Category

Amazonia

Latynoskie specjały w mojej kuchni, część II

By | Amazonia, Ameryka Łacińska - KULTURA, Chile, Chile - Kuchnia chilijska, Kuchnia Ameryki Łacińskiej | 2 komentarze

Cześć druga mojego eksperymentu z listą rzeczy, których wcześniej nie jadłam, ale odkąd mieszkam w Ameryce Południowej stały się częścią mojego codziennego menu.  Część pierwszą  znajdziecie tu: Przegląd szafki, częśc I . Zdjęcia tym razem pozbierałam z internetu.

1. FLORES PECTORALES – magiczne zioła na przeziębienie

Ta magiczna mieszanka suszonych ziół niezawodnie stawiają mnie na nogi kiedy czyha przeziębienie. Przy pierwszych oznakach kataru, bólu gardła czy gorączki zaparzam sobie herbatę z „flores pectorales”, dodaję łyżkę miodu, soczysty plaster cytryny i voila! Budzę się jak nowonarodzona. Ciao aspiryny i paracetamole.

W składzie widnieje: sauco, yerba del paño, tilo, poleo i viravira. Pogooglowałam i potłumaczyłam i oto co mi wyszło:

Sauco – czarny bez 

Jego kwiaty i owoce zawierają między innymi – cukry, witaminę C, A i z grupy B, kwasy organiczne i pektyny. Działa jako środek napotny, przeciwgorączkowy, wykrztuśny i przeciwzapalny. Ma też działanie moczopędne. (za: LECZNICZE ZIOŁA)

Tilo – lipa

Działa relaksująco i rozluźniająco. Lipa wzmaga wytwarzanie soku żołądkowego, zwiększa przepływ żółci do dwunastnicy i wydalanie moczu oraz potu, poprawia przemianę materii, dlatego ma szerokie zastosowanie w stanach gorączkowych, niektórych chorobach zakaźnych i wszelkiego rodzaju  przeziębieniach – anginie, grypie, zapaleniu gardła i oskrzeli. Ma działanie przeciwzapalne, napotne i moczopędne (za MEDYCYNA ALTERNATYWNA)

Poleo – mięta polej (Mentha pulegium)

Ten rodzaj mięty stosowany jest przy przeziębieniach, rozdrażnieniach, chorobach skóry oraz dolegliwościach ze strony układu pokarmowego (mdłości, niestrawność). Jej liście działają żółciopędnie, ściągająco, moczopędnie, rozkurczowo i trawiennie.(za GRAM ZDROWIA)

Vira vira Pseudognaphalium viravira

To zioło andyjskie, pochodzące z Peru, leczy chroniczne problemy dróg oddechowych i działanie wyksztuśne. Doskonały tonik – oczyszcza płuca i drogi oddechowe. Mówi się też, że leczy raka płuc. (za WEIGHT CARE)

Yerba del paño – dziewanna drobnokwiatowa (Verbascum thapsus L.)

Podobno już w starożytnym Rzymie dziewanna znana była jako środek wspomagający leczenie chorób płuc i układu oddechowego. Ze względu na właściwości wykrztuśne wykorzystywana jest w leczeniu stanów zapalnych górnych dróg oddechowych i uporczywego kaszlu. Ma działanie antyseptyczne i osłaniające, dzięki czemu może być stosowana w różnego rodzaju infekcjach bakteryjnych i wirusowych. Napar z dziewanny wspomaga zwalczanie objawów astmy oskrzelowej oraz nieżytów gardła. Coraz częściej pojawiają się także informacje o działaniu przeciwnowotworowym dziewanny.

Olejek z płatków tej rośliny ma działanie przeciwbólowe, rozluźniające i uspokajające. Przeciwdziała migrenie. Za: DOBRA RADA.

Słowem, mama C. miała rację, przynosząc mi flores pectorales kiedy się przeziębiłam. Tak te magiczne zioła poznałam.

JAK JE PRZYGOTOWAĆ: Jak napar z ziół. Wsypujemy do zaparzacza, zalewamy gorącą wodą, czekamy kilka minut. Ja dosładzam miodem., ewentualne można dodać stewię.

UWAGA: Najlepiej pić na noc i wskoczyć pod kołdrę.

 

2.  YUCA – amazońskie odkrycie

Podczas kilkudniowego pobytu w Amazonii jadłam zaskakująco smacznie. Zaprzyjaźniłam się nawet z Celią, która nam gotowała i wymieniłam kilkoma przepisami. Jednym z produktów, z których potrafiła wyczarować pyszności była yuca (juka albo yukka), rodzaj słodkiego ziemniaka, który wygląda jak  podłużny korzeń. Kupuję ją teraz w sklepie kolumbijskim na rogu albo na warzywnych stoiskach Peruwiańczyków.

Nie zaskoczy was pewnie fakt, że yuca jest zdrowa – odtruwa system trawienny, oczyszcza jelita, poprawia trawienie. Zawarte w niej saponiny są skuteczne w leczeniu stawów i kości. Indianie często aplikowali maści z yuki na bóle reumatyczne oraz osobom ze sztywnością stawów. (http://hipokrates2012.wordpress.com)

JAK JEŚĆ: Właściwie jak ziemniaka. Celia, a teraz i ja, robiła z niej zupę, frytki (yuca frita), wspaniałe tortille i pure. Lubie ją też ugotować, a potem podsmażyć chwilkę na patelni z koperkiem.

UWAGA: Jukę należy gotować ze skórką, wtedy twarda część sama odpadnie. Jeśli będziemy próbowali pozbyć się jej wcześniej niepotrzebnie się namęczymy.

 

3. MERKÉN – przyprawa Indian Mapuche

Wspaniała, ostra przyprawa z Chile, a konkretnie od Indian Mapuche z południa kraju. Merkén to wędzone i zmielone na drobno różne papryczki aji (szczególnie odmiana zwana cacho de cabra). W Chile istnieje niezliczona ilość odmian tej przyprawy, niektórzy dają do niej również kolendrę bądź kminek, w składzie jest też sól.

Mieszanka jest najpierw wędzona, a dopiero potem rozdrabniana i łączona ze sobą, przez co merkén ma specyficzny, nieco dymny smak i piękną miedzianą barwę. Lubię pikante dania, więc merkén jest teraz dla mnie przyprawą niezastąpioną w kuchni. Przywożę ja też w prezencie wszystkim kobietom w mojej rodzinie w Polsce, a nawet ich sąsiadkom.

JAK JEŚĆ: Wszędzie tam, gdzie pasuje wam ostra papryka. Mięso i marynaty do kurczaka, fasola, kiełbasy (chorizo!), zupy, ryby, sosy, sałatki i warzywa. Wspaniale współgra z serami i jajkami. Dodaje go też do sosu pomidorowego.

UWAGA: Niektóre odmiany przyprawy są bardzo ostre. Trzeba być też ostrożnym przy wąchaniu merkén. Można sobie nieźle dać w nos 🙂

merquen

foto: starchefs.com

 

4. MARAKUJA – smak doskonały

Kiedyś moim ulubionym sokiem był pomarańczowy, potem z mango, dziś nałogowo piję sok z makarakui. Znalazłam swój idealny smak. Jest kwaskowy, ale nie za kwaśny, i nie jest słodki. Ma też piękny kolor i małe ziarenka, które urozmaicają teksturę.

Marakuja jest dosyć droga w Chile, w porównaniu do innych owoców (2000-3000 pesos za kilogram). Można tu również kupić tzw. pulpę (miąższ) i trzymać w lodówce kilka dni. Sprzedaje się też zamrożony miąższ. Ja wolę wersję świeżą, więc jeśli nie mam w domu całych owoców, zamawiam „jugo de maracuya” na mieście kiedykolwiek mam okazję. Mam kilka ulubionych, upatrzonych miejsc, gdzie sprzedają ten sok z małą ilością wody i bez cukru. Pycha!! Jestem od niego absolutnie uzależniona i średnio raz na tydzień muszę gasić marakujowe pragnienie:)

Mam też w domu marmoladę z marakui (świetna do naleśników). Polecam też krem z tego owocu, świetny do ciast, serników i babeczek. Na początek polecam zajrzeć w te przepisy: http://www.mojewypieki.com/tag/marakuja

 

5. AWOKADO – składnik orkiestra

Awokado nie było mi rzecz jasna obce jeszcze przed przyjazdem do Ameryki Południowej, ale dopiero tutaj odkryłam je naprawdę i zaczęłam jeść na co dzień. Głównie dlatego, że dobre, dojrzałe awokado to takie, w które nóż wchodzi jak w masło… Jest pięknie zielone, smaczne i mięciutkie.  Awokado, zwane w Chile paltą, jest tu niezwykle popularne. Odkryłam więc dziesiątki możliwości serwowania go jako przystawkę, starter, sos, dip, danie główne, urozmaicający dodatek, a nawet jako koktajl.

Co do walorów odżywczych, mignęło mi gdzieś zdanie: Awokado jest jak obiad z sześciu dań, łączący w sobie białko, tłuszcz, witaminy, minerały, zielone warzywo i smak orzechów.

JAK JEŚĆ:  Pasta z rozgniecionego awokado (z odrobiną soli) ląduje na kanapce z serem i pomidorem, w postaci guacamole idealnie komponuje się z nachos. Polecam wam spróbować hot-doga z rozgniecionym awokado i pomidorem (nigdy nie byłam fanką bułki z parówka, ale chilijska opcja mnie przekonuje). Palta sprawdza się też w sałatkach i daniach głównych, fantastycznie współgra z tuńczykiem (przepis na palta reina tu). Lubię też sushi z paltą. (Maseczka z awokado dobrze działa również na skórę)

UWAGA: Awokado, które dostaniecie w Polsce będzie prawdopodobnie twarde, a jego skórka  bardziej zielona niż brązowa. Zostawcie je wtedy na kilka dni na parapecie w kuchni, najlepiej owinięte w gazetę (nie żadne reklamówki ani pojemniki) albo po prostu bez niczego. Po około 3 dniach powinno być miękkie i dać się wydrążyć bez problemu. Poza tym, awokado szybko czernieje, trzeba je wiec jeść zaraz po obraniu. Życie przedłuża mu skropienie sokiem z cytryny.

Dobrnęliśmy do dziesiątki produktów z mojej kuchennej szafki i lodówki, ale myślę, że niebawem uzbieram kolejny zestaw na trzecią część posta. Będę też dorzucać przepisy, do czego i was gorąco zachęcam w komentarzach pod spodem.

Latynoamerykańskie produkty w mojej kuchni, cz. 1

By | Amazonia, Boliwia, Chile, Chile - Kuchnia chilijska, Chile - KULTURA, Ekwador, Kuchnia Ameryki Łacińskiej, Paragwaj, Peru | 6 komentarzy

Zrobiłam mały eksperyment. Rozejrzałam się po mojej kuchni, pozaglądałam do szafek, przejrzałam półki lodówki i.. zrobiłam listę 10 rzeczy, których wcześniej nie jadłam, ale odkąd mieszkam w Ameryce Południowej stały się częścią mojego codziennego menu. Kiedy się kończą od razu uzupełniam ich stan.

Często wspominam na blogu o wspaniałych owocach, świeżych warzywach i rybach, które rzeczywiście są teraz podstawą moich posiłków przez cały rok. Jest jednak jeszcze kilka składników, które zmieniły moje nawyki żywieniowe. Wszystkie z nich, mają biliony witamin i wspaniały wpływ na zdrowie. Część z nich możecie znaleźć w Polsce, zwłaszcza w sklepach z żywnością organiczną. A nóż wpadnie wam coś w oko, a potem do koszyka. /zdjęcia tym razem pozbierałam z internetu/

1. Quinoa (wersja obiadowa) – skarb Inków

Quinoa

foto: lovelypantry.com

Quinoa zwana jest w Polsce komosą ryżową albo prosem boliwijskim. Była podstawowym składnikiem diety Inków, którzy nazywali ją matką zbóż. Poza tym, że ma cudowne właściwości odżywcze, jest wyjątkowo odporna na trudne warunki środowiskowe, a jak wiadomo Inkowie lubili budować niebanalnie, w miejscach bardzo wyszukanych i trudno dostępnych.

Quinoa zawiera 9 esencjonalnych aminokwasów, mnóstwo witamin i minerałów, nie zawiera za to glutenu. Jest szczególnie zalecana wegetarianom i weganom narażonym na niedobór białka.

Oto co znalazłam w internecie na temat obecnych w quinoa witamin i minerałów:

  • Zawiera więcej wapnia niż mleko
  • Dostarcza 2 razy więcej żelaza i witaminy E niż pszenica
  • Jest bogata w mangan i miedź
  • ma 70% więcej magnezu niż żyto
  • jest bogata w witaminy z grupy B, fosfor, potas, cynk i błonnik
  • zawiera wyjątkowy aminokwas lysinę, chroniący przed rakiem

JAK JEŚĆ: Komosę najpierw koniecznie trzeba opłukać pod bieżacą wodą (ze względu na saponiny znajdujące się na jej powierzchni), a potem ugotować w podwójnej ilości wody przez 10 minut na niskim ogniu. Po zdjęciu z ognia, odstawić na kolejne 10 minut trzymając pod przykryciem i gotowe. Ja czasem dodatkowo prażę ją chwilę w suchym garnku, zanim dodam wodę. Uwalnia się wtedy lekko orzechowy zapach i smak, a komosa wychodzi bardzo sypka.

Z CZYM JEŚĆ: Można ją podawać jak ryż, do ryb, mięsa czy w risotto. Może zastąpić makaron czy ziemniaki, być dodana do zup. Można robić z niej zapiekanki, sałatki, puddingi, dania wytrawne i słodkie. Dobrze łączy się z ziołami, orzechami i warzywami.

Ja głównie stosuje ją jako zamiennik ryżu (zwłaszcza do risotto czy dań jednogarnkowych) albo dodaje do zup. Jest bardzo sycąca! Polecam szczególnie jako risotto ze szpiankiem i pieczarkami. Czasem też robię zapiekankę, jaką podpatrzyłam w jednej z restauracji w Boliwi. Na blogu znajdziecie przepis Zapiekanka z La Paz

Jest dużo książek z przepisami, poświęconych tylko quinoa. Polecam wam Quinoa 365 Superfood.

2. Quinoa (wersja śniadaniowa) – energia z samego rana

Kupuje również inną wersję quinoa, którą sprzedają w Chile w postaci okrągłych, jakby napompowanych ziarenek, już gotowych do użycia. Są jak płatki śniadaniowe tylko w  formie kuleczek. Mają dość neutrealny smak. Można je znaleźć od razu z miodem, ale ja wolę naturalne.

JAK JEŚĆ: Dorzucam je niemal codziennie rano do jogurtu czy owsianki. Czasem wsypuje też trochę do smoothie z owoców. Dorzucam je też kiedy robię orzechowe batony śniadaniowe. Pycha! Mam też mąkę z quinoa, która świetnie się sprawdza w wypiekach.

3. Chía – skarb Azteków

ChiaSeeds

foto: mamaslatinas.com

Znowu ziarna, ale tym razem od Azteków. Chía, zwana w Polsce szałwią hiszpańską, pochodzi z centralnej i południowej części Meksyku i Gwatemali (słowo chía pochodzi od słowa chian w języku nahuatl, znaczącego oleisty). Kronikarze jezuiccy opisywali ją jako trzecią najważniejszą dla Azteków uprawę, zaraz po fasoli i kukurydzy. Wyczytałam też, że w czasie konkwisty wojownicy azteccy przeżywali tylko na jej nasionach. Inne źródła mówią, że Indianie z południowego-zachodniego Meksyku mogli spożywać zaledwie 1 łyżeczkę na dzień i maszerować 24 godziny. Słowem, ma moc.

Kilka ciekawostek o chía:

– ma 13 razy więcej magnezu niż brokuły
– ma 5 razy więcej białka niż mleko
– ma 8 razy więcej kwasów omega 3 niż dziki łosoś Alaskan

Podobnie jak siemię lniane ziarna chía są przebogatym źródłem kwasów OMEGA 3 – bogatszym niż ryby (!). Małe, czarne ziarna zawierają dużą ilość białka, błonnika, witamin i minerałów, wspomagają prawidłową pracę mózgu i serca, mają działanie antyarytmiczne i obniżają poziom złego cholesterolu. Chronią też jelita, poprawiają przemianę materii, spowalniają wchłanianie cukrów przez co mogą korzystnie wpływać również na dietę diabetyków i osób dbających o dietę.  Chía polecana jest osobom cierpiącym na cukrzycę. (za:PLANETA ZDROWIE i AKADEMIA WITALNOŚCI)

JAK JEŚĆ: Głównie dorzucam ziarna do owsianki czy jogurtu, ale podobno można robić też z chía napoje. Dzięki właściwościom żelującym, szałwia hiszpańska sprawdza się również w wypiekach, zcalając składniki. Jednym z moich ulubionych sposobów na chię jest KOKOSOWY PUDDING CHIA (przepis).

UWAGA: Nasiona muszą być moczone w czystej wodzie zanim zostaną użyte do jakiegokolwiek przepisu.

4. Polen – pyłek pszczeli

polen

foto: proyectoindiefood.com

 

Kolejne ziarenka do śniadania, tym razem pomarańczowo-żółte:) Jak widzicie, stawiam na odżywczy  początek dnia i to rzeczywiście duża zmiana w moich trybie odżywiana, bo jeszcze 4 lata temu pracując w medialnej korporacji śniadań nie jadłam w ogóle… Tymczasem pyłek pszczeli jest koleją skarbnicą witamin, mikro i makroelementów, pierwiastków, białek i enzymów.

Pierwszą paczkę podała mi moja chilijska teściowa, martwiąc się moim intensywnym trybem pracy, małą ilościa snu i zmęczeniem z powodu bezsenności. Powiedziała, jedz to, da Ci energię! Rzeczywiście, strona www.pyłekpszczeli.pl informuje, że polen minimalizuje skutki zmęczenia, osłabienie spowodowane stresem i podwyższonym wysiłkiem fizycznym. Piszą też, że wspiera proces leczenia białaczki i anemii, a także kurację chorób przewodu pokarmowego. Wzmacnia wątrobę, zmniejsza bóle menstruacyjne i ma zastosowanie w leczeniu chorób gruczołu krokowego.

JAK JEŚĆ: Jako dodatek do kefiru, mleka czy jogurtu.  Inny sposób to: dwie łyżeczki pyłku zalać połową szklanki wody i pozostawić na noc. Rano rozmieszać i wypić (można dodać miodu).

UWAGA: Przeciwwskazaniem jest pokarmowe uczulenie na pyłki.

5. Stevia – zamiast cukru

300 razy słodsza od cukry i bezkaloryczna – jakkolwiek utopijni to brzmi, taka jest stewia. To naturalny, zdrowym i nietoksyczny zamiennik cukru i wszystkich sztucznych słodzików. Najczęściej można ja dostać w formie tabletek, ususzonych listków albo kryształków. Małą roślinkę pochodząca z Paragwaju można też uprawiać w doniczce, na parapecie lub balkonie.

Stewia jest więc niezwykle wydajna. Jedna łyżeczka odpowiada szklance tradycyjnego cukru kuchennego.  Dodatkowo nie zakwasza organizmu, w tym śliny, więc nie powoduje próchnic, hamuje apetyt na słodyczy i zawiera mnóstwo minerałów – selen, magnez, cynk, żelazo, wapń.

Wyczytałam też, że roślina ta kilka dodatkowych działań:

  • bakteriobójcze i przeciwgrzybiczne,wzmacniające oraz moczopędne
  • łagodzące dolegliwości trawienne oraz żołądkowe (na przykład zgagę)
  • przyspieszające proces gojenia się ran
  • w kosmetyce ze stewii przygotowywane są maseczki, które poprawiają wygląd skóry i redukują zmarszczki. (za: STEWIA ZIELNICZEK)

A teraz pytanie za 100 punktów: Dlaczego cudowna stewia nie zdetronizowała cukru? Bo jej promocja nie leży w interesie wielkich koncernów cukrowniczych… Po tej stronie świata jest popularna, zalewa półki w supermarketach, Unia Europejska za to zezwoliła na jej sprzedaż dopiero w 2011 roku. Może więc warto dać stewii i swojemu zdrowiu szansę.

JAK UŻYWAĆ: Herbatę od dawna słodziłam miodem a teraz już nie słodzę wcale, ale dzięki stewii właściwie ogóle nie używam w kuchni cukru. Mam jedynie paczkę brązowego, który dodaje do niektórych ciast, choć i tu powoli opanowuje przelicznik i przyzwyczajam się do lekkiego posmaku, który daje naturalny zamiennik cukru. Stewii można używać do gotowania i pieczenia, bo jest odporna na wysoką temperaturę i nie ulega fermentacji.

Tyle w części pierwszej mojego mini przeglądu szafki. Druga jeszcze w tym tygodniu, o ile nie spadnie meteoryt albo coś w tym rodzaju 🙂 Czytaj: CZĘŚĆ DRUGA 

Jeśli macie sprawdzone, ulubione przepisy z powyższymi składnikami podzielcie się linkami w komentarzach. Będzie smacznie:)

Baños w ogniu (Nowy Rok). Krok przed Amazonią

By | Amazonia, Ekwador | One Comment

Pamiętacie moją historię z Cuenca na poludniu Ekwadoru, gdzie mieliśmy spędzić szalonego Sylwestra? Jeśli tak, to wiecie, że uciekliśmy z tego miasta widmo następnego dnia. Ustalając przy śniadaniu 31 grudnia, do którego autobusu wsiąść, zdecydowaliśmy się na… Baños.

Zdecydowało 5 czynników: 1) zmierzaliśmy teraz do Amazonii, więc Baños było strategiczne (wyprawy do Amazonii ruszają z Quito albo stąd) 2) Już tam byliśmy, wiec wiedzieliśmy, że jest turystyczne, a zarazem pełne Ekwadorczyków, więc – w odróżnieniu od Cuenca – tam na pewno coś się zadzieje tej nocy 3) gorące źródła:) 4) to canopy, które chodziło mi po głowie! 5) Claudio zostawił w hostelu w Baños przejściówkę, więc chciałam się zapytać czy mogą nam oddać 😉

Nie zawiedliśmy się. Przejściówka była, zostaliśmy zresztą w tym samym hotelu u Olgi dostając sporą zniżkę za to, że wróciliśmy, w Sylwestra się działo i jeszcze raz wskoczyliśmy do gorących źródeł:)

 

EKWADORSKI SYLWESTER

Wspominałam już, ze Ekwadorczycy okazali się być domownikami (przynajmniej na to nam wychodziło z obserwacji i dwutygodniowych rozmów z ludźmi). W Sylwestra mieszkańcy Baños nas jednak nie zawiedli i wyszli na ulice. Nie zawiódł nas też deszcz, przyszedł i padał. Najwidoczniej też chciał z nami świętować.

W centrum miasta rozstawiona była scena z muzyką na żywo (salsa!), były stragany, grillowane przekąski, tańce i alkohol (choć pity nieco nieśmiało). Inne części miasteczka też pełne były ludzi, zwłaszcza ulica barów. Deszcz nie wystraszył nikogo. A o północy?

DSC_2135O północy była mała procesja kukieł i pokazy tańców, a potem osławione palenie lalek, o których wspominałam w poście o Cuenca. Niektóre miały po kilkanaście metrów wysokości (zobaczcie Hulka na zdjęciach), a mniejsze ubrane były za to jak ludzie – w jeansy, koszulki, marynarki…  Kiedy takiej kukle paliła się ‚twarz’ i kawałek torsu, a z płomieni wystawały tylko nogi w jeansach i butach, wyglądało to dość przejmująco.. 🙂 No ale tradycja jest tradycją, lalkę należy spalić, niniejszym pożegnać Stary Rok i zrobić miejsce na nowy. A potem należy przez taką palącą się jeszcze kukłę przeskoczyć.

I to właściwie tyle z ekwadorskich, noworocznych tradycji. O północy był  szampan i inne alkohole, już śmielej otwierane, a potem skorzystaliśmy z tych roztańczonych barów, których drzwi stały dla nas otworem:) Impreza trwała do rana, ‚zamknięty po 20.00’ Ekwador nas zaskoczył ;P Choć mieliśmy za sobą 9 godzin jazdy autobusem, daliśmy się porwać nocy. W żyłach oprócz alkoholu buzowała też ekscytacja następnymi dniami – myślami byliśmy już w Amazonii. To naprawdę już tuż tuż, szczypaliśmy się, by w to uwierzyć.

 

 

Chcemy do Amazonii!

Dzień po Sylwestrze spędziliśmy na szukaniu agencji, z która możemy wybrać się na kilka dni do dżungli. (Mocno padało, więc wyjazd na moje canopy był niemożliwy! ) Z moich poszukiwań w internecie i rozmów z Olgą wynikało, że agencje godne zaufania można policzyć na palcach jednej ręki. I rzeczywiście, ceny i proponowany program wszędzie były właściwie takie same, ale traktowanie klienta przeróżne. Zdarzyło nam się rozmawiać ze znudzonym chłopakiem, jakby obrażonym, że mu zawracamy głowę pytaniami typu: co musimy zabrać czy jaki jest plan podróży. Odpowiadał krótko: o boże, no co, płyniecie łódką, zatrzymujecie się w chatce, oglądacie ptaki, małpy, owady, wszystko piękne. Bukujecie?’. Znaleźliśmy też zupełną przeciwwagę, właściciela i przewodnika agencji w jednym, który był oszołomem i fascynatem dżungli. Powiedział nam o niebezpieczeństwach, o tym co musimy wziąć, z czym się liczyć i szczegółowo omówił podstawy programu, zaznaczając, że to tylko szkic, bo reszta i tak wyjdzie w praniu w zależności od pogody i warunków. Nie wciskał nam listy tysiąca zwierząt, jakie to zwierzęta zobaczymy, bo to zależało do humoru zwierząt i szczęścia. Facet miał zresztą wiele ciekawych przygód na koncie, przegadaliśmy z nim w końcu 2 godziny. Pod koniec dnia zdecydowaliśmy się nawet jechać do Amazonii z nim i to jeszcze tej nocy, ale..

DSC_2153…okłamał nas. Opowiem tę historię, żeby was przestrzec. Pół godziny przed nocnym autobusem do Quito (okazało się, że i tak musimy przejechać przez stolicę i tam zmienić autobus, żeby dostać się tam gdzie chcemy) powiedział nam, że właśnie dzwonił na dworzec i nie ma już dziś ani jednego autobusu, więc możemy ruszyć dopiero następnego dnia w nocy. Nie wpłaciliśmy jeszcze żadnej zaliczki, więc nie było problemu natury finansowej, ale zawiedzeni, targając nasze wielkie plecaki poszliśmy na dworzec i znaleźliśmy jeszcze kilka autobusów… Dwie firmy przewozowe, które nasz niedoszły przewodnik nam aż trzykrotnie polecał rzeczywiście nie miały już miejsc, ale czterech innych tak. Założyliśmy, że ma pewnie umowę przyjacielska, a może nawet handlową z tymi dwiema i dlatego nam skłamał w żywe oczy. Mam gdzieś wizytówkę tej agencji, ale nie mogę jej teraz znaleźć. Jak już ją dorwę dorzucę nazwę, żebyście mogli zawitać do Baños i powiedzieć temu Panu, że go nie lubię! Jedyny plus sytuacji jest taki, że jego rady co do Amazonii rzeczywiście nam się potem przydały.

Staliśmy tak z Claudio późnym wieczorem na dworcu, ze spakowanymi plecakami, wymeldowani z hotelu, zmoknięci, bo cały dzień padało, i rozczarowani. Straciliśmy jeden dzień. Za chwile odjeżdżał nocny autobus do Quito. Wsiedliśmy. Postanowiliśmy pojechać do Amazonii ze stolicy. Obliczyliśmy też, że wychodziło taniej.

Baños warto więc odwiedzić ze względu na piękne położenie, sporty ekstremalne i dobre jedzenie. Do Amazonii chyba lepiej jednak jechać z Quito.