodobnie, bo nie wszystko o chłopcu wiemy. Miał około ośmiu lat, kiedy jego los został przesądzony.

Chłopiec został wybrany jako ten, który może dostąpić ważnego zaszczytu i przywileju w kulturze Inków. Miał zostać złożony w ofierze Inti, Bogowi Słońca, podczas ceremonii „capacocha. Spełniał wszelkie warunki – był piękny, zdrowy i silny, miał też nie mniej niż 6 lat i nie więcej niż 15.  Rytuał ten praktykowano podczas ważnych wydarzeń, jak śmierć władcy Inków (Sapa Inca) albo podczas klęsk naturalnych, jak trzęsienie ziemi czy okresy głodu. Wierzono, że złożone w ofierze dziecko, doskonałe i czyste, w więc gotowe na kontakt z najwyższym, przeniesie się do innego świata, gdzie będzie żyć dalej, czuwając nad dobrobytem Inków i wstawiając się u najwyższego za swoim ludem.

Bycie wybrańcem, oznaczało więc dla chłopca duże zmiany. W specjalnej, uroczystej procesji przez rozległe Imperium, zabrano go do Cuzco. Tam zaczął się jego proces przygotowań fizycznych i duchowych na to, co ma nadejść. Specjalna dieta, przysługująca tylko elicie, specjalne ubrania, specjalna biżuteria. Od tej pory chłopiec traktowany był jako bóstwo. Podobnie jak inne „wybrane” dzieci.  Nie wiadomo ile dokładnie trwały przygotowania, mówi się o kilku miesiącach. Nie wiadomo też na ile chłopiec był świadomy co go czeka.

Kiedy przyszedł w końcu czas ceremonii, chłopca czekała kolejna długa podróż. Na miejsce złożenia ofiary wybrano odległe ziemie – wzgórze El Plomo w Andach, niedaleko dzisiejszego Santiago de Chile. Imponujący zaśnieżony szczyt (5 400 metrów n.p.m) był według Inków bardzo blisko Słońca. Ma też zapierający dech w piersiach widok na dolinę, z Santiago u stóp And. Chłopiec wyruszył więc w drogę w towarzystwie inkaskich kapłanów i urzędników. Nie wiadomo czy szła z nim również jego mama. Zmęczenie, problemy z wysokością  i strach tłumiono podając chłopcu liście koki. Po tysiącach kilometrów piechotą, przemierzając m.in. Pustynię Atakama, procesja dotarła do wzgórza. W sektorze EL ADORATORIO (5200 m n.p.m.) zaczęły się ostateczne przygotowania do ceremonii capacocha.

plomo historia de hallazgo

foto: www.mnhn.cl

Chłopca ubrano w „unku”ciemną wełnianą koszulę ozdobioną białymi ornamentami i czerwonymi frędzlami na brzegach. Na plecy zarzucono mu ciepły koc, zwany „yakolla”, a na stopy założono mokasyny ze skóry, „hissku”, wykończone wełnianą wstążką z ozdobnym haftem. Jego twarz pomalowano na czerwono zaznaczając żółte pasy. Zapleciono mu też ponad 200 warkoczy, na które włożono ozdobę zwaną „llautu”, oplatającą jego głowę, która kończyła się srebrną dużą ozdobą wiszącą pod brodą.  Na głowę wsadzono mu opaskę z pióropuszem z piór kondora, „Vultur gryphus”, a na prawe przedramię laminowaną srebrem bransoletkę. (Wszystkie te szczegóły pozwalają przypuszczać, że pochodził z okolic jeziora Titicaca.)

plomo Mallco_Castilla_Pari wikiepdia

foto: wikipedia.com

200 metrów wyżej czekało na niego miejsce ceremonii w sektorze wzgórza zwanym EL ENTERRATORIO (5400 m. n.p.m). Czekała już wykopana w zamarzniętej ziemi komora. Chłopiec miał w niej za moment zasnąć i przenieść się na drugą stronę. W odróżnieniu od wielu innych przypadków składania ofiar przez Inków chłopca nie pobito do utraty przytomności ani nie uderzono żadnym ostrym narzędziem. Odurzono go „chichą (rodzajem alkoholu produkowanego z kukurydzy) i napojem przygotowanym z liści koki. Zasnął… A kiedy odpłynął już w krainę snu włożono go do komory, gdzie ułożył się w pozycji „jak do spania”, kiedy jest człowiekowi zimno. Objął rękami kolana, a na nich oparł swoją ośmioletnią głowę. Komorę przykryto kamieniami. Chłopiec zasnął na dobre.

MINĘŁO KILKA WIEKÓW

1 lutego 1954, około 420 lat po ceremonii na komorę natknęło się dwóch mężczyzn, przemierzających wzgórze El Plomo na koniach. Według niektórych byli biednymi poszukiwaczami skarbów, według innych zwykłymi huasos. Jaime y Gerardo Ríos znaleźli śpiącego chłopca. I tu zaczyna się druga, niesamowita część tej historii.

Ciało chłopca było w niezwykle dobrym stanie, poza ciemniejszym tonem skóry w skutek zimna i redukcją rozmiaru w skutek utraty wilgotności i tłuszczu. Zamrożone na śnieżnym szczycie ponad 5 tysięcy metrów n.p.m przetrwało w wyniku procesu zwanego suszeniem sublimacyjnym. (Zmarł we śnie w wyniku hipotermii) Przetrwały wszystkie organy, skóra, włosy, paznokcie, ciało nie zostało zdeformowane. Chłopiec wciąż spał, w tej samej pozycji.

Wiemy o tym wszystkim tylko dlatego, że Jaime y Gerardo Ríos choć nie byli wykształceni, a już na pewno nie wiedzieli za dużo o archeologii, zachowali się wzorowo z naukowego punktu widzenia. Zakładając, że znalezisko jest cenne, zostawili ciało na wzgórzu, ale ukryli je w zimnej jaskini 200 metrów niżej. Potem pojechali do Santiago (wzięli ze sobą tylko kilka darów), mówiąc o chłopcu dyrekcji Muzeum Historii, gdzie im… nie uwierzono. Pojechali więc do Muzeum Historii Naturalnej, w którym ówczesna dyrektor, dr. Grete Mostny G., zainteresowała się znaleziskiem na podstawie pokazanych przedmiotów, ale zaznaczyła, że musi je zbadać, by móc mężczyznom zapłacić. I tu zaczyna się trzecia niesamowita cześć tej historii.

Panowie Ríos wrócili po chłopca i zwieźli go na koniach w upalnym i suchym chilijskim lecie. Archeologia była wtedy w Chile powijakach, podobno w kraju było tylko dwóch archeologów, nie mowa już o warunkach na przetrzymanie „mumii księżniczki, jak wtedy chłopca nazywano. Przez kilka dni ośmiolatek (czy też 428 latek) był więc w ponad 30 stopniowym upale w jednym z domów w Puente Alto w Santiago. Dr Mostny zorientowawszy się z czym ma do czynienia, kupiła znalezisko wraz z resztkami darów za ok. 45 tysięcy ówczesnych pesos. (Wiele darów zostało rozkradzionych z komory, kiedy tylko rozniosła się po okolicach sprawa chłopca. Tym bardziej godnym uwagi wydaję się fakt ocalenia chłopca przez mężczyzn). Ani ona ani muzeum nie mieli jednak odpowiedniej komory z odpowiednimi warunkami do przetrzymywania znaleziska. Nie mieli też funduszy do kupienia takiej. Chłopiec czekał więc jeszcze kilka letnich dni na jej zbudowanie. Muzem podjęło ten ogromny finansowy wysiłek.

plomo comora

Chłopiec przetrwał tym samym 420 lat w mrozie, i kilka(naście) letnich dni w Santiago, aż trafił do Muzeum Historii Naturalnej w stolicy Chile jako „Ñiño del Cierro El Plomo. Po dziś dzień przechowywany jest w tej samej komorze (nieco ją podrasowano), w temperaturze od 0 do -3 stopni Celsjusza, o wilgotności od 42 do 45 %. Jest jednym z najcenniejszych skarbów muzeum jako znalezisko na skalę światową.  „To pierwsze inkaskie dziecko, które zostało ofiarowane w ceremonii capacocha odnalezione w takich warunkach, mówi muzeolog i etnolog Miguel Angel Azócar, który opowiedział mi dużą część tej historii w ubiegłą środę.

Dlaczego więc komora z chłopcem stoi w ostatnim pokoju na czwartym i zamkniętym dla publiki piętrze budynku? Dlaczego nie można chłopca zobaczyć? Dlaczego wstęp mają tylko badacze, a raz do roku delegacja rdzennych mieszkańców Chile? Cóż, tu zaczyna się smutna, prozaiczna część teraźniejszej historii…

 ***

Państwowe Muzeum Historii Naturalnej cierpi na brak funduszy. Władze Chile dają priorytet tysiącu innych spraw w kraju, plasując kulturę daleko w tyle. Wciąż nie można więc spełnić marzenia personelu muzeum i zbudować chłopcu nowoczesnej sali z nowoczesną komorą, która zapewni mu odpowiednie warunki, niewykluczające wizyt. Warto zaznaczyć, że chłopca można było kiedyś odwiedzać, ale po pierwsze – nowa komora zawiodła, więc przeniesiono go do starej, nieco podrasowanej, po drugie – okazało się, że drgania wywołane przez odwiedzających muzeum ludzi, mają szkodliwy wpływ na chłopca. W muzeum postawiono więc wierną replikę i postanowiono nie wystawiać oryginału na ponowny kontakt z ludźmi, aż do skonstruowania czegoś porządnego.

momia museo10.jpg

foto: www.mnhn.cl

Nie zapowiada się na polepszenie sytuacji w najbliższych latach. Nie pomogło wielkie trzęsienie ziemi z 2010 roku, które zniszczyło budynek muzeum, pogrążając go na wieloletnim remoncie. Dlatego też otwarte jest tylko pierwsze piętro, reszta budynku jest w odbudowie. Szkoda, bo mają w zbiorach m.in. kolekcję związaną z dinozaurami i mumie egipskie. Planowane otwarcie drugiego piętra to 2025 rok…. Nic dziwnego, że brakuje im pieniędzy nie tylko na komorę i salę dla chłopca, ale również na jego szczegółowe badania coraz to nowszymi technologiami, np. badania DNA. Do tej pory udało się zorganizować ich 4. Ich szczegóły, a także oryginalne teksty dr Mostny, znajdziecie na stronie muzem.

Dlaczego więc zobaczyłam chłopca ja? W ten weekend minęło 60 lat od odnalezienia Niño del Cerro El Plomo. Z tej okazji muzeum zorganizowało kilka dni wizyt dla malutkich grup. Długimi korytarzami i krętymi schodami zabrano nas na owe czwarte piętro, gdzie mieliśmy godzinę na przyjrzenie się chłopcu i pytania do wspomnianego i bardzo cierpliwego muzeologa, Miguela Angela Azucas. Była tam też też gablota z darami, które znaleziono wraz z chłopcem (tych, które nie zostały zrabowane), m.in. złote figurki zwierząt, woreczek z zębami mlecznymi chłopca i jego włosami i część jego ubrań i biżuterii. W rogu stał zawięnięty w folię Moai z Wyspy wielkanocnej, na korytarzu zakurzone pudła z dinozaurami…

Chłopiec śpi w rogu pokoju. Ma delikatną, spokojną twarz. Nieświadom jest całego zamieszana. Nieświadom jaki kawał historii i ile emocji kryje w sobie jego sen. Emanuje z niego spokój. Ciekawe o czym śni te kilka wieków i ciekawe gdzie chciałby być.

plomo museo

foto: platformaurbana.cl

Muzeum Historii Naturalnej znajduje się w parku Quinta Normal w centrum Santiago. Dojazd: metro Quinta Normal. W poniedziałki jest nieczynne.

Źródła:

Historię chłopca opowiedziałam w oparciu o opowieści doktora Azócar, książeczkę wydana przez Muzeum Historii Naturalnej i teksty na jego stronie www oraz  kilka artykułów w hiszpańskojęzycznej prasie. Zawodowi archeolodzy czytający ten tekst niech przymrużą oko na ewentualne niedociągnięcia w polskiej terminologii.

Zostawiam Wam również link do godzinnego video reportażu (po hiszpańsku), zrealizowanego przez jedną z telewizji w Chile: http://www.youtube.com/watch?v=apG9Tea_yT0 Znajdziecie tu m.in wywiad z Jaime Ríos, fragmenty pamiętników obydwu odkrywców i nieco więcej o wpływach Inków na ziemiach Chile.

Quito w taksówce

By | Archeologia Ameryka Łacińska, Ekwador | 9 komentarzy

Zabieram Was do Ekwadoru. Wsiadajcie, liczba miejsc nieograniczona. Musimy jedynie cofnac sie w czasie o poltora miesiaca, do najmniej wigilijnej Wigilii w moim zyciu. Samolot juz czeka.

24 grudnia 2012, plecaki gotowe. Poranny skype z rodzina w Polsce, obiad z rodzina Claudia w Chile, lotnisko, obowiazkowe lzy ‚tesciowej’ na pozegnanie, 22:30 – lecimy do Quito! Jeszcze tylko pieciogodzinna, nocna przesiadka w Limie, gdzie z glosnikow nadaja amerykanskie Jingle Bells (5 godzin bez przerwy!) i ladujemy w stolicy Ekwadoru. Dopiero wtedy czuje, ze zaczynam moja dream trip.

Pamietam, ze pierwsza rzecz jaka mnie zachwycila jeszcze w samolocie to wszedobylska zielen za oknem. Ten zachwyt nie opusci mnie przez caly pobyt w Ekwadorze. Ale po kolei…

DSC_4173

Ladujemy rano, przed 9:00. Przyjaciele z Chile dali nam namiary na hostel, w ktorym nocowali kilka lat temu. Idziemy, a wlasciwie jedziemy taksowka. Jak zwykle, wdaje sie w rozmowe z kierowca. Wypytuje o miasto, transport, ceny, jedzenie, bezpieczenstwo, co warto zobaczyc. Zdarza sie, ze taksowkarz niewiele wie albo jest kompletnie nierozmowny, wtedy opuszczam, ale czesto wlasnie u niego zbieram cenne informacje na dobry start, a przy okazji czasem dostaje tez znizke za kurs 😉 Tym razem znizki nie ma, ale wiemy gdzie jak dojechac i ile mniej wiecej za to powinnismy zaplacic. Moja uwage zwraca fakt, ze na wszystkie pytania trasportowe pierwsza odpowiedz to zawsze ‚taksowka to bedzie tyle i tyle…’, ‚taksowka to jakies 40 minut’, ‚wieczorem taksowka’ itd. Dopiero dobitne dopytywanie o autobus czy inny srodek trasportu daje pelniejsza odpowiedz. Mysle – to zapewne solidarnosc taksowkarska, w sumie moze nie dziwne, ale niedlugo okaze sie, ze moj nos dobrze wyczul – Quito to miasto taksowek. Wroce to tematu pozniej, dojechalismy do hostalu, ktory…

…jest sliczny. Bardzo kolorowy, z rekodzielem porozstawianym po rogach i na stolach. Prowadzi go rodzina Kichwa, ktora wiele lat temu przeniosla sie do stolicy. Zostalismy na tyle milo przyjeci, ze dostajemy na wejscie sniadanie, choc nam tego dnia nie przysluguje, skoro dopiero przyjechalismy. Spedzimy tam jednak tylko jedna noc – jeszcze tego samego dnia orientujemy sie, ze hostal jest drogi  i nieco daleko od najciekawszej czesci miasta – Centro Historico. Dziekujemy przyjaciele, ale to nie na nasza kieszen. Nastepnego dnia przenosimy sie do Hostal Flores na rogu ulic Flores i Sucre, tam placimy dokladnie polowe mniej (20$).  Do tego jestesmy w samym centrum historycznej czesci Quito.

Pierwszego dnia postanowilismyIMG_1764 skorzystac jednak z polozenia naszego pierwszego hostalu, dokladnie pomiedzy stara a nowa czescia miasta. Prawda jest taka, ze obydwie wygladaja staro:) Tyle tylko, ze historyczne centrum ma ku temu historyczne powody, a nowa czesc jest po prostu malo efektowna. Niskie szaro – pomaranczowe budynki wzdluz jednej z glownych ulic Rio Amazonas, co najwyzej dwu-trzypietrowe, mieszcza sklepy, butiki, agencje podroznicze, restauracje. Nie jest brzydko, ale jest bardzo ‚surowo’. Sloneczny spacer po nowej czesci prowadzi nas na plac Foch, punkt spotkan alkoholowych i towarzyskich. Jest ladnie, jest kolorowo, wokolo mnostwo barow z neonami zachecajacych do skorzystania z happy hour. Ale my umieramy z glodu, idziemy jesc. Przed wyjsciem w hotelu zapytalam sie o knajpe z dobrym, lokalnym jedzeniem, powiedzieli nam Mama Glorinda kolo Plaza Foch i tam tez uderzamy. Miejsce wyglada schludnie i domowo. Zamawiam grilowane krewetki, ktore podaja z tradycyjnym setem dodatkow: ziemniakami/frytkami badz ryzem, soczewica i obowiazkow grilowanym bananem. Bardziej smakuje mi  risotto z krewetkami Claudia, ale nie zamieniamy sie, bo Claudio nie lubi soczewicy,a niech to 😉 Zachwycam sie za to sokiem z guayaby i to jest poczatek mojej wielkiej milosci w Ekwadorze – do przepysznych, naturalnych sokow z owocow tropiklanych, ktore do tego serwuja w duzych szklankach. Sami zobaczcie jakie maja smaki:

IMG_3193

W miedzyczasie zaczyna padac. Claudio robi mine ‚o nie!’, ja jestem spokojniejsza, bo mam kurtke przeciwdeszczowa w plecaku. Grzmot. Drugi grzmot. Burza. Tropikalna burza. Znaczy to, ze od sily strumienia i pary rozmywaja sie obraz budynkow po drugiej stronie ulicy. Zostajemy jeszcze na herbate… Chec drinka na Placu Foch jest jednak silniejsza i przebiegamy do pobliskiej knajpy. My sie deszczu nie boimy, o czym przyjdzie sie nam przekonac podczas calego pobytu w Ekwadorze hehe;) Probuje wynalazku o nazwie mojito sandía (arbuzowe mojito), nie polecam:) W miedzyczasie deszcz slabnie, robi sie powoli ciemno, a my chcemy poszukac jeszcze dzis hostelu w starej czesci miasta, wiec decydujemy sie na taksowke i za kilkanascie minut jestesmy w Centro Historico. Od razu rada – taksowki w Ekwadorze nie maja taksometrow, powinny, ale nie maja. Znaczy to, ze kierowca mowi nam cene jaka mu sie zywnie podoba i znaczy to, ze przed zasiasciem i ruszeniem zawsze trzeba ustalic ile zaplacimy. Bardzo czesto zdarzalo sie, ze slyszelismy podwojna cene (nie pomaga mi moja biala twarz) i nie mowie tu tylko o odleglosci na 3 $, ale np. 30$ zamiast $15, a to jest juz spory przekret. Datego tez ja zawsze pytam na recepcji w hotelu, kelnera w restauracji czy inne neutrealne osoby, ile mniej wiecej powinnam zaplacic za kurs z A do B. Miedzy stara a nowa czescia Quito to od 3 do 5 $.

Wjezdzamy do czesci historycznej. Drogi robia sie waskie i zaczynaja wspinac sie pod katem 30º, potem spadac, DSC_4135potem skrecac. Szaro-pomaranczowe budynki nowej czesci zamieniaja sie na kolonialne kamienice, na ktore pada zolte swiatlo ulic. Jest pieknie. Troche jak w Rzymie. Mysle sobie, to jest to, tu znajdzmy hostel i tak tez robimy. Szwedamy sie w okolicach glownego placu, szwedami sie wlasciwie sami. Ulice sa puste, miasto jakby wyludnione, wszystko zamkniete. Zakladam, ze to przez date – pierwszy dzien Bozego Narodzenia. Ekwadorzycy pewnie swietuja w domach i nie mysla wychodzidz na deszcz, ktory powraca i znika, powraca i znika. Potem okaze sie, ze Quito generalnie po 20.00 zamiera. Swiatek piatek. Nawet supermarkety zamykaja o 19.00 i juz nigdzie w centrum nie mozna znalezc chleba. (Ekwadorczycy w ogole jedza malo chleba, ale o tym potem).

DSC_1509Po godzinie widzimy juz wlasciwie wiekszosc atrakcji tyrystycznych z przewodnika: Plaza Grande (Plaza de la Independiencia), a na nim La Catedral Metropolitana,  Palacio Arzobispal z pieknym patio i Placio de Gobierno; Plaza San Francisco z kosciolem San Francisco, La Iglesia de La Compañía, Plaza Santo Domingo… Wszystko ladnie oswietlone, ale o tej porze zamkniete. Wiemy tez gdzie skrecic w uliczke ‚pubow i rozrywki’, ale jest tuz obok naszego nowego hostalu, wiec decydujemy sie wrocic do nowej czesci miasta, a jutro za dnia wrocic i odwiedzic te wszystkie miejsca wchodzac do srodka. W miedzyczasie rozpadalo sie porzadnie.

Jest jeszcze jedna rzecz, ktora wbila mi sie do glowy. Zarowno taksowkarz z lotniska, jak i dziewczyna z recepcji w hostelu pierwszym, a potem chlopak z recepcji w hostelu drugim, ktory niedawno zabukowalismy, tonem dosc powaznym doradzali nam poruszanie sie po Quito taksowka, zwlaszcza po 20.00. Zapytani wprost mowili – tak, jest niebezpiecznie. Takie ostrzezenia zdarzaly sie nam wielokrotnie, co ciekawsze, nawet nie pytajac. W hotelu mowili: ‚A, idziecie tam. Ale wrocicie taksowka, tak?’, w knajpie przy obiedzie para, ktora siedziala niedaleko nagle sie do nas zwrocila, slyszawszy najwyrazniej nasza rozmowe i gdzie sie wybieramy: ‚tam to lepiej po 20.00 nie idzcie, lepiej rano, za dnia’, itd itp. Mieszkancy miasta najwyrazniej chceli nam dac jasno do zrozumienia, ze musimy zachowywac najwyzsze srodki ostroznosci i wszedzie najlepiej jezdzic taksowka, ktora zostawia Cie pod drzwiami miejsca, do ktorego sie wybierasz. Powoli zaczynalam rozumiec, dlaczego taksowkarz odpowiadal mi tylko cenami taksowek.  I rzeczywiscie, jest ich w Quito chyba tysiace! Przyznaje, ze przez pierwsze 2-3 dni udzielo mi sie to uczicie ‚bacznosc i czujnosc!’, a to bojazliwych raczej nie naleze. Potem mi troche przeszlo, choc kolejne rady co do bezpiecznestwa wracaly niczym bumerang, choc nic nam sie nigdy nie stalo. Pierwszego dnia ok. 22.00 wracamy jednak do hotelu taksowka, tym bardziej, ze pada okrutnie. Tej noc spimy jak zabici. Nocne czekanie na lotnisku w Limie i caly dzien chodzenia daja sie we znaki. Najstepnego dnia rano, zaraz po sniadaniu (sok z tomate de arbol – pierwszy nowy owoc o nieznanym mi wczesniej smaku), przenosimy sie do hostelu w Centro Historico i buszujemy okolice.

W dzien miasto wyglada zupelnie inaczej. 26 grudnia wszystko jest juz otwarte, ulice sa pelne ludzi, jest DSC_4188gwarno, tloczno i slonecznie. To inne Quito. Sliczne Quito. Teraz rozumiem, dlaczego starowka jest na liscie UNESCO i dlaczego ma status najwiekszej i najlepiej zachowanej w calej Ameryce. W dzien widac tez piekne polozenie miasta, w Andach, na wysokosci  ok. 2800 m n.p.m, na wschodnich stokach czynnego wulkanu Pichincha. Na horyzoncie sa wiec piekne, zielone gory. Te, ktore widzialam z samolotu. No i wulkan! A na pobliskich wzgorzach rozciaga sie dziekie morze domow i domkow, az po szczyt. Przypomina mi to troche chilijskie Valparaiso (pamietacie te kolorowe domino?). Co do wysokosci, to ja troche czuc, kiedy trzeba sie wspinac po tych uliczkach pod katem 30º, a czasem nawet 45. Wiecie, ze Quito to druga najwyzej polozona stolica swiata? (W tej najwyzej polozonej bede jakis miesiac pozniej, tam dopiero zabraknie tchu).

Jest jeszcze jeden punkt na horyzoncie, ktorego nie da sie zignorowac. Gigantyczna, nieco zlowieszczo gorujaca nad miastem, Basílica del Voto Nacional. Z patriotycznego obowiazku dodam, ze inaugurowal ja i poswiecil Jan Pawel II (w 1985 r.). Nie jestem fanka kosciolow, ale ten jest imponujacy. 115 wysokosci (jakies 40 pieter), do tego stoi na wzgorzu i ma witraze wielkosci naszego mieszkania hehe. Architektonicznie przypomina mi Notre Dame. Panorama stamtad musi robic wrazenie.  Postanawiamy, ze ktoregos dnia sie tam wespmniemy i slowa za kilka dni dotrzymujemy. Z daleka docenia sie gabaryty bazyliki, z bliska jej detale wykonczenia: z murow i wiez spogladaja jaszczurki i inne gady i plazy z fauny Ekwadoru. Tego dnia akurat znow bylo pochmurno, wiec calosc tworzy aure na pograniczu podziwu i ciarek. Wspinamy sie na sam szczyt (wejscie 2$). Jak wielka jest to budowla zobaczyc mozecie po rozmiarze jej witrazu w fotach na dole…

W Quito odwiedzamy tez Museo Nacional del Banco Central del Ecuador, a wlasciwie jego czesc mieszczaca sie w Casa de la Cultura (w budynku Museo Nacional). Przewodniki i ludzie podaja nam sprzeczne informacje, ale w koncu znajdujemy (wejscie od Avenida Patria). Z czesci historycznej to jakies 30 minut spacerem DSC_2599(porzucamy taksowki), przecinajac Parque La Alamenda (z obserwatorium astronomicznym) i ferie rekodziela (warto rzucic okiem w weekend). Jesli bedziecie kiedys w Quito, odwiedzcie to muzeum koniecznie. Niepozorne w rozmiarze kryje imponujaca kolekcje, jest uporzadkowane, a objekty sa swietnie podpisane i wytlumaczone. Na wejsciu obejrzec mozna 10 minutowy film wprowadzjacy do historii plemion Ekwadoru, ich priorytetow i wierzen. Daje dobry grunt do dalszej wizyty. Do odwiedzenia sa 3 sale: archeologiczna, zlota (de Oro) i kolonialna. W pierwszej kroluje prekolumbijska ceramika (zauroczyla mnie prekolumbijska tarka do warzyw:), kryjaca w sobie klucz do zrozumienia religii, zwyczajow i seksualnych sklonnosci owczesnych plemion (homoseksualizm i trojkaty welcome to!). Jest tez mumia dziewczyny z roku 500 naszej ery. Mnie najbardziej ciekawi czesc z plemieniem La Tolita z regionu Río Esmeralda. Ich ceramika przedstawia ludzi z charakterystycznymi, dlugimi czaszkami, znakiem przynaleznosci do klasy wyzszej. Takie czaszki istnialy na prawde. Podobnie jak w innych zakatkach swiata, jak Ekwador, Peru czy Egipt, wydluzony ksztalt uzyskiwano przez bardzo mocne obwiazywanie glow dzieci  badz (jak w przypadku Ekwadoru) poprzez zakladanie na nie drewnianego przyrzadu sciskajacego czaszke.  Dzieciaki musialy chodzic w czyms takim kilka lat… az do odpowiedniego zrostu. Wszystko to, wlacznie z prawdziwa czaszka i prawdziwym przyrzadem zobaczyc mozna w gablocie muzeum.

DSC_2638Najwieksze wrazenie zrobila na mnie jednak  finezja i fantazja plemion zyjacych 4 tysiace lat przed Chrystusem(!), nie tylko w ceramice, ale i w bizuterii. Sala de Oro (Sala Zlota) jest zachwycajaca. Od Maski Slonca, przez wysublimowane kolczyki, malutkie spinki (jak oni to zrobili tak prymitywnymi narzedziami?) i fikusne naszyjniki, po zloto wypolerowane tak, ze sluzylo za lustro. Ekspozycja zawiera tez pokoj z instrukcja jak prekolumbijskie plemiona radzily sobie z obrobka metali.  Juz w tamtych czasach znano technike odlewania na ‚wosk tracony’ i tworzono stopy złota z innymi metalami. Widzac jak prymitywne narzedzia miano wtedy do uzytku, czlowiekowi nie pozostaje nic innego jak chylenie czola. Prawde mowiac, widzac wszystkie prekolumbisjkie zdolnosci i osiagniecia (astronomia, medycyna, architektura!) trudno mi myslec o tych plemionach ‚prymitywne’ (Inkowie przeprowadzali z suckesem trepanacje czaszki!), ale to tego dojde jeszcze pewnie w ktoryms przyszlym poscie z Peru.

Nie zdziwicie sie wiec chyba, ze na sale kolonialne, czyli czesc historii po przybyciu Hiszpanow do Ameryki i podbicu vel wymordowaniu wyzej opisywanych, nawet nie rzucilismy z Claudiem okiem. Inna sprawa, ze niedlugo zamykali muzem, co sprawilo, ze ostatniego dnia przed wyjazdem z Quito (kiedy musielismy zabic wolny czas) wrocilismy do tego muzeum jeszcze raz. Tak, to zdecydowanie moj typ w atrakcjach turystycznych miasta.

No dobrze, starowka, muzem, koscioly, panoramy i smazone banany, a wieczorem? Wieczorem, skoro wszystko jest zamkniete, nie pozostaje nam nic innego jak isc na La Ronda, najpopularniejsza ulice barow w centrum. (Powiedzialabym, ze jedyna, skoro calaokolica jest o tej porze wymarla). La Ronda szczesliwie jest 2 bloki od nas, musimy jedynie przejsc przez Plaza Santo Domingo. Waska, kolonialna uliczka z balkonami kryje w sobie puby, sklepy, muzeum i restauracje. Jest przyjemnie. Pijemy Pilsenera, narodowe piwo i jemy ceviche z krewetek. Ktorejs nocy (bo bylismy tam wiecej niz raz:), probuje tez Rosero w knajpie Leña Quiteña. Pyszny napoj z ananasa, truskawek i borojó (jesli dobrze rozczytuje moje notatki:). Na obiad czy kolacje polecam zajrzec do knajpy: La primera casa. Swietna zupa z dyni i dania z miesem w ziolach. Wegetarianie mnie znienawidza, ale alpaka jest pyszna…

Stracilam nieco chronologie w opisie, ale prawda jest taka, ze w Quito spedzilismy sporo czasu, ale nie ciagiem. Sama stolica da sie zobaczyc na spokojnie w 3 dni, warto jednak zarezerwowac sobie wiecej czasu, bo okolice miasta to atrakcja na kolejne 3. Quito to idealny punkt wypadkowy na jedniodniowe wyprawy do La Mitad del Mundo (oficjalny srodek swiata), Otovalo (podobno najwieksza feria rekodziela w Ameryce Poludniowej) i Mindo (park z motylami).W kadym z przypadkow na noc mozna wrocic do stolicy, tak tez robimy. W Quito czujemy sie wiec po jakims czasie jak w domu, a to oznacza, ze czas najwyzszy ruszac dalej 🙂

Ruszamy z ciekawoscia, choc stolice Ekwadoru zapamietujemy jako miasto, do ktorego chcielibysmy wrocic na jakis spokojny, dlugi weekend. Zestaw Quito + okolice to swietna opcja na 5-6 dni. Przekroj wrazen i roznorodnosc miejsc jest wystarczajaca. O tych okolicach w nastepnym poscie. I o Ekwadorczykach, ktorzy generalnie sa do rany przyloz, ale jest jedna ‚okolicznosc’, w ktorej z Ekwadorzyka wychodzi bestia. Co obstawiacie?