Category

Przydatne w podróży

7 lat 7 chwil

By | Ameryka Łacińska - KULTURA, Przydatne w podróży | 17 komentarzy

Zatańczyć tango w Bueno Aires, sambę w Rio de Janeiro i salsę na Kubie – taki był zarys mojego  planu marzeń do spełnienia, kiedy dokładnie 7 lat temu – w Dzień Dziecka – wsiadałam w samolot z Warszawy do Santiago de Chile. Moja wielka, czarna walizka wypchana była po brzegi miłością do muzyki latynoamerykańskiej, marzeniami o dalekich podróżach oraz niezrozumiała dla niektórych chęcią zmian i poznania świata. Po drugiej stronie oceanu zostawiłam rodzinę, przyjaciół, fajną pracę w radiu. Zaryzykowałam. I wiecie co? Nigdy, ani razu, nie żałowałam tej decyzji. 

Przez te 7 lat spełniłam tonę podróżniczych marzeń poza tymi o tańczeniu w przeróżnych zakątkach świata. Zwiedziłam osiem krajów latynoamerykańskiego kontynentu, kilka innych rozsianych po świecie, Chile zjeżdziłam wzdłuż i wszesz (bardziej wzdłuż) 🙂 Nauczyłam się hiszpańskiego, skończyłam studia z muzyki latynoamerykańskiej w Santiago, poznałam wspaniałych ludzi, kilkoro przyjaciół, no i – last but not least – znalazłam miłość. Klaudiusz stworzył mi w Chile dom i okazał się świetnym kandydatem na męża. Mam za sobą kilka zawodowych wyzwań, jako dziennikarz, przewodnik i samozwańczy nauczyciel języka polskiego, a nawet jako sprzedawca w eksluzywnym sklepie z garniturami. Od kilku lat pracuję jednak dla Polskiego Radia jako latynoski korespondent, a na horyzoncie kolejnych planów i marzeń pojawiła się książka do napisania.

Czy zawsze było łatwo? Nie. I nadal nie  zawsze jest. Ale to zapewne temat na inny post z serii „emigracja – cienie i blaski”. Dzisiaj jednak będzie to spontaniczny wpis pełen emocji, szczęścia i niezapomnianych chwil. Post o 7 najpiękniejszych podróżniczych momentach moich ostatnich 7 lat. Zupełnie niechronologicznie. 

7 LAT – 7 CHWIL

Buszowanie po Amazonii (Ekwador)

Amazonia zawsze jawiła się w mojej głowie jako miejsce dla wielkich podróżników, którzy spędzają w niej 4 miesiące, śpią we własnoręcznie zbudowanych szałasach, żywią się tym co upolują i trafiają do wiosek ludności rdzennej w jakiś mrożących krew w żyłach okolicznościach (potem oczywiście wszyscy zostają przyjaciółmi). Ja spędziłam w Amazonii tydzień, pojechałam tam z lokalnych biurem podróży i z lokalnym przewodnikiem, spałam co prawda w chatce bez okien, ale w łóżku z moskieterą, gotowałam z naszą przewodniczką posiłki, karmiłam krokodyle, łowiłam piranie, ale nie musiałam jednak polować na zwierzynę, bo inaczej umrę z głodu. Nie czuję się wielkim odkrywcą, co tydzień do przeróżnych zakątków Amazonii przyjeżdżają setki turystów. W pewnym sensie jest ona na wyciągnięcie ręki, wystarczy bardzo chcieć i trochę zapłacić. Tak sobie myślałam. Z jednej strony. 

Z drugiej strony bez wątpienia czuję się szczęściarą. Mieliśmy – ja i Klaudiusz  – wspaniałą przewodniczkę Mirtę, która urodziła się i całe życie mieszkała w tej części ekwadorskiej dżungli. Znała ją jak własną kieszeń, tak jak ja czy Ty znamy swój dom i zawartość spiżarni. Jedne z najbardziej fascynujących chwil mojego życia zawdzięczam właśnie jej. Mirta zabierała nas na długie dzienne spacery, podczas których pokazywała ślady zwierząt, typowe drzewa i kwiaty, opowiadała o każdym z nich, mówiąc do czego służą jej ich liście, kora, gałęzie czy żywica. Wypytywałam ją o dzień jak co dzień w dżungli, o jej dzieci, o jej życie. Zabrała nas też do domu swoje siostry, a potem poznałyśmy jej trzy piękne córki. Rano pływaliśmy canopy obserwując jak pięknie budzi się dżungla, wieczorem chodziliśmy z latarkami oglądać wszelkie insekty i nocne zwierzaki, w nocy siedzieliśmy przy ognisku i pletliśmy biżuterię z tego co przynieśliśmy z lasu. 

Ten tydzień w Amazonii to zdecydowanie jedna z najpięknieszych chwil z moim zyciu. I nieważne, że czasem koło łóżka chodziła sobie tarantula, a na ścianie spała sobie nieatrakcyjna jaszczurka. Było warto. 


Zgubienie horyzontu na Uyuni (Boliwia)

Jezioro solne Salar de Uyuni to jedno z najpięknieszych miejsc, jakie widziałam w życiu. Cały  boliwijski płaskowyż Antiplano zapiera dech w piersiach i jesli lubicie naturę i miejsca nie z tej ziemi, które jednak są jeszcze na tej Ziemii, koniecznie dopiszcie je do listy miejsc do odwiedzenia. Jezioro ma imponującą powierzchnię ponad 10 000 km². W porze deszczowej, od grudnia do marca, pokryte jest cieniutką warstwą krystalicznie czystej wody, co sprawia, że tafla przypomina niekończące się lustro, w którym odbija się błękitne niebo i białe chmury. Stojąc po kostki w wodzie i patrząc przed siebie mamy przed oczami ścianę chmur i przez chwilę można zgubić horyzont. Aż do momentu, kiedy hen hen daleko zobaczymy inny jeep 4×4, w którym podobnie jak my, turyści z całego świata siedzą równie oczarowani. 

Na Salar de Uyuni można się dostać z miasteczka Uyuni w Boliwii. Można tam wypożyczyć auto albo tour jeepem z kierowcą. Na Uyuni można się też dostać z chilijskiego miasteczka San Pedro de Atacama. Jeśli tylko macie 3 dni, będac na Atakamie, naprawdę warto.

Więcej zdjęć z Uyuni znajdziecie w poście z GALERIA SALAR DE UYUNI.

 


„Piknik” na Huayna Picchu (Peru)

O Machu Picchu w Peru napisano już miliony słów. Przepiękne położenie miasta Inków, jego architektoniczny geniusz, wpływy astrologii i wierzeń, w końcu przebogata historia całej cywilizacji robią wrażenie, nie ma bata. Myślę jednak, że gdyby nie wejście na pobliską górę Huayna Picchu i spojrzenie na dolinę, i Machu Picchu z góry i z oddali moje odczucia byłyby znacznie mniej intensywne. To właśnie wspięcie się na szczyt stromej góry, pokonanie wąskich, wysokich schodów wyrzęźbionych w skale dla wysokich i wysportowanych Inków, i spojrzenie na horyzont z wysokości ponad 2700 metrów n.p.m. zaparło mi dech w piersiach. Byliśmy też z Klaudiuszem szczęściarzami. Dokładnie wtedy kiedy nasze stopy dotarły na sam szczyt, a nasze oczy zobaczyły, że Machu Pichu skrywa się niestety za grubymi chmurami i właściwie nic nie widać, zaczęło się przejaśniać. Usiedliśmy sobie wtedy na skraju góry, gdzie nie było nikogo i czekaliśmy. Wyciągnęliśmy kanapki, wodę i herbatę, i cierpliwie czekaliśmy aż miasto ukaże nam się w pełnej krasie. Powiem szczerze, widok był tak piękny, a satysfakcja tak ogromna, że nie chciało nam się schodzić i zwiedzać Machu Picchu 🙂 Trzeba było jednak w pewnym momencie zejść, bo na wysokie, ale strome Huayna Picchu wchodzili już turyści popołudniowi.

Na Huyana Pichhu bowiem codziennie może wejść tylko 400 osób, 200 o 8:00 rano i 200 bodajże o 13:00. Kupując bilety na Machu Picchu warto dopłacić i rozszerzyć sobie wizytę. My czekaliśmy w Aguas Caliente dwa dni, bo nie było już miejsc na Hayna Picchu. Uparłam się jednak, że chcę tam wejść i że chce czekać, na co Klaudiusz oczywiście wywrócił oczami („ta to nigdy nie odpuszcza”), a potem się poddał („taką ją pokochałem”). Rezultat jest taki, że to był najpiękniejszy „piknik” mojego życia. Klaudiusz też był wniebowzięty 🙂

Inna chwila, która zapadła mi w pamięci w Peru to lot awionetką nad liniami Nazca. Zobaczcie GALERIA NAZCA


 

Rodzinne ognisko na Wyspie Wielkanocnej (Chile)

Tym razem czuję się ogromną szczęściarą. Nie tylko dlatego, że dotarłam na najbardziej odizolowaną od lądu wyspę świata, przechadzałam się wśród Moai niemalże na osobności i chłonęłam magię wyspy niczym gąbka wodę, a płatki owsiane mleko (właśnie jestem po śniadaniu:). Nie to jednak było w tym wszystkim najwspanialsze. Miałam przywilej i przyjemność spędzić ten majowy tydzień, mieszkając z rodziną Rapa Nui, która przyjęła nas po przyjacielsku, a potem wręcz jak część swojej rodziny. Klaudiusz, nauczyciel angielskiego na jednym z uniwersytetów, miał swego wśród uczniów studenta z Rapa Nui. A że jest on nauczycielem, którego wszyscy kochają, …. jak tylko dowiedział się, że „żona profe Claudio” kupiła bilety na Wyspę Wielkanocną skontaktował nas z jego rodziną i tym sposobem zatrzymaliśmy się u nich. Dało nam to bezcenną okazję nie tylko na zwiedzanie kultowych miejsc wyspy, ale współuczestniczenia w życiu rodzinnym, poznaniu całego klanu, gotowaniu i jedzeniu z nimi posiłków, bawieniu się z ich dziećmi. Ba – w niedzielne popołudnie wszyscy razem łowiliśmy ryby na kolację (systemem lokalnym, na puszkę i żyłkę 🙂 ). Pod wieczór, kiedy rozpaliliśmy już ognisko zszedł się cały klan (jakieś 25 osób), ja plotkowałam z kobietami w kuchni przygotowując danie o wdzięcznej nazwie „ojoj”, a Claudio pił piwo z macho rodziny. Po posiłku ktoś wyciągnął gitarę, ktoś zaczął śpiewać, dziewczyny zaczęły tańczyć podczas gdy za Moai w ich ogródku zachodziło słońce i szumiał ocean. Czułam się szczęściarą. 

Podczas tego tygodnia na wyspie odbyłam dzisiątki rozmów, niektóre z nich nagrałam i pojawią się w końcu w formie wywiadu na blogu albo w rodziale książki, która nabiera coraz realniejszych kstzałtów. Poznałam nie tylko blaski, ale i cienie życia na wyspie, problemy mieszkańców, z którymi radzą sobie z uniesioną głową, jak to Rapa Nui.

Trzymajcie kciuki, żebym już niedługo mogła opowiedzieć wam o tym więcej. Póki co podrzucam wpis z informacjami praktycznymi i zdjęciami z wyspy.

 


 

Spanie w hamaku na Isla Barú (Kolumbia)

W wielu z najpiękniejszych latynoamerykańskich podróży towarzyszył mi Claudio. Lubimy razem jeździć, mamy podobny styl poznawania miejsc, ale lubię też podróżować sama, czasem wręcz muszę. Tak też było w przypadku kolumbijskiego wybrzeża.

Wyprawa do Cartagena de Indios z założenia miała być inna niż wszystkie. Miałam leżeć na plaży z piaskiem o kolorze mąki, kąpać się w turkusowej wodzie i  jeść tropikalne owoce. Tylko tyle. Przez dwa tygodnie. To zupełnie nie mój styl podróżowania, na plaży bez ruchu wytrzymam góra 2-3 dni, potem mnie już niesie. Tym razem jednak miałam po prostu odpocząć, zwolnić, pomyśleć o życiu, sobie, podarować sobie czas na „nicnierobienie” („czy będę umiała?”) Była to też moja prywatna próba samodzielności, kiedy zupełnie sama ruszyłam z plecakiem do kraju, którego jeszcze nie znałam, z dobrym hiszpańskim („ale czy wystaczającym?”) i bez większego planu działania jak „pozwiedzać kolonialną Cartagenę i okoliczne karaibskie wyspy”. Odpocząć. Jak to zwykle bywa kiedy podróżujesz solo, okazało się, że niemalże nigdy podczas tej wyprawy nie byłam sama. Poznałam mnóstwo osób, i Kolumbijczyków i turystów, a nasze rozmowy otwierały mi drogę do nowych miejsc i pomysłów. Sposób podróżowania, kiedy to nie masz absolutnie nic do zrobienia i zobaczenia (bo nie masz listy miejsc, muzeów i zabytków, które chcesz odwiedzić) okazał się ciekawą alternatywą. Nie na każdą podróż, ale wtedy, na Karaibach, idealną.

Zawsze marzyłam o domku nad oceanem, tak by rano budził mnie szum fal. Na Isla Barú było jeszcze lepiej. Spałam tam dwie noce w hamaku rozwieszonym między dwoma palami kilkanaście metrów od oceanu. Do snu kołysały mnie fale, a rano budziło słońce na twarzy. Nie musiałam nigdzie jechać, nie miałam biletu na kolejny autobus. Mogłam zostać ile chce. I tak też zostałam na Isla Barú, gdzie miałam być 3 godziny i odpłynąć powrotnym statkiem, a zostałam trzy dni, bo mi się tam po prostu spodobało. Piękne mam wspomnienia z tych dni.

 


Słuchanie oddechu lodowca Perito Moreno


Wydaje mi się, że jakkolwiek się na ten widok przygotujesz ten lodowiec zawsze zwali Cię choć trochę z nóg. W sumie Iguazu to tylko wielki wodospad, Uyuni to tylko wielkie czyste jezioro, a Perito Moreno to ogromny kawał lodu. Nie nie nie. Jest moc. Żeby zobaczyć Perito Moreno jechaliśmy prawie osiem godzin małym busikiem z Puerto Natales w Chile po wstaniu o 5 rano, po to by spędzić tam dwie godziny i znowu wracać jakieś osiem godzin… I wiecie co? Warto bez dwóch zdań. 

Lodowiec leżący po argentyńskiej stronie Patagonii jest naprawdę imponujący, ma ponad 258 km2 powierzchni i 30 km długości (!). Jest też podobno jedynym lodowcem świata, który nie zmniejsza swojej powierzchni, pomimo tego, że co więksi szcześciarze załapują się na widowiskowe spadanie wielkiego kawałka lodu do wody. My widzieliśmy spadający mały kawałek, a i tak byliśmy pod wrażeniem. Przez całe dwie godziny spaceru przy lodowcu słyszeliśmy jednak jego oddech – jak skrzeczał, przeciągał się, dmuchał i zastygał. Niesamowita moc natury. 

Jakieś trzy dni po naszej wizycie argentyńskie i chilijskie media obiegło to video pokazujące jak wielki kawał lodu – tzw. most – spada w wodę: 

Na lodowiec marzy mi się wrócić. Dosłownie „na”, bo marzy mi się trekking, jaki organizują tamtejsze biura. Wersja mini zakłada 1,5 godziny, a „big ice” aż 5. Dopisuję to do listy marzeń na następne 7 lat 🙂

 


 

Spełnione marzenie w Meksyku

To był najtrudniejszy punkt, bo miejsc w głowie mam jeszcze conajmiej kilka. Wahałam się między chilijską Atakamą, która zachwyciła mnie na tyle, że byłam tam 4 razy, a Torres del Paine na południu kraju. W głowie mam też wspaniałe wspomnienia z trzytygodniowej wyprawy po Kubie, podczas której wypożyczonym samochodem objeździłyśmy wyspę z moją francuską przyjaciółką, i poznaną tam parą spontanicznych Polaków. Ostatecznie wygrał jednak Meksyk. 

Meksyk to było moje podróżnicze marzenie od lat, jeszcze zanim zamieszkałam w Ameryce Południowej. Wspaniale było je spełnić, i to zaraz po przeprowadzce na tę stronę oceanu. Chodząc ulicami gigantycznej stolicy i nie czując się nieswojo, wspinając się na Piramidę Słońca w Teotihuacan, czy słuchając koncertu mariachi w małej knajpce w jednym z setek małych, kolorowych miasteczek jak Taxco czy Guanuajuato czułam, że o to mi chodziło z tą przeprowadzką. Mogę i będę odkrywać świat, smakować, próbować, pytać, pisać i opowiadać. Mogę, jeśli tylko chcę, jeśli tylko się zorganizuję, odłożę pieniądze i ustawię priorytety.  To kwestia decyzji i determinacji. 

Nie wiem czy był jeden szczególny moment w Meksyku, który zwalił mnie z nóg. To chyba raczej całokształt. Początek wielkiej przygody w krajach fascynujących cywilizacji prekolumbijskich, wspaniałej architektury, pięknej pogody, soczystych owoców i uśmiechniętych ludzi. Jednocześnie krajów wielkiej niesprawiedliwości, wyzysku, problemów społeczno-politycznych, środowiskowych i uciśnienia kobiet. Zobaczyłam i poczułam, że na tym kontynencie jest wiele do odkrycia i zbadania. Właściwie podczas każdej z tych siedmiu podróży.

I zostałam. Do dziś.

INNE SUBIEKTYWNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

FAQ: Ameryka Łacińska – gdzie warto się wybrać?

Moje ulubione miejsca w Chile – TOP 5

Karnawał w Rio de Janeiro – praktyczne informacje

By | Brazylia, Przydatne w podróży | 6 komentarzy

Zebrałam dla was kilka pomocnych informacji, jeśli planujecie wyruszyć do Brazylii w czasie karnawału. Zaczęłam pisać na świeżo tuż po powrocie z tegorocznego show, ale dopiero teraz mogłam skończyć post i w końcu go opublikować. Gdzie kupić bilety na Sambodrom i nie zbankrutować? Który sektor widowni wybrać? W jakiej dzielnicy spać? Spieszę z podpowiedzią. Jak cudownie było na otwarciu Karnawału 2017 zobaczyć możecie w poprzednim moim poście z galerią zdjęć z Sambodromu. Dzisiaj praktycznie.

GDZIE SZUKAĆ INFORMACJI?

Na końcu tego posta znajdziecie listę stron, które były mi pomocne, kiedy to ja przeszukiwałam internet. Będą już za to w Rio, spacerując deptakiem Copacabany zajrzyjcie do Posto 3 tuż przy plaży, gdzie znajduje się Centrum Informacji Turystycznej. Dostaniecie tam mapy, rozkład jazdy, gazetki i wszelkie broszury z informacjami, gdzie jeść, co zrobić i co się dzieje w mieście. Co ważne – pracownicy mówią tam po angielsku, co wcale nie jest w Rio takie oczywiste. UWAGA! Właśnie tutaj można też kupić bilet na Corcovado (kosztuje 80 reali), ale można zapłacić tylko kartą kredytową i trzeba dojechać pod bramę parku na własną rękę (autobs 583 z Avenida Nossa Sra de Copacabana, kosztuje 2,70 reali). Bilet możecie też kupić przy wejściu na wzgórze, będzie nieco tańszy (76 reali).


GDZIE KUPIĆ BILETY NA SAMBODROM?

Jest tyle stron, które sprzedają bilety w przeróżnych cenach, że błyskawicznie można dostać zawrotu głowy i zupełnie się pogubić. Jako że byłam już w Brazylii kilka lat temu, mam tam kilkoro znajomych, z którymi utrzymuję kontakt. Dzięki jednemu z nich (Julio jest przewodnikiem po Rio de Janeiro), dostałam niezły kontakt do lokalnego biura podróży. Podrzucam go wam  z trzech powodów. Po po pierwsze – ma ceny brazylijskie, nie turystyczne; po drugie – jest pewny; po trzecie i może najważniejsze – sama skorzystałam z ich usług, więc nie polecam w ciemno. Skontaktujcie się z Carlosem z biura Angramar Turismo: info@carlitoscarnaval.com.br, + 55 21 99677-4760, i powołajcie się na Monikę, dziennikarkę z Polski.  Za sektor nr 9 (nazywany turystycznym) zapłaciłam 140 reali plus 60 reali za transport w tę i z powrotem. To naprawdę dobra cena.


JAKI WYBRAĆ SEKTOR NA SAMBODROMIE?

Wybór i rodzaj miejsc na Sambodromie jest naprawdę spory. Można stać, siedzieć, być jak najbliżej tańcerzy albo oglądać show z góry, mając panoramiczny widok na każde przejście grupy. Można być na początku parady, w jej środkowej części albo na końcu, gdzie szkoły tańca finiszują swój pokaz. Każdy z nich ma nieco inną cenę. Musimy więc wziąć pod uwagę osobiste preferencje i zasobność porfleta.

Do wyboru jest 12 sektorów (2 i 3 to początek, 12 i 13 to koniec). Są trubuny (miejsca najtańsze), open front boxes (pod trybunami, na parterze) i najdroższe opcje jak private chairs i luxury suits. Szczegółowy opis każdej opcji wraz z mapą znajdziecie choćby na tej stronie RIO-CARNIVAL.net  Ode mnie kilka rad.

Foto: www.greentoadbus.com

Sektor 1: Nie ma go na mapie i w sprzedaży. Zarezerwowany jest tylko dla członków rodzin szkół samby. Ale nic straconego, nie ma najlepszego widoku.

Sektor 2, 3, 4 i 5: Zobaczysz moment początku każdego pokazu. Minusem jest jednak to, że Twoje pole widoku będzie limitowane i nie zobaczysz całego pokazu danej szkoły w pełnej krasie. Zaletą może być jednak fakt, że pauzy pomiędzy występami poszczególnych szkół są tutaj najkrótsze. Kiedy zniknie Ci sprzed nosa koniec jednej szkoły, już zacznie się ustawiać początek drugiej.

Sektor 6 i 7: To tutaj siedzą sędziowe. Są to więc cenne miejsca, gdyż to właśnie w momencie mijania tych sektorów szkoły tańca dają z siebie najwięcej. Sektor 7 jest najdroższy.

Sektor 8, 9: Sektor turystyczny i dziennikarski. Tutaj każda szkoła robi krótki postój i pozuje do zdjęć. Dziewiątka ma numerowane miejsca na trybunie, w ósemce siedzą moi koledzy po fachu. 

Sektor: 10 i 11: W sercu muzyki. To tutaj znajduje się finał parady i sekcja bębnów. Uważajcie więc, bo będzie wam dudnić 7 godzin 🙂

Sector 12 i 13: Najtańszy. Zobaczysz koniec każdego pokazu. Tutaj siedzenia też są numerowane, ale nie mają najlepszego widoku (cena mówi sama za siebie).

Osobiście polecam trybuny w środkowej części Sambodormo (między 6 a 9), by mieć panoramiczny widok na całą paradę i w pełni docenić rozmach każdego pokazu. 

SEKTOR TURYSTYCZNY – ZA I PRZECIW

Turyści najczęściej kupują sektor 9 (nazywany zresztą turystycznym), z racji tego, że uważany jest  za najbezpieczniejszy. Choć podczas karnawału Sambodrom jest najbardziej bezpiecznym miejscem w całej Brazylii, policja podobno jeszcze pilniej strzeże właśnie tego kawałka platformy. Jego zaletą jest też to, że jako jedyny na trybunach ma numerowane miejsca. Co prawa numery napisane są na kamiennych blokach schodów i im dłużej trwa parada tym mniej ludzie się tymi numerami przejmują, i mniej siedzą, ale dobrze jest mieć swoje miejsce, by choćby od czasu do czasu móc sobie przycupnąć (parada trwa 7 godzin). Trzecią zaletą, która wydaje mi się bardzo wygodna, jest fakt, że podobno tylko w tym sektorze można wychodzić z Sambodromo zawsze i tyle razy kiedy się chce. W innych, jeśli się nie mylę, raz wszedłszy za bramki nie można się już cofnąć, aż do samego końca wydarzenia. Minusem tego sektora może być za to fakt, że będziemy się bawić wśród wszelkich narodowości świata, tylko nie wśród Brazylijczyków. Będziecie jednak tak wpatrzeni w paradę, że narodowość sąsiadów może równie dobrze nie być żadnym minusem, bo w ogóle nie będzie ważna. 

My wybraliśmy właśnie sektor 9, choć zastanawialiśmy się również nad 6 albo 7. Dzisiaj zdecydowałabym się zapewne na nr 8 (czyli ten naprzeciwko nas, po drugiej stronie) z jednego powodu. To tam znajduje się m.in. loża prasowa, więc choć wszystkie szkoły samby zatrzymują się właśnie na wysokości 8 i 9 (kolejny punkt dla 9), ustawiają się jednak i pozują do idealnych zdjęć zwracając się głównie w stronę dziennikarzy. Turyści spadają na drugie miejsce. Niemniej jednak dziewiątka wciąż pozostaje dobrym wyborem. Jeśli stawiacie na bezpieczeństwo i wygodę (numerowane sektory i możliwość wychodzenia) będzie to najlepsza opcja. Inną dobrą opcją wydaje mi się wciąż siódemka, tam gdzie siedzą sędziowie, ale cena może odstarszyć. 

Jeśli wolicie być blisko tańcerzy, by zrobić sobie z nimi selfie czy przyjrzeć się szczegółom kostiumów i rekwizytów wybierzcie opcję Open Front Boxes. Będziecie mieć również swoje siedzenie (można wykupić box czterosobowy), stolik i sporo przekąsek do zakupienia, które donoszone są do stołu. Ja nie miałam jednak wątpliwości, że trybuny to jest to.


W JAKI DZIEŃ JEST NAJLEPSZA PARADA?

Parada Samby na Sambodromo to w rzeczywistości konkurs, podczas którego szkoły samby z Rio de Janeiro rywalizują ze sobą o miano tej najlepszej. Kompetycja trwa od piątku do poniedziałku. W kolejną sobotę następuję za to pokaz zwyciezców. Który dzień wybrać? Uwaga, wcale nie otwarcie ani nie zamknięcie!

Piątek i sobota (pre-eliminacje): Otwarcie Karnawału (piątek) i konkursowy pokaz 12 szkół samby (6 w piątek, 6 w sobotę), które walczą o wejście do najlepszej dwunastki kraju w kolejnym roku. Wszystkie są bardzo blisko, ale tylko jednej z nich to się uda.

Niedziela i poniedziałek (konkurs główny): Kulminacyjny punkt karnawału, pokaz 12 najlepszych szkół tańca w kraju! (6 w niedzielę i 6 w poniedziałek).  To tutaj warto być najbardziej i to w te dni bilety są najdroższe.

Kolejna sobota (parada mistrzów): Pokaz sześciu zwycięskich szkół. To podobno najmniej atrakcyjny dzień, gdyż trybuny są dość puste. Turyści już wyjechali, Brazylijczycy wrócili do pracy. Właściwie jest już po karnawale.

Jeśli więc nie stać was na dni konkursu głównego, albo z jakich względów nie możecie iść w niedzielę czy poniedziałek, wybierzcie dwa pierwsze dni. My musieliśmy niestety wracać do Santiago w niedzielę, więc zdecydowaliśmy się na piątkowe otwarcie. Sami zobaczcie na zdjęciach, że i tak było warto 🙂


GDZIE SZUKAĆ NOCLEGU PODCZAS KARNAWAŁU?

Nie muszę dodawać, że ceny podczas dni karnawału (i tuż przed) rosną kilkakrotnie? Jeśli chodzi o nocleg polecam AirBnb, ale poszukajcie lokum z dużym wyprzedzeniem. Mi udało się znaleźć całe mieszkanie za 33.000 CLP za noc (ok. 200 zl) w dzielnicy Ipanema, pół przecznicy od plaży. Spędziłam na szukaniu bite 2 tygodnie, ale cierpliwość się opłaciła. Mieliśmy pewne problemy z check – inem i komunikatywnością właścicielki, ale samo miejsce było w porządku, świetnie ulokowane i  na 2-3 noce w zupełności nam wystarczało (poza brakiem blendera do soków i czajnika, – musieliśmy grzać wodę na herbatę w garnku). Zajrzyjcie na AirBnb Patricia, choć zdecydowanie bardziej polecam  AirBnb Jeana, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni przed karnawałem. Mieszkanie jest przy Copacabanie (2,5 przecznicy od plaży), idealnie ulokowane i w jeszcze lepszej cenie, bo 26.000 CLP za noc (ok. 160 zl). Następnym razem zostalibyśmy u Jeana na Copacabanie. Obydwie lokalizację są jednak świetne.


GDZIE SIĘ ZATRZYMAĆ? NAJLEPSZA DZIELNICA

Jeśli macie mało dni, chcecie być w centrum wydarzeń i kochacie plażę wybierzcie Copacabanę albo Ipanemę. Warto też jednak rozważyć również nowsze dzielnice jak Botafogo, Flamengo i ewentualnie Glorię. Jest dużo spokojniej, sporo taniej, w klika-kilkanaście minut dojedziecie na plażę oraz w inne atrakcje turystyczne miasta. Bardzo nam się podobało mieszkanie Luciany i Hermesa AirBnb Luciana. Ostatecznie wybraliśmy jednak te przy plaży.

Są jeszcze dwie dzielnice, popularne wśród backpackersów. Odważniejsi, szukający jeszcze tańszych alternatyw i bogatego życia nocnego mogą rozważyć Lapę i Santa Teresę. Trzeba się tam jednak mieć na baczności i ja raczej polecam zwiedzić je sobie w dzień, w nocy wybrać się tylko z gotówką w kieszeni na tańce, ale mieszkać gdzie indziej.


OBNIŻAMY KOSZTA. GDZIE TANIO ZJEŚĆ? 

Ciekawym rozwiązaniem w Río sa churascarrias, czyli bufety z jedzeniem na wagę. Każdy ma swoją tackę, więc nakłada sobie tyle ile chce z dość bogatej oferty mięs, gulaszy, ryżu, ryb, sałatek i deserów. Potem idzie to zważyć i płaci odpowiednio do swoich gramów na talerzu. Średni koszt to 5,90 reala za 100 g. My jedliśmy za 20-25 reali (25-30 zl) za osobę, wliczają w to sok naturalny czy napój. W dniach kiedy byliśmy wyjątkowo głodni albo braliśmy deser, maksymalnie 35-40. W churracarias znajdziemy raczej proste jedzenie, nie są to wykwintne, wymyślne dania, ale jedzenie zwykle jest smaczne i różnorodne, więc to dobra opcja dla pilnujących wydatków. Zarówno przy Ipanemie jak i Copacabanie znajdziecie wiele takich bufetów. Rozsiane są głównie wzdłuż Avenida Nossa Sra de Copacabana i okolicach.

Smacznie i tanio można zjeśc również na ulicy, jeśli chcecie jedynie wrzucić coś na ząb. W takim upale nie będziecie zapewnie chodzić głodni jak wilk cały dzień. Poza sycącą wodą kokosową i sokami, które sprzedawane są niemalże na każdym rogu możecie skusić się np. na „tapioca” (naleśnik z tapioki na słodko albo na słono) sprzedawany z małych wózeczków na ulicy i smażony na naszych oczach. Na tej samej zasadzie sprzedawane są tez hot dogi gotowana kukurydza.

Na pewno nie będziecie głodni na plaży. Jak tylko usiądziecie na piasku nie minie więcej niż kilka min, a zjawi się pierwszy sprzedawca. Mają ciasteczka, orzeszki, chipsy, szaszłyki z krewetek, piwo, wodę, drinki, w tym oczywiście carpirinhię. Na plaży kupicie też bikini, plażowe bluzki, kapelusze, okulary i „canga”, rodzaj dużej chusty, której w Brazylii używa się na plaży zamiast ręcznika. Ręcznik to faux pas! Słowem, niczego wam w Rio nie zabraknie 🙂 


CZY W RIO JEST BEZPIECZNIE?

Jak już wspomniałam Sambodrom nazywany sie najbezpieczniejszym miejscem w całym Rio. Zwłaszcza, jeśli zdecydujemy się na sektor 9, turystyczny. Nieciekawie może być za to wracać samemu po samym show o 5 nad ranem. Okolice nie są atrakcyjne. Dlatego też wiele biletów sprzedawanych jest w opcji rozszerzonej z transportem na Sambodrom i z powrotem. Myślę, że warto skorzystać zamiast łapać po nocy taksówkę, jak tysiące innych osób i narażać się na bycie naciągniętym.

W samym Rio bezpiecznie na pewno nie jest, ale nie jest też tak niebezpiecznie, żeby bać się wyjść z hotelu czy bać się przejść 2 przecznice bez brania taksówki. Pomnożyłabym po prostu podstawowe środki ostrożności razy dwa i tego się trzymała. Kilka podstawowych zasad:

  • nie obwieszać się biżuterią i wszelkimi kosztownościami, najlepiej w ogóle jej nie mieć,
  • nie trzymać aparatu na wierzchu,
  • nie zabierać za dużo na plażę, najlepiej tylko „canga” ,
  • radzi się opuścić plażę zaraz po zachodzie słońca,
  • unikać opustoszałych ulic po zmroku,
  • trzymać się raczej ruchliwych ulic, gdzie wciąż toczy się życie,
  • nie zapuszczać w nieciekawie i nieznane dzielnice,
  • unikać faveli,
  • raczej unikać kontaktu wzrokowego z osobnikami, które nie wyglądają przyjaźnie,
  • zachowywać się normalnie. 

UWAGA! Jeśli już się zdarzy, że zostaniecie napadnięci oddajcie wszystko bez słowa i bez walki. Tutaj niestety zasady są proste – oddajesz albo ryzykujesz życie. 

Przy Copacabanie w promieniu 3 przecznic od plaży do około północy toczy się życie. Pootwierane są sklepy z sokami, bary i pizzerie. Jest sporo ludzi. Czuliśmy się zupełnie swobodnie. Na Ipanemie za to życie zamiera nieco wcześniej i skupia się jedynie na kilku ulicach. Pod tym kątem demonizowana Copacabana jest znacznie przyjaźniejsza.

Jeśli dobrze wybierzecie nocleg nie będziecie musieli wałęsać się za dużo w nocy, jako że same okolice będą atrakcją. W przypadku wypraw do innych, dalszych dzielnic Brazylijczycy polecają Ubera. My korzystaliśmy z metra i autobusów miejskich. To tania i wygodna opcja. Przystanek powrotny mieliśmy za rogiem naszego mieszkania, więc nawet wracając późno w nocy musielismy przejść jedynie pół przecznicy. A więc ponownie – klucz to dobrze wybrać nocleg. 


GDZIE KUPIĆ MUZYKĘ W RIO?

I ja i Claudio uwielbiamy brazylijską muzykę. Wiedzieliśmy więc, że na bank odwiedzimy kilka sklepów muzycznych. Jeśli wybieracie się do Rio na karnawał zakładam, że również wielu z was będzie chciało zabrać do domu nieco lokalnych dźwięków. Jeśli stawiacie na jakość i autentyczność koniecznie wybierzcie się do sklepu „Toca do Vinícius” (Rua Vinícius de Moraes 129) w dzielnicy Ipanema. Znajdziecie tam klasyki i perełki, a przede wszystkim poznacie Carlosa, właściciela sklepu, ogromnego pasjonatę i znawcę MPB (Musica Popular Brasileira). Przegadaliśmy z nim dwie godziny i na tyle zdażyliśmy się polubić, że Carlos podarował nam płytę, którą trzymaliśmy w rękach od wejścia 🙂 W sklepie są też odciski dłoni znanych muzyków (m.in. Chico Barque), a przed jego wejściem organizowane są od czasu do czasu intymne koncerty, nierzadko wielkich gwiazd. To na pewno jeden z głównych punktów do odwiedzenia na muzycznej mapie Rio. 


KILKA PRZYDATNYCH STRON:

http://www.rio-carnival.net

http://rio-carnival.net/rio_carnival/rio_carnival_tickets.php

http://www.rio.com/rio-carnival/buy-rio-carnival-tickets-2018

http://www.carnivalbookers.com/rio-de-janeiro/carnival-tickets/types

W kolejnym poście napiszę o zwiedzaniu Rio na własną rękę i jego atrakcjach, niekoniecznie już w czasie karnawału. Jeśli chcielibyście dodać jakieś inne rady co do największej imprezy świata śmiało piszcie w komentarzach.

Samolotem z Limy do La Paz (przez Cuzco). Nowe połączenie Peruvian Airlines

By | Boliwia, Peru, Przydatne w podróży | No Comments

Nowe połączenie lotnicze na trasie Peru – Boliwia! Linia Peruvian Airlines, tani peruwiański przewoźnik działający do tej pory lokalnie, właśnie uruchomiła regularne połączenie z Limy do La Paz. Newsy o promocjach i nowych trasach wrzucam raczej na facebookowy funpage Tresvodki, ale tym razem wiadomość może się przydać większości z was. Na pewno tym, którzy maja bardzo mało czasu, a chcą zobaczyć i Peru i Boliwię.

Przebycie obydwu krajów autobusem to niezła przygoda. Jedna z tych, która śni się po nocach backpackersom. Trasa jest eksytująca, wymagająca, niebezpieczna i pełna niespodzianek. Dzięki nowemu połączeniu można zaoszczędzić za to na prawdę sporo czasu. Podróż autobusem na trasie Lima – La Paz trwa ponad 30 godzin (trasa jest też bardzo kręta i stroma), samolotem 2 godziny 40 minut. Dla tych, którzy się bardzo śpieszą, albo boją się przepaści za oknem i nieobliczalnych kierowców, bomba:)

To pierwsze międzynarodowe połączenie Peruvian Airlines. Ze stolicy Peru do stolicy Boliwii będzie można dolecieć raz dziennie Boeingiem 737-300 lub Boeingiem 737-500, z międzylądowaniem w Cuzco. Do La Paz lata też LAN, Avianca i Taca, ale koszt biletu jest dużo wyższy.

Bilety można rezerwować tutaj: www.peruvianairlines.pe

Dobrych lotów!

peruvian airlines

foto: flyawaysimulation.com

FAQ: Jak się przygotować do podróży po Ameryce Łacińskiej?

By | Ameryka Łacińska KRAJE, Przydatne w podróży | 18 komentarzy

Czytać przewodniki czy iść na żywioł? Bukować wszystko wcześniej czy słuchać intuicji? Co ze sobą zabrać? Jechać bez hiszpańskiego? Jak się przygotować? Czy  się bać? Na te pytania często zdarza mi się odpowiadać czy to w mailach, czy w rozmowach prywatnych czy w wywiadach. Poniżej mała kompilacja bardzo subiektywnych rad, bo na blogu jeszcze o tym nie było. Może akurat ktoś z was wybiera się po raz pierwszy w te rejony i ma takie wątpliwości 🙂

pierwsza podroz AL.001

1. Zerknąć, gdzie się jedzie

Warto poczytać trochę o każdym kraju, do którego się wybieramy. Choć brzmi to może jak oczywista rada, znam przypadek osoby, która mieszkając kilka miesięcy w Chile nie wiedziała, że to kraj sejsmiczny. Dowiedziała się empirycznie, w lutym 2010 roku podczas trzęsienia ziemi 8,9 w skali Richtera i przeżyła oczywiście szok. Wciąż zdarzają się przypadki Europejczyków kroczących z aparatem na wierzchu po brazylijskich favelach czy turystów marznących w -10º w krótkich spodenkach, bo myśleli, ze w Ameryce Południowej jest zawsze ciepło.

Są to oczywiście skrajne przypadki, ale chodzi mi o to, że choć niektórzy wola podróżować ‘na żywioł’ i bez ograniczeń, dobrze mieć jednak pewną, podstawową wiedzę. Mam również na myśli wymogi kraju w sprawie szczepień czy wiz, albo podstawowe ostrzeżenia typu: czego lepiej nie robić, gdzie nie jest zbyt bezpiecznie iść samemu czy do jakiej taksówki nie wsiadać. Moim zdaniem dobrze znać te ostrzeżenia, a dopiero potem zdecydować czy będziemy ich przestrzegać czy je zignorujemy.

 

2. Otworzyć się na nowe

Radzę zostawić swój europejski sposób myślenia w domu. Wkraczamy na inny kontynent, w inne realia, w inny rytm i w inne priorytety mieszkańców. Podróżując po Ameryce Łacińskiej nie narzucajmy jej naszych oczekiwań i przyzwyczajeń. Otwórzmy się i dajmy sobie pokazać inną codzienność. Może nam się nie spodoba, a może się czegoś nauczymy, odkryjemy ciekawy mechanizm, odnajdziemy się w czymś zupełnie nam nieznanym. O to chyba chodzi w podróżowaniu i poznawaniu świata.

Turyści często denerwują się na wolniejszy serwis, stary i mniej wygodny autobus czy na brak powszechnie znanego języka angielskiego. Tymczasem ja zamiast szukać spełnienia moich oczekiwań staram się uszanować i zrozumieć kulturę, do której wkraczam. Zwłaszcza, jeśli wkraczam tylko na chwilę. To jest zresztą dla mnie uniwersalna rada, dotycząca wszelkich podróży. Nie poszerzymy horyzontów wciąż patrząc tylko na ten, który znamy.

 

3. Nauczyć się podstawowych zwrotów po hiszpańsku

Można próbować przyjechać tu tylko z angielskim, nie ma rzeczy niemożliwych:) Jednak wyruszając do Ameryki Łacińskiej dobrze znać choć podstawy języka hiszpańskiego, zwłaszcza jeśli zamierzamy zwiedzać kontynent na własną rękę. Nie radziłabym nastawiać się na angielski, zwłaszcza w miejscach mniej turystycznych, a nawet na dworcach czy w hotelach.

Choć coraz więcej Latynosów posługuje się językiem angielskim, to wciąż znikomy procent. Warto pamiętać, że niemalże cały kontynent mówi po hiszpańsku i przez długi czas znajomość innego języka nie była tu po prostu potrzebna. Babcia sprzedająca owoce na rynku czy właściciel hostelu w małej miejscowości, nigdy w życiu nie musieli uczyć się obcego języka i już się pewnie nie nauczą. Hiszpański więc ułatwi nam nie tylko poruszanie się po kontynencie, ale i poznanie tutejszych ludzi i ich zwyczajów. Otworzy więcej drzwi.

Z drugiej strony, Latynosi na pewno będą się wysilać, żebyście się zrozumieli i rzucać wszystkie słowa po angielsku jakie im świtają w głowie 🙂 Szybciej pójdzie wam choć z podstawowym hiszpańskim.

Więcej o tym pisałam tutaj: http://tresvodka.com/2014/11/12/faq-czy-mozna-przyjechac-tu-bez-hiszpanskiego/, a tutaj znajdziecie mini kurs hiszpańskiego w wydaniu chilijskim: http://tresvodka.com/2011/06/27/ja-tarzan-ty-jane/

 

4. Mądrze się spakować

Czyli spakować należy… jak najmniej. Paszport, pieniądze bądź kartę, książeczkę szczepień, aparat, kilka ubrań i dobre, sprawdzone buty. Jeśli bierzemy jakieś specjalne leki zaopatrzmy się w odpowiedni zapas. Resztę można kupić w drodze, naprawdę. Tym sposobem nanosimy się mniej, a kupując lokalne produkty czy ubrania sprawimy sobie przy okazji pamiątkę z podroży. Pokus do zakupów będzie zresztą dużo! Niech za przykład służy wam Julia z whereisjuli.com, która udała się w podróż dookoła świata z plecakiem, który nie ważył więcej niż 10 kg.

O tym jak zarządzać pieniędzmi w podróży, kartach kredytowych i kontach bankowych wyczerpującą pisali Los Wiaheros na swoim blogu: http://www.loswiaheros.pl/o-pieniadzach-w-podrozy/722-zarzadzanie-pieniedzmi-w-podrozy

 

 5. Mieć bazowy plan, ale łapać chwile

Lepiej podróżować „mądrze”, czy spontanicznie? Według mnie najlepiej połączyć jedno i drugie, a proporcje zależą od danego człowieka, jego przyzwyczajeń, upodobań i tego, po co podróżuje. Ktoś, kto lubi porządek i nawet w codziennym życiu traci grunt, kiedy coś idzie nie tak, jak sobie zaplanował, nie będzie czuł się dobrze pozostawiony samemu sobie w miejscu, którego nie zna. Nie powinien jechać sam do Amazonii, nie będzie się pewnie czuł w chaotycznej Boliwii, spontaniczna zmiana planów raczej go sfrustruje niż ucieszy.

Z drugiej strony ktoś, kto lubi spontaniczne życie i przygodowe wakacje, będzie się dusił na wycieczce autokarowej z 40 osobami. On nie tylko wybierze się na własną rękę do wspomnianej Boliwii, ale i zjedzie na rowerze słynną Drogę Śmierci, ryzykując życie. Warto więc zadać sobie pytanie, po co nam te podróże, ile mamy do stracenia i ile chcemy zaryzykować. W obydwu przypadkach warto mieć oczy dookoła głowy, być gotowym wyjść ze swojej strefy komfortu. Po to w końcu podróżujemy, żeby było inaczej niż w domu.

Dla mnie podróż to odkrywanie nieznanego i wolność. Nie wierzę, że można ją przewidzieć od A do Z jeszcze przed wyjazdem. A jeśli można, to brakuje mi w tym wszystkim wyzwania, otwarcia się na to, co przynosi każdy dzień. Lubię, jak miejsce mnie zaskakuje, lubię dać się ponieść chwili, oczarować i otworzyć na ludzi. Słucham intuicji, nie zapominając o zdrowym rozsądku.

 

6. Nie bać się, ale…

Jak Ty się nie boisz tak jeździć po nieznanych krajach? Pytają mnie czasem. Nie wiem, czy jest na to recepta. Albo masz w sobie tego niespokojnego ducha albo nie. Można oczywiście przygotować się wcześniej, żeby zniwelować strach przed nieznanym: poczytać o miejscach, do których się wybieramy, dowiedzieć się, gdzie nie jest bezpiecznie chodzić, czego raczej nie jeść, zabukować noclegi z wyprzedzeniem, pospisywać adresy, numery i kontakty.

Można pozabezpieczać się na tysiące opcji, nie da się jednak przygotować na wszystko i to jest też piękno podroży. Każdy dzień cię zaskakuje i każdego dnia musisz podejmować decyzje ad hoc, słuchając intuicji. Intuicja to jest chyba zresztą dobre słowo w przypadkach tych zbiegów okoliczności, które zdarzają się podczas podróży i aż kusi by je łapać. Poznajesz ludzi, którzy cię gdzieś zapraszają? Taksówka nie wygląda na bezpieczną? Bilet jest podejrzanie tani? Miałeś inny plan, ale właśnie dowiedziałeś się o magicznym miejscu w przeciwnym kierunku? We wszystkich tych przypadkach, co zrobić podpowie intuicja połączona ze zdrowym rozsądkiem. Chyba nie ma innej opcji.

W zeszłym roku wybrałam się sama do Kolumbii. To była jedna z najmniej zaplanowanych ‘co – gdzie – kiedy’ wypraw w moim życiu, świadomy eksperyment podróżowania szlakiem zbiegów okoliczności i intuicji. Często pytano mnie, czy się nie boję. Nie bałam, ale byłam podwójnie ostrożna. Strach w podroży nie jest naszym przyjacielem. Człowiek, który wygląda na przestraszonego i zagubionego, jest niezłym celem zarówno kieszonkowców i złodziei, jak i po prostu pecha. Wierzę, że zła energia przyciąga złą energię, i na odwrót. Jeśli wybieramy się w dalekie podróże, trzeba mieć chyba jednak wiarę w to, że będzie dobrze i lubić ludzi. Zamiast strachu polecam po prostu rozwagę.

Inne rady znajdziecie w dziale Ameryka Łacińska | Rady dla podróżujących: http://tresvodka.com/category/podrozniczy-poradnik/

Post zawiera spore fragmenty wywiadu ze mną, który ukazał się w natemat.pl w 2013 roku. Maja Święcicka pytała mnie m.in. o dobre rady dla początkujących podróżników, którzy marzą o Ameryce  Łacińskiej. http://natemat.pl/78759,ludzie-marzna-tu-w-krotkich-spodenkach-bo-mysla-ze-tu-zawsze-jest-cieplo-polka-opowiada-o-zyciu-w-ameryce-poludniowej

Jeśli masz dodatkowe pytania albo chcesz podzielić się własnymi radami i doświadczeniami, zapraszam do komentowania 🙂

 

 

Gdzie warto pojechać w 2015? Tresvodka w Onet.pl Podróże:)

By | Peru, Przydatne w podróży, Tresvodka&media | No Comments

Odkrywanie nowych kultur, poznawanie ludzi na drugim końcu, spotkania z przyrodą, smakowanie egzotycznej kuchni i opowiadanie o tym innym – to to, co my, blogerzy podróżniczy, kochamy najbardziej. Bez zadęcia, bez zbędnego radzenia „to zrób, a tego”, od serca i ze szczerymi emocjami, dzielimy się swoją największą pasją, jaką są podróże. Pokazujemy nasze ulubione miejscach, miejsca które naszym zdaniem, trzeba zobaczyć w 2015 roku. Ja zachęcam, żebyście w najbliższych miesiącach odwiedzili australijskie Brisbane. A gdzie wysyłają Was inni?

 – napisała Julia Raczko na Onet.pl Podróże, a potem spytała 14 innych podróżniczych blogerów, gdzie warto pojechać w Nowym Roku. Spytała też mnie w poszukiwaniu miejsca w Ameryce Południowej.

Zajrzyjcie w ten artykuł: http://podroze.onet.pl/tam-trzeba-pojechac-2015-rok-wedlug-polskich-blogerow-podrozniczych/wmfxm  w poszukiwaniu ton inspiracji i miłości do świata.

onet.pl

 

FAQ: Czy można przyjechać do Chile bez hiszpańskiego?

By | Argentyna, Chile, Chile - warto wiedzieć, Język hiszpański w Chile, Przydatne w podróży | 10 komentarzy

PYTACIE: CZY ANGIELSKI W CHILE WYSTARCZY?

Wyruszając do Ameryki Łacińskiej dobrze znać choć podstawy języka hiszpańskiego, zwłaszcza jeśli zamierzamy zwiedzać kontynent na własną rękę. Nie radziłabym nastawiać się na angielski, zwłaszcza w miejscach mniej turystycznych, a nawet na dworcach czy w hotelach.

Choć coraz więcej Latynosów posługuje się językiem angielskim, to wciąż znikomy procent. Warto pamiętać, że niemalże cały kontynent mówi po hiszpańsku i przez długi czas znajomość innego języka nie była tu po prostu potrzebna. Babcia sprzedająca owoce na rynku czy właściciel hostelu w małej miejscowości, nigdy w życiu nie musieli uczyć się obcego języka i już się pewnie nie nauczą. Hiszpański więc ułatwi nam nie tylko poruszanie się po kontynencie, ale i poznanie tutejszych ludzi i ich zwyczajów. Otworzy więcej drzwi.

W związku z powyższym poziom angielskiego w Chile jest niestety marny. Według zeszłorocznych statystyk płynnie posługuje się nim nie więcej niż 10% społeczeństwa. W urzędach raczej niczego nie załatwimy bez hiszpańskiego… choć można próbować. Chilijczycy na pewno będą się wysilać, żebyście się zrozumieli (to ich plus) i rzucać wszystkie słowa po angielsku jakie im świtają w głowie, ale na pewno szybciej pójdzie wam choć z podstawowym hiszpańskim. 

no_hablo_ingles

Inna sprawa, że w związku z tym, znajomość angielskiego jest w Chile bardzo doceniania przez pracodawców i ma się atut w chwili szukania pracy. Europejczycy są tu też dość chętnie zatrudniani jako nauczyciele angielskiego, nawet jeśli nie mają przygotowania pedagogicznego. Nie zawsze jest do dobry pomysł, ale tak to już tu jest. Często dla szefa instytutu ważniejszy jest europejski image niż rzeczywiste umiejętności nauczyciela…

Wracając do nauki hiszpańskiego, na pocieszenie mogę dodać, że ja przyjechałam do Chile z bardzo podstawowym hiszpańskim (właściwie władałam kilkoma kluczowymi zdaniami i czasownikami), ale w kilka miesięcy po prostu przez czytanie, słuchanie i próbowanie dogadania się doszłam do dobrego poziomu. Potem rozwinąć skrzydła pomogły mi moje muzyczne studia podyplomowe w Santiago, które były całkowicie po hiszpańsku. Choć ja jestem samoukiem, można również zapisać się na intensywny kurs hiszpańskiego na początku pobytu albo jeszcze w Polsce, przed wyjazdem. Wtedy na pewno start tu będzie łatwiejszy.

Chilijski hiszpański nie jest trudny, jest dość podstawowy, ale początkową przeszkodą może być tutejsza wymowa i szybkość mówienia- jest na początku szokująca! Trzeba się oswoić. Nie pomaga też fakt, że tutejszy hiszpański jest pełen chilenismos,  wyrazów i wyrażeń używanych tylko w Chile. Polecam dwie książki, które bardzo humorystycznie zbierają typowe dla Chile wyrażenia, wyrazy i idiomy: Speaking schileno (autor: Jared Romey) i How to surive in the chilean jungle (autorzy:John Brennan, Alvaro Toboada). (Pierwsza książka ma też inne edycje, dotyczące innych krajów, np. Argentyna i Puerto Rico). Z ręką na sercu piszę, że ponad połowa haseł ma podtekst seksualny, albo znaczy wprost właśnie to. Trzeba być naprawdę ostrożnym, żeby nie palnąć wyrazu w złym kontekście:) Nigdy nie zapomnę kiedy w pierwszym roku mojego pobytu zachwycałam się w gronie znajomych jak ja to uwielbiam soczyste mango, którego sok spływami mi po łokieć i  jak to je mogę jeść codziennie. Jak już Chilijczycy skończyli turlać się po podłodze ze śmiechu spytałam Ok, co powiedziałam? Otóż mango w Chile = penis… Haha!

Chilijczycy lubią też obrazowe, rozbudowane porównania.

Kilka soczystych idiomów jako przykład:

  • alpinista – kobieta, która łatwo porusza się między szczytami (pico- szczyt, ale też penis).
  • andar a lo gringo (chodzić jak gringo, cudzoziemiec) – chodzić bez majtek
  • falta la vitamina P – brak witaminy P, czyli pico… 🙂
  • mas blanco que poto de monja (bardziej biały niż tyłek zakonnicy) – biały jak ściana
  • mas nerviosa que monja con atraso (bardziej zdenerwowana niż zakonnica ze spóźniającym się okresem) – ekstremalnie zdenerwowana

Idąc na skróty polecam zajrzeć w mojego posta z mini poradnikiem chilijskiego (klik), na pewno trochę pomoże:) A tutaj znajdziecie inne moje posty z cyklu FAQ: najcześćiej zadawane pytania (klik).