Category

Wywiad Tresvodki

Luciano Kulczewski – „Gaudi Santiago” o polskich korzeniach [WYWIAD]

By | Chile, Polska i język polski w Chile, Tresvodka&media, Wywiad Tresvodki | 8 komentarzy

Kreatywny i odważny – tak mówi się o Luciano Kulczewskim, chilijskim architekcie o polskich korzeniach. Jego oryginalne, eklektyczne budynki z początku XX wieku zdobią chilijską stolicę niczym dzieła Gaudiego Barcelonę. W jednym z najbardziej znanych budynków zaprojektowanych przez Kulczewskiego, mieści się dziś siedziba Colegio de Arquitectos de Chile. Właśnie tam o twórczości Luciano, jego polskich korzeniach i niespełnionym marzeniu podróży do Polski rozmawiałam z chilijskimi i polskimi architektami: Marią Magdaleną Barros Castelblanco, Katarzyną Sierszeńską i Krzysztofem Dąbrowskim. Fot. Mariusz Michalak.

Od lewej: Krzysztof, Katarzyna, Magdalena, Monika

Monika: Badając nieco historię Kulczewskiego znalazłam ciekawą wypowiedź Luciano, która moim zdaniem dobrze pokazuje jego charakter. W jednym z wywiadów, zapytany o to, co znaczy dla niego architektura, powiedział: „Była i jest dopełnieniem mojego szczęścia w życiu. Bo z całą skromnością mogę powiedzieć, że całe życie byłem szczęśliwy”. A kiedy, w tym samym wywiadzie, zapytano go o to, który ze swoich projektów lubi najbardziej, odparł: „Ten na wzgórzu San Cristóbal i Quinta Meiggs. Jest jedna rzecz, która jest ważna dla architekta, a mianowicie to, by jego budowle pomagały ludziom dobrze i szczęśliwie żyć. To największy sukces”. Odniosłam więc wrażenie, że Luciano był niezwykle pogodną osobą, która lubiła życie i poświęcił się architekturze, bo chciał sprawić by i innym przyjemnie się żyło.

Kasia: To ciekawe, to co mówisz o szczęściu. Bycie architektem to misja. Dużo pracujesz, jesteś zmęczony, ale nie idziesz spać dopóty dopóki nie skończysz. Każdy projekt jest niczym twoje dziecko, rodzi się w bólach, ale ostatecznie daje Ci ogrom satysfakcji. Wyobrażam sobie, że podobnie było z dziełami Kulczewskiego. To co budował było bardzo innowacyjne w ówczesnej epoce i w ogóle w architekturze, dlatego też nazywają go Gaudim Chile. Ale myślę, że Luciano był też szczęściarzem, jeśli chodzi o swoich klientów, bo nie każdy może w danym momencie być innowacyjny i realizować takie rzeczy, jak wypinające języki twarze spoglądające ze ściany, o których już wspomnieliśmy. Za tym wszystkim stoi ktoś, kto za to płaci. To temat czysto ekonomiczny. Dzisiaj na przykład niezwykle tnie się koszty. On jednak żył w czasach kiedy architektura uzawana była również za sztukę, miał szczęście posiadać dobrych klientów, co pozwoliło mu rozwinąć swój wyjątkowy styl. Gdyby nie oni byłoby to bardzo trudne.

Magdalena: Patrząc na jego dzieła, myślę, że Luciano był idealistą, że szedł aż do końca, aż zrealizował to co chciał. Miałam okazję słyszeć niektóre prezentacje profesora Fernando Riquelme, autora jedynej do tej pory monografii Kulczewskiego. Riquelme opowiadał, że kiedy Luciano odwiedzał plac budowy i znajował coś, co mu się nie podobało, albo nie było w zgodzie z jego planem od razu to zmieniał. Wprowadzał też modyfikacje, nie przejmując się za bardzo kosztami. Jednak to co zwraca moją uwagę to jego mniej słynne budowle, te zwyklejsze jak Población Madrid, albo konstrukcje małej skali o ciągłej fasadzie. We wszystkich tych przypadkach i tak dołożył charakterystyczne dla siebie detale, na przykład ludyczne. Moim zdaniem w przypadku Kulczewskiego mówimy również o elemencie tożsamości, o tym by każda osoba odnalazła się w miejscu, w którym mieszka. Nawet w przypadku osiedli, które mają określoną harmonię, nieco bardziej ograniczoną, ty, jako architekt, i tak możesz dodać jakieś elementy, które sprawią, że mieszkańcy poczują się w nich wyjątkowo. To jedna z zalet Kulczewskiego, o której mówi się wśród architektów.

Jest jeszcze jeden ważny cytat, który podkreśliłam czytając wypowiedzi Kulczewskiego  „Architektura jest dużo bardziej niż nauką, fundamentalną rzeczą ludzkiego życia: daje dach nad głową, spaja rodzinę, tworzy miejsce, gdzie rozwija się ludzkie życie: radości, smutki, żale, daje temu wszystkiemu schronienie w jednym miejscu. Poza tym, jest sztuką. W ten sposób łączy te dwa wzniosłe czynniki.”

Magdalena: Tak, ja również lubię ten cytat, bo pokazuje jak szerokie spojrzenie na architekturę posiadał.

Krzysztof: Luciano nie tylko miał szczęście i talent, bo był geniuszem swoich czasów, ale wiedział również jak rozwinąć i wyrazić ową wizję szczęścia w swoich dziełach. Nie tylko w projektach własnego domu i pracowni, ale i w innych zawarł tę radość życia i udało mu się w ten sposób zostać ważną częścią życia wielu rodzin. Bezsprzecznie zawarł ją tutaj, gdzie teraz jesteśmy, w budynku Colegio de Arquitectos, który wcześniej był przecież dwoma rodzinnymi domami. 

Magdalena: Dla mnie w przypadku Kulczewskiego najważniejszy jest czynnik społeczny jego dzieł i wrażliwość społeczna, jaką emanował. Przypomina mi się jego wypowiedź na międzynarodowym kongresie w Buenos Aires w 1938 roku, gdzie dyskutowano o problemach ówczesnej epoki związanych z rynkiem mieszkaniowym. Luciano powiedział tam coś wciąż bardzo aktualnego, że zamiast myśleć o korzyści ekonomicznej należy myśleć o korzyściach dla ludzi. Jestem estetką i uwielbiam piękne rzeczy, co zresztą zbliżyło mnie do Kulczewskiego, dlatego dla mnie właśnie to jest głównym powodem jego wielkości.

Krzysztof: To niesamowite, że prawie 80 lat później, my, dzisiejsi architekci, kroczymy ścieżką, którą Luciano wytyczył w tamtym wystąpieniu i wypełniamy punk po punkcie to co powiedział w Buenos Aires.

Wygląda na to, że poza walorami estetycznymi zmienił też architekturę Chile pod względem innowacji technologicznych. Czy to prawda, że dzięki Luciano pojawiły się w Chile windy i centralne ogrzewanie?

Krzysztof: Z tego co pamiętam, pierwszą windą w Chile była winda linowa w Valparaiso, ale myślę, że masz rację, jeśli chodzi o windy działające pionowo, takie jak w budynku przy ulicy Merced 84.  Na pewno był jednym z pierwszych architektów, który rozpropagował ideę wind w Santiago. Poza tym, Luciano regularnie czytał wiele amerykańskich magazynów o architekturze, skąd czerpał inspirację. Na pewno był jednym z najbardziej innowacyjnych architektów w Chile tamtych czasów.

Jaki jest wasz ulubiony projekt czy budynek Kulczewskiego i dlaczego?

Kasia: Moim zdaniem Kulczewski był bardzo związany z naturą, która niezwykle go inspirowała. Na pewno interesował się biologią, fauną i florą. To pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy myśląc o jego stylu. W naturze jest wszystko. Tak jak tutaj, w sali Colegio de Arquitectos gdzie właśnie jesteśmy, ściana przed nami mogłaby być prosta i gładka, ale nie jest, ma ogromny łuk i widnieją na niej elementy zaczerpnięte ze świata roślin. Myślę, że to właśnie ten budynek jest moim faworytem.

Krzysztof: Mi najbardziej podoba się jego dom rodzinny w dzielnicy Lastarria. To absolutnie genialny budynek, świetnie zaprojektowany, do tego położony w tak trudnym do konstrukcji miejscu, że tylko najlepsi architekci mogli osiągnąć takie maksimum ekspresji, estetyki i emocji. Wkład Luciano we współczesną architekturę był ogromny, tworzył dzieła zupełnie niezwykłe w skali Ameryki Południowej w tamtym czasie. Był pierwszym nowoczesnym architektem Chile.

Magdalena: Ja też bardzo lubię jego dom – pracownię. To bardzo eklektyczny budynek, ma zarówno elementy kolonialne jak i średniowieczne, pomieszane nieco ze stylem kolonialnym. Ale moją uwagę zawsze zwracał budynek nazywany „Gargulcem”. Moim zdaniem ma w sobie wyjątkowe piękno dzięki detalom zawartym w fasadzie, szczególnie tej od strony ulicy Merced. Ten projekt ma w sobie wspaniałe bogactwo kompozycji.

Dom i warsztat Luciano Kulczewskiego. (źródło: santiagocapital.cl)

Ten budynek Kulczewskiego, „Gargulec”, przy ulicy Merced 84 został niedawno zamieniony w hotel. Architektoniczne zmiany, jakich dokonali w projekcie nowi właściciele wywołały polemikę. Nie wszystkim spodobało się to, że budynek nie ma już niektórych atrakcyjnych detali, zmieniono m.in. elementy okien i drzwi. Poza tym, kilka innych budynków Kulczewskiego w Santiago zrównano z ziemią. Chcę więc zapytać, jak dzisiaj chroni się jego dziedzictwo?

Magdalena: Mamy dzisiaj dwie linie ochrony. Jedna na poziomie municypalnym, która obejmuje nieruchomości mieszczące się w strefie ochrony konserwatorskiej i historycznej zabudowy. Z jednej strony więc jest pod ochroną Consejo de Monumentos Nacionales (chilijski odpowiednik Rady Ochrony Zabytków – przyp. aut.) jako zabytek mieszczący się w ich kategoriach. Niektóre budynki Kulczewskiego znajdują się też w tzw. „zonas tipicas“, strefach typowej zabudowy, tak jak na przykład budynek Piscina Escolar. W przypadku Merced 84 myślę, że nastąpiła za duża wolność przez brak odpowiedniej osłony prawnej. Ale tutaj mówimy też o pewnym braku wrażliwości. Budynek nie koniecznie musi być oficjalnie uznany za zabytkowy i mieć szereg ograniczeń, żeby w nowym projekcie uszanować jego walory historyczne. Szacunek dla nich to część pracy architektów.

Styl Kulczewskiego jest niezwykle eklektyczny, ma elementy Neogotyku, Art Déco, Art Nouveau, elementy klasyczne. Jeśli mielibyście opisać go jednym słowem czy zdaniem, jakie by ono było?

Magdalena: Kreacja.

Kasia: Architektura organiczna.

Krzysztof: Ludzki, bo był wielkim człowiekiem.


Monika: Luciano był synem inżyniera o polskich korzeniach, urodzonego w Afryce, która była w tym czasie terytorium francuskim. Nieco to zagmatwane. 

Krzysztof: Kiedy byłem w Polsce szukałem miejsca, gdzie urodził się dziadek Luciano, Antonio (w oficjalnych dokumentach figuruje francuska forma imienia, Antoine). Znalazłem też kilka dokumentów w internecie, ale nie mogłem ostatecznie potwierdzić czy syn Antonio, a więc ojciec Luciano, urodził się w Algierii i czy miał okazję wrócić do Polski. Nie wiedzą też tego dzieci Luciano. To co wiemy to fakt, że ojciec Luciano przybył do Chile w 1870 roku, gdzie zaproszony został jako francuski inżynier przez organizację związaną z przemysłem górniczym. Luciano urodził się w 1896 roku. Nadal nie wiemy czy ojciec Luciano mówił po polsku, ale możemy stworzyć hipotezę, że znał kilka polskich wyrażeń, bo we Francji spotykał się z polskimi emigrantami. Nie wiemy dokładnie jak jego losy potoczyły się w Chile. Prawdę mówiąc, dzieci Luciano też nie pamietają za wiele z tak dalekiej historii. Potwierdzają jednak, że Luciano chciał pojechać do Polski i odwiedzić kraj swoich przodków. Niestety, przez zawirowania związane z wojną i trudną sytuacją Europy w tamtym czasie, nie udało mu się zrealizować tego planu. O związku Luciano z Polską znaczy też fakt, że  część jego prochów jego dzieci pochowały na cmentarzu w Paryżu obok grobu Szopena. Taka była wola Luciano. Chciał być połączonym z krajem przodków.

Magdalena: Zadawałam sobie to samo pytanie o korzenie Kulczewskiego, przeglądając niektóre dokumenty i akta. Na przykład w dokumencie potwierdzającym zapisanie się Luciano do Instituto Nacional w Chile, jako pełnomocnicy figurują jego rodzice, a jego tata wpisaną ma francuską narodowość. W innym dokumencie natomiast widnieje, że ojciec Luciano urodził się w Algierii, bo był wtedy w szeregach Francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Czy ojciec Luciano znał Polaków i miał związek z Polską nie wiem, ale mogę zapewnić, że jego dziadek Antoine tak, bo znalazałam na to ciekawy dowód. Rodzina Luciano, a dokładnie jego syn, Jaime Kulczewski, przekazał swego czasu darowiznę rzeczy, dokumentów i książek, które należały do architekta. W owych zbiorach znalazł się również dokument dotyczący nabycia przez ich dziadka obywatelstwa chilijskiego, w którym zresztą jego nazwisko napisane jest przez „y” – Kulczewsky. W rubryce, która mówi o narodowości ojca Luciano widnieje „Polak”. I jest to legalny, oficjalny dokument! Według mnie jest to niezbity dowód na to, że ojciec Luciano niezaprzeczalnie miał związek z Polską, bo nie można przecież wpisać sobie kraju ot tak, bez powodu. Chciałam zbadać temat nieco bardziej i któregoś dnia zapytałam córkę Luciano, Mireyę, o to, czy jej ojciec mówił kiedyś o Polsce. Odparła od razu z entuzjazmem: „Tak! Oczywiście! On bardzo chciał pojechać do Polski, ale przez wojnę w Europie niestety nie mógł”.

Magdaleno, wiem, że przeglądałaś inne ciekawe dokumenty związane z rodziną Luciano, a mianowicie maile, które napisał najbliższy wnuk Kulczewskiego, Jaime Larraín Kulczewski. Wspomina w nich o swoim dziadku. Jest też mowa o Polsce?

Magdalena: To maile, które Jaime napisał między 2011 a 2013 rokiem do Juana Carlosa Silvy, będącego w tym czasie dyrektorem organizacji kulturalnej „Lastarria Mistral”, autora projektu „Kulczewski 360” i wielu innych z nim związanych. W owych mailach jest fragment, w którym Jaime pisze: „i oczywiście, jak każdy szanujący się potomek Polaka, dziadek uwielbiał Szopena”. Tak więc istnieje tutaj owa mikstura korzeni i krajów, związana z ówczesną sytuacją Europy.

Kasia: No właśnie, musimy pamiętać, że w czasie kiedy urodził się Luciano, w 1896 roku, Polska nie istniała na mapie świata. Niemożliwym było więc wpisanie w legalnym dokumencie Polski jako miejsca urodzenia czy posiadanej narodowości. Myślę, że cała ta zagadka co do narodowści Luciano Kulczewskiego może być po prostu skutkiem zamieszania geopolitycznego w ówczesnej Europie.

Magdo, wróćmy jeszcze na chwilę do maili pisanych przez wnuka Luciano. Czy jest w nich coś jeszcze a propos życia rodzinnego Luciano? Może Jaime wspominał jakim był dziadkiem czy ojcem?

Magdalena: Pamiętam kilka ciekawych fragmentów i refleksji, dotyczących życia rodzinnego. Jaimego wspomina tam na przykład spacery z dziadkiem i wspólne podróże na wieś. Wspomina też momenty, kiedy odwiedzał go w jego mieszkaniu. Jaime pisze, że Luciano miał małą, zabawkową kolejkę, którą lubił wyciągać i rozkładać na podłodze. Bawili się nią wielokrotnie. Z punktu widzenia architekta, skłonność do żartu i zabawy Luciano jest bardzo znacząca, bo widać ją również w jego architekturze. Na przykład na stacji kolejki linowej, którą zbudował u podnóża wzgórza San Cristóbal pojawiają się twarze, które pokazują język, mówiąc niejako „Och, jakie to wszystko ciężkie”. Luciano lubił więc gry i zabawy. W mailach Jaime wspomina także, że jego dziadek był łasuchem, uwielbiał chilijskie słodycze. Są też inne ciekawe wspomnienia, związane z tym, jak Luciano postrzegał Santiago i jak chciał przekazać wnukowi sposób obserwowania miasta, pewną wrażliwość. Mówił, że ludzie patrzą tylko na horyzont, przed siebie, a należy patrzeć do góry, odkrywać gzymsy i dachy, mieć oczy szeroko otwarte. 

Krzysztof: Poznałem Jaime Kulczewskiego w Madrycie. Pojechałem tam specjalnie dla niego i było to poruszające spotkanie, zarówno dla mnie, jak i dla niego, bo przybyłem z Chile. Jaime był mężczyzną odnoszącym sukcesy w świecie filmu i dokumentu telewizyjnego. Zmarł niedawno, trzy lata temu. Zaprosił mnie do swojego domu i pośród wielu tematów rozmawialiśmy też o charakterze Luciano. Jaime powiedział mi, że jego dziadek był zafascynowany historią, bardzo dużo czytał. Bez wątpienia więc znał również historię Polski i na pewno Powstania Listopadowego z 1830 roku, kiedy to dziadek Luciano nie tylko stracił swój majątek, ale musiał też opuścić Polskę, wyjechać do Francji, a potem do Afryki, bo właśnie tam często trafiali Polacy w tamtych czasach. Bez pomocy i oszczędności, jakie mieli wielcy polscy twórcy jak choćby poeci Adam Mickiewicz czy Juliusz Słowacki, Polacy zwykle lądowali w Marsylii albo w szeregach Legii Cudzoziemskiej. Jestem więc pewny, że Luciano znał tę część historii świata i tę część życiorysu swojego dziadka. Dlatego też nie przestawał, krok po kroku, odkrywać swoich polskich korzeni.

Magdalena: Dla mnie decydujące w tym wszystkim jest to, że kiedy chciał wyjechać w „podróż do swoich korzeni” chciał pojechać do Polski.

Czy Jaime, wnuk Luciano, odwiedził kiedyś Polskę? Albo ktokolwiek z chilijskiej rodziny Kulczewskiego?

Magdalena: Tak, Jaime był tam dwa razy. Córka Luciano, Mireya, też. Pojechała do Polski ze swoją córką. Jestem zatem pewna, że jego rodzinę interesowała i interesuje owa polska część historii rodziny Luciano.

plano-original-lkFoto dzięki uprzejmości La Arquitectura de L. K. (Fernando Riquelme)

Fasada Colegio de Arquitevtos de Chile  (foto dzięki uprzejmości  Archivo Arquitectura Chilena FAU UCH)

Zapytałam was wcześniej o jedno słowo określające wyjątkowy styl Kulczewskiego. Mi na myśl przychodzi kreatywność. Kreatwywność, której w mojej opinii brakuje dzisiejszemu Santiago. Nie ma dla niej miejsca w stolicy?

Kasia: Myślę, że jest, bo każdy projekt jest wyzwaniem. Tak jak w przypadku domu Kulczewskiego i tak trudnego terenu, na którym go zbudowano, również dzisiaj praca architektów opiera się na serii wyliczeń matematycznych, którym musimy stawić czoła każdego dnia. Kreatwyność więc zwycięża, bo musisz zastosować pewne sztuczki, żeby całość wyglądała ładnie, żeby była funkcjonalna i żeby spełniała wszelkie normy.

Magdalena: W Santiago istnieje indywidualizm, mój projekt staje na tym terenie i tych metrach kwadratowych i nie obchodzi mnie już co powstaje za miedzą. Nie ma tego szerszego, jednoczącego spojrzenia, które opiera się na rozpoznaniu okolicy, gdzie stanie mój projekt i zrobienia czegoś, wzbogacającego to miejsce. Tak jak robił to Kulczewski.

“Mieszkamy w najbrzydszym mieście świata i jedynymi winnimi są architekci” – powiedział kiedyś sam Kulczewski. Zmieniłby opinię widząc dzisiejsze Santiago?

Magdalena: Generalnie Chilijczycy są dość klasyczni, nie lubią zwracać na siebie uwagi, nie lubią jaskrawych kolorów, nawet jeśli chodzi o ubranie. Myślę, że to temat na poziomie narodowym. (śmiech)

Kasia: Myślę, że nie ma jednej architektury, jest ich kilka i zmieniają się w zależności od dzielnicy. Jest wiele miejsc w dzielnicy Vitacura, Las Condes czy Providencia, gdzie człowiek czuje miejskość, która traci się w innych miejscach stolicy. To jak postrzegamy architekturę Santiago różni się więc w zależności o jakiej dzielnicy mówimy. Na przykład rytm życia w centrum jest szybki, w biegu, więc nie idziesz tam raczej na spacer. Rytm życia w dzielnicy Vitacura jest już inny, bardziej miejski, choć nieco jak na peryferiach. Różnica między tutejszym stylem dzielnic jest też tematem związanym z ekonomią. Tak jak w Chinach, gdzie jest mnóśtwo małych budynków z mieszkaniami o niezwykle ograniczonym metrażu, dzieje się tak po prostu przez koszty. Pracuję obecnie z jedną z dużych firm nieruchomości i właściwie każdego dnia walczę o wybranie ładniejszej albo bardziej funkcjonalnej rzeczy, ale zawsze spotykam się z argumentem związanym z kosztami i ceną metra kwadratowego. To nas niestety definiuje i jest to ważny czynnik. Nie wiem czy kreatywność w tym wszystkim jednak przegrywa, bo my, architekci, zawsze jednak walczymy o ostateczny efekt ładnej fasady i ładnego projektu.

Magdalena: Z cytatu, który przytoczyłaś, Moniko, rozumiem, że przez ostatnie lata życia Luciano był rozczarowany tym, co działo się z architekturą Santiago. Dla niego niezwykle ważne było docenienie i wykorzystanie geograficznego położenia Santiago, a wszystko to co zaczęło się budować w tamtym czasie odrzucało ten czynnik. Dzisiaj temat kosztów jest realną wytyczną nie tylko w achitekturze, ale również w sprawach socjalnych czy kulturalnych i nie tylko w Chile, ale w wielu innych miejscach świata. Niemniej jednak w Chile ważność aspektu finansowego góruje nad pozostałymi i brak tutaj balansu. Chciałabym, żeby się pojawił.

Budynek „Gargulec” przy ulicy Merced 84 (źródło: max-a.cl)

W którą stronę skręca obecnie chilijska architektura?

Kasia: Rynek przesycił się małymi mieszkankami, które mają tylko salon i jedną sypialnię. W takim zresztą mieszkam ja. Rośnie zapotrzebowanie na większe metraże. Właśnie teraz projektuję budynek w dzielnicy Ñuñoa, gdzie mieszkania mają, wyciągając średnią, około 100 metrów kwadratowych, tak więc można zmieścić tam coś więcej niż łóżko. Widzę tę zmianę jako dobrą tendencję. Poza tym prestiżową architektoniczną nagrodę Pritzker zdobył Chilijczyk, więc komentuje się obecnie chilijską architekturę. Szczególnie domy na wybrzeżach kraju zbierają bardzo dobre recenzje, są rozpoznawalne i doceniane w świecie architektury. Tak więc Santiago może i jest szare, ale generalnie chilijska architektura skręca w dobrą stronę.

Magdalena: Wygląda na to, że jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, jak powinniśmy żyć i mieszkać. Ostatecznie nie są to tylko miejsca czysto użytkowe i do spania, ale człowiek musi w nich żyć i muszą spełniać pewne warunki.

Co powiedziałby Kulczewski o dzisiejszym Santiago? Znalazłby tutaj dla siebie miejsce?

Magdalena: Z jednej strony myślę, że byłby bardzo zadowolony jak bardzo docenia się znaczenie tego, co stworzył na wzgórzu San Cristóbal. Miał do tego projektu szczególny sentyment, jako że był i jest miejscem rodzinnym. To ponowne zwrócenie się ku naturze i temu, co istniało wcześniej w Santiago mogłoby być dla niego ciekawe i pozytywne. Po stronie negatywnej stoi jednak to indywidualne spojrzenie architektów, o którym wspominaliśmy i niewielka solidarność w tym, by zachować pewną harmonię. Myślę, że Kulczewski bardzo by żałował, że zniszczono kilka cennych budowli. W jednym z maili jego wnuka, Jaime mówi, że Luciano nie mógł zrozumieć jak dopuszczono do zniszczenia budynku Isntituto Nacional, gdzie studiował. Poza tym, że był kolonialny, miał też duże znaczenie w mieście. Jaime pisał, że bardzo to Luciano zmartwiło.

Krzysztof: Myślę, że Luciano pojawiłby się na moment, a potem jak najszybciej wrócił do siebie!

Gdzie? Do Francji czy Polski? (śmiech)

Krzysztof: Mogłaby to by być Polska, oczywiście! (śmiech) Nie chciałbym na koniec naszej rozmowy wprowadzić smutnego tonu, ale w ostatnich latach swojego życia Luciano był chory. Miał pewien typ raka i niestety myślę, że jego choroba spowodowana była tym, że widział upadające Santiago. Santiago z chaosem, ze smogiem, który w tym czasie był prawdopodobnie dwa razy większy niż teraz, z hałasem, z autami, które stały się królami miasta. Tworzymy i podążamy ścieżką destrukcji wartości ludzkiej, którą powinno mieć miasto. Martwimy się jak pomieścić miliony aut, a nie miliony ludzi. Tak na prawdę nie obchodzi nas dziedzictwo, które było dla niego takie ważne. Był mistrzem w grze przeróżnych styli, i mistrzem w każdym z tych styli. A to co możemy teraz obserwować w Santiago to kierunek zatracenia bogactwa stylistycznego. Wciąż znikają budynki dziedzictwa kulturowego.

Magdalena: Zamyśliłam się nad tym co powiedziałaś, o ponownym narodzeniu się Luciano tu i teraz. Biorąc pod uwagę jak bardzo rozwijał się w swoich dziełach i co nimi reprezentował, ponadto to co mówił i co pisał, myślę, że poszukałby nowej formy i byłby bardzo żądny przywrócenia miastu charakteru.

Kasia: Myślę, że potraktowałby to jako wyzwanie. Istnieją obecnie ciekawe inicjatywy, od Dnia Dziedzictwa Narodowego po aplikacje na telefony typu “Bauhaus w Santiago”, bardzo specjalistyczne jak na aplikacje w komórce. Jest więcej rowerzystów, więcej ścieżek rowerowych, ludzie coraz więcej czasu spędzają w parkach, wychodzą na świeże powietrze. Myślę, że uszczęśliwiłoby to Kulczewskiego, skoro jego ulubionym projektem był ten na wzgórzu San Cristóbal. Jeśli był tak optymistyczny, nie zamartwiłaby się, ale znalazłby swoją niszę i potraktowałby ją jako nowe wyzwanie.


***

Luciano Kulczewski García – chilijski architekt o polskich korzeniach, urodzony w 1896 roku w Temuco w Chile. Syn fransukiego inżyniera i wnuk polskiego inżyniera budowonictwa, członka Francuskiej Legii Cudzoziemskiej, biorącej udział w kampanii w Algerii w 1831 r. Uczył się w chilijskim Instituto Nacional, by potem studiować na Wydziale Architektury Universidad de Chile. Jego budynki charakteryzują się eklektycznym stylem, w którym odnazleźć można elementy Neogotyku, Baroku, Art Nouveau i Art Déco, jak również ślady Modernizmu. Znany jest z oryginalnych projektów i charakterystycznych wykończeń i detali. Do dziś jego dzieła są niezwykle cenione, większość jego budynków uznaje się za dziedzictwo kulturowe Chile. Kulczewski zmarł w Santiago w 1972 r. Zgodnie z jego wolą część jego prochów złożonych została na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu, a część na wzgórzu San Cristóbal w Santiago.

 

  O Luciano rozmawiali:

KATARZYNA SIERSZEŃSKA– polska architekt, mieszka w Santiago. Ukonczyła Wydział Architektury w Polsce i Niemczech, w Chile dodatkowo ukończyła studia dyplomowe z budownictwa ekologicznego na Universidad de Chile. Pracowała w wielu krajach na całym świecie, między innymi w Chinach i Niemczech, co dało jej szerokie spojrzenie na tendencje w architekturze śródziemnomorskiej, centroeuropejskiej, azjatyckiej i amerykańskiej. Prywatnie jest osobą otwartą i ciekawą świata, delektującą się od czasu do czasu dobrym winem i książką.

MARÍA MAGDALENA BARROS CASTELBLANCO – chilijska architekt Universidad de Chile, członkini Komitetu Dziedzictwa zrzeszonego przy Colegio de Arquitectos de Chile. Jej zainteresowanie dziełami Kulczewskiego zaczęło się od fascynacji budynkiem zwanym „Gargulec“. Obecnie stoi na czele projektu Fondart, grupy specjalistów pracujących nad tym, by budynek Piscina Escolar zaprojektowany przez Kulczewskiego uznany był za pomnik narodowy. W projekcie uczestniczy też Krzysztof Dąbrowski.

KRZYSZTOF DĄBROWSKI – polski architekt, mieszka w Santiago i uczy architektury na Universidad UCINF. Rozpoczął studia architektowniczne na Politechnice Warszawskiej i skończył je na Univerity of Illinois. Przez prawie ćwierć wieku z powodzeniem prowadził studio architektoniczne w Chicago w USA. W 2008 r. w Santiago założył Instituto Varsovienne, gdzie w wolnych chwilach pracuje nad uznaniem dla dziedzictwa Luciano Kulczewskiego i stworzeniem Muzeum Ignacego Domeyki. Obecnie pracuje też z Magdaleną Barros nad uznaniem za pomnik narodowy budynku Piscina Escolar Kulczewskiego.

 

Wywiad w nieco krótszej wersji ukazał się w Biuletynie Ambasady RP w Chile (XI 2016).

 

[WYWIAD] Import i eksport rośnie – A. Piątkowska, ambasador RP w Chile, cz. 2

By | Chile, Chile - warto wiedzieć, Wywiad Tresvodki | 7 komentarzy

Druga część wywiadu z Aleksandrą Piątkowską, ambasador PR w Chile, która kończy właśnie swoją pięcioletnią kadencję. W poprzedniej rozmawiałyśmy o jej osobistych wrażeniach i doświadczeniach, o Chile, Chilijczykach i promowaniu polskiej kultury na końcu świata. Teraz podsumowałyśmy ekonomiczno-gospodarczą współpracę obydwu krajów, wymianę handlową i największe inwestycje. Co polskiego można kupić w Chile, a co chilijskiego w Polsce? Zapytałam też o kolejne obszary do inwestycji, problemy KGHM i o największy sukces kadencji Pani Aleksandry. 

MT: Rozmawiałyśmy już sporo o promowaniu polskiej kultury, ale za Pani kadencji polsko-chilijska współpraca ma się dobrze na wielu płaszczyznach. Zróbmy małe podsumowanie. Co Polska eksportuje do Chile? Wiem, ze niektóre produkty mogą zaskoczyć.

AP: Jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne na szczęście wszystkie mierniki wskazują, że import i eksport rośnie. W Chile jesteśmy znani z kosmetyków. Za mojego pobytu otworzyły się standy firmy Inglot. Mamy tutaj Ziaję i kilka innych firm kosmetycznych, które sprzedają swoje produkty w niektórych galeriach. Jeśli mówi się, zwłaszcza Paniom, o Inglocie to absoutnie wiedzą o co chodzi i dobrze się im kojarzy. Drugim sztandarowym produktem jest polska wódka, a także polskie piwo, które udało się kilka lat temu wprowadzić na chilijski rynek.

Mój mąż bardzo Pani za to dziękuje. (śmiech)

(śmiech) To nie do końca moja zasługa, ale cieszymy się, że polskie piwo Chilijczykom smakuje. Narazie są tutaj trzy marki, ale mamy nadzieje, że niebawem rynek otworzy się również dla małych polskich browarów. W międzyczasie powoli otwiera sie dla polskiej zdrowej żywności. W dużych supermarketach typu Jumbo czy Unimarc są malutkie standy – malutkie, bo Chilijczycy jeszcze nie odżywiają się za zdrowo – a w nich produkty polskiej marki Kupiec. Mamy w Chile słodycze Solidarności, a od kilku miesięcy na południu kraju w Punta Arenas jest też Wedel. Szczerze mówiąc, liczyłabym na więcej produktów spożywczych. Wiem jednak, że kilka firm jest w trakcie przechodzenia procesów fitosanitarnych, które w Chile są dosyć skomplikowane z racji ostrych norm, jeśli chodzi o import żywności. Ja zawsze miałam cichą nadzieję na kabanosy, ale niestety nie udało mi się (śmiech).

Jesteśmy też obecni na chilijskim rynku górniczym.

Tak, Polska sprowadza wiele materiałów górniczych, czy też okołogórniczych. Nie tyle cały sprzęt, co części do sprzętu do wydobywania miedzi. Conbelts Bytom jest tutaj silną marką. Za moment wejdzie Famur. Trwają prace nad tym, aby w Chile pojawiły się ciągniki Ursusa. Tak więc drugim obszarem współpracy jest sprzęt maszynowy, rolno-górniczy, jeśli mogę go tak roboczo nazwać. Trzeci obszar to IT. Mamy tu firmę Comarch, Modecom i Fibaro, a więc firmy, które oferują produkty z zakresu IT, komputerów, myszek komputerowych, ale również gier i różnego rodzaju sprzętów.

Video z tegorocznych obchodów Dnia Konstytucji (źródło: Embajadores TV)

Gdzie jeszcze widzi Pani możliwości współpracy?

Jest jeszcze wiele obszarów, gdzie moglibyśmy zaistnieć. Promowaliśmy na przykład sprzęt medyczny na targach Expo Hospital w zeszłym roku. Muszę przyznać, że nie zawsze wiemy o każdej rozpoczętej potem współpracy, bo my jako ambasada pomagamy firmom w promocji i nawiązaniu kontaktu, ale potem nie wtrącamy się w negocjacje, bo są to już pewne tajemnice biznesowe. Uważam też, że nasze zielone technologie ochrony środowiska to coś, co w Chile jest konieczne, potrzebne i znajdzie swój rynek zbytu. Organizowaliśmy misje gospodarcze naszych firm na przykład odsalających czy filtrujących wodę. Firmy na świecie filtrują ją osiem razy, polskie piętnaście. Polska ma również rewelacyjne technologie związane z odpadami pogórniczymi. Uważam, że nasze zielone technologie powinnny być obszarem mocnej ekspansji Polski do Chile.

Jakaś współpraca Panią zaskoczyła?

Mam tutaj uroczą adegdotę. Szalenie zakoczyła mnie bowiem informacja, że kilka lat temu Chile kupiło od Polski armatki śnieżne. Byłam w szoku. Chile ma znane ośrodki narciarskie, wszystkie zresztą położone są powyżej 3 tyś. metrów n.p.m. Ta informacja jednak tak bardzo mnie zaskoczyła, że musiałam to sprawdzić. Wsiadłam więc w samochód i pojechaliśmy ekipą ambasady do jednej doliny narciarskiej, jakąś godzinę od Santiago. Na początku nie chciano nas wpuścić, bo padał akurat śnieg, ale kiedy powiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i że tam jest nasza polska armatka śnieżna, pan strażnik spojrzał na mnie i powiedział: „Proszę Pani, ta armatka śnieży jak diabeł!” (śmiech). Ostatecznie mogliśmy wjechać i ją obejrzeć. Okazało się, że polski producent – zupełnie bez pomocy ambsady, bo ta czasem nie jest w ogóle konieczna – sprzedał te armatki do Chile, a potem do Argentyny i kilku innych miejsc.

Przemiłym zaskoczeniem było też to, że eksportujemy do Chile nasze kamizelki kuloodporne. Część chilijskich „carabineros” (połączenie wojska i policji) chodzi więc właśnie w naszych kamizelkach. Tym się zawsze chwalimy.

Wizyta GROM-u w Chile (źródło: Ambasada RP w Chile)

Uporządkujmy więc teraz to, co Polska kupuje od Chile.

Rekordy biją ryby. Szczególnie ryby białe jak znana „merluza austral”, które Polska wykupuje na pniu, jak tylko Chilijczycy wyłowią je z jeziora czy morza. Kupuje też orzechy i migdały. Oczywiście w Polsce popularne jest też chilijskie wino. Polska kupuje również miedź, choć teraz w mniejszej ilości, bo dzięki inwestycji KGHM kraj jest bardziej zabezpieczony surowcowo.

Nie mogę nie zapytać o Pani stanowisko w sprawie KGHM. Kopalnia Sierra Gorda, wielka inwestycja na północy Chile, stawia czoła sporym problemom. Coraz częściej mówi się, że nie jest do końca udana, firma ponosi ogromne straty.

Nie powiedziałabym chyba, że jest nieudana. Myślę, że decyzja która została podjęta kilka lat temu była dobra, bo to tu są złoża miedzi, to tu według wyliczeń naukowców będą przez kolejne 50-60 lat. Jeśli chcemy być graczem globalnym to nie może nas tu nie być. Inwestycja istotnie jest trudna, z wielu przyczyn. Trzeba pamiętać, że przeprowadzana jest w dramatycznie ciężkich warunkach, na pustyni, gdzie w ciagu dnia jest pięćdziesiąt stopni, a w ciągu nocy około zera. Mocne nasłonecznienie, ludzie pracujacy w trudzie i znoju, pylenie, bezpośrednia bliskość miast i miasteczek, co zakłada niezadowolenie mieszkańców. Nie tylko z obecności Sierra Gorda, ale wszystkich kopalni w okolicy, a jest ich około dziesięciu. Inwestycja jest więc w trudnym miejscu geograficznie, klimatycznie i środowiskowo. Musi spełniać też pewne warunki, które stawia jej chilijski rząd. Trzeba zaznaczyć, że  jest on otwarty na naszą inwestycję. Ministerstwo Górnictwa to ludzie bardzo jej życzliwi. Wierzą w nią i powtarzają, że dla nich inwestor zagraniczny, który przy okazji daje zatrudnienie Chilijczykom i który stosuje zaawansowane technologie, a więc dba o środowisko naturalne, jest mile widziany. I taką inwestycją jest KGHM. Poza tym KGHM myśli o niej długofalowo. Ostatnio był tutaj z wizytą prezes firmy, Pan Radosław Domagalski – Łabędzki. Podjął decyzję o pozostaniu w Chile i rozwijaniu wydobycia miedzi w Sierra Gorda. Natomiast, istotnie, od momentu otwarcia kopalni w 2014 roku, mamy dramatycznie niskie ceny miedzi, więc inwestycja nie wychodzi na swoje. Ale podobno jest już na takim poziomie, że nie przynosi strat. Ceny miedzi są też cykliczne, za trzy – cztery lata powinny wrócić do normy. Dlatego decyzja pana prezesa to pozostanie na rynku, ale ograniczenie pewnych faz rozwoju.

Aleksandra Piątkowska w Sierra Gorda (źródło: Ambasada RP w Chile)

KGHM boryka się jednak z poważnymi zarzutami dotyczącymi zanieczyszczenia środowiska. Pojawiły się pozwy i protesty mieszkańców okolicznych miejscowości. Widzi Pani chęć współpracy ze strony KGHM w tej kwesti?

Myślę, że do Polski dochodzą tylko częściowe informacje i niestety te złe. Proszę sobie wyobrazić, że technologie, które stosuje KGHM w kopalni Sierra Gorda i koło portu w Antofagaście są na najwyższym światowym poziomie. Nie ma takiego drugiego inwestora w Chile. Prezes Sierra Grdy opowiadał mi, że przychodzą do niego prezesi innych kopalni i mówią: „Nie zawyżajcie tak strasznie tych norm, bo my nie możemy ich spełnić”. Nie zgadzam się więc z informacjami na temat tego, że Sierra Gorda brudzi i zanieczyszcza. Problem pojawia się jednak w kwestii transportu miedzi, bo narazie odbywa się on ciężarówkami, tak jak i transport z innych kopalni w regionie. KGHM nie brudzi więc bardziej niż wszyscy.

Potrzebne są jednak zmiany, bo to, że „wszyscy jednakowo brudzą” nie rozwiązuje problemu.

Warto zaznaczyć, że KGHM i Sierra Gorda byli liderami projektu pomiędzy kopalniami, który zakłada to, że w listopadzie 2018 roku cały transport ze wszystkich kopalni do portu w Antofagaście będzie się odbywał specjalnymi kontenerami. Te mają mieć specjalną blokadę, dzieki której pyły nie będą unosić się w powietrzu i zanieczyszczać. Dementuję więc wszelkie nieścisłości, jeśli chodzi o wyjątkowe brudzenie środowiska. Jest to część składowa tego biznesu, ale Sierra Gorda robi wszystko, żeby tego unikać i spełniać normy, które narzuca im rząd i instytucje ochrony środowiska w Chile.

Wracając do chilijskich produktów na polskim rynku. Za czym będzie Pani teraz tęsknić w Polsce marząc, by Chile zaczęło to eksportować do Polski?

Za dwiema rzeczami. Chilijczycy mają rewelacyjną oliwę z oliwek. Wiele osób nie kojarzy Chile z oliwą, ale jest tutaj mnóstwo producentów, którzy produkują oliwy o różnym nasycenia kwasowości, więc są i te słodsze i ostrzejrze. Widziałam, że butik z chilijską oliwą jest już otwarty w Nowym Jorku, w Polsce jeszcze takiego nie ma, a szkoda. Drugi produkt to „merquen”, przyprawa z wędzonej paryczki. Ostra, ale bardzo smaczna, pasuje szczególnie do mięs i ryb. Uwielbiam słodycze, więc będę tęsknić też za „manjarem”, rodzajem masy kajmakowej, ale nie takiej zwyczajnej, bo w Chile bardzo często posiada dodatki jak migdały, pistacje czy skórkę pomarańczową. Tego zdecydowanie będzie mi brakować. Wino chilijskie na szczęście w Polsce jest.

Co jeszcze znajdzie się w Pani walizce z Chile do Polski?

Zabieram ze sobą chilijską ceramikę. Głównie rzeczy wzorowane na rękodziele indian Aymara. Wywożę też srebrną biżuterię z lapiz lazuli i biżuterię indian Mapuche. Jest wyjątkowa, bo związana ze spirytualizmem. Każda rzecz coś oznacza, ma swoją historię i cel. Większość tej, którą mi na przykład podarowano ma motyw księżyca, bo jestem szefową i kobietą, a w wierzeniach mapuchańskich księżyc jest kobietą. Kobieta jest więc silna i to kobieta rządzi. Dlatego rozumiem te prezenty (śmiech). Wywożę również figurki z miedzi, i produkty z wełny alpak: szale, poncha, narzuty na łóżko. Oj, to będzie szaleństwo.

Edgardo Riveros, wiceminister spraw zagranicznych Chile wręczył Aleksandrze Piątkowskiej medal „Mérito de Chile”  (źródło: Ambasada RP w Chile)

Czuje, że to będą conajmniej trzy walizki.

Oj tak! Co więcej, wywożę też wiklinę! Brzmi jak nic specjalnego, bo mamy przezież w Polsce wiklinę, ale muszę Pani opowiedzieć pewną niezwykła historię. Otóż napisał do mnie pewnego dnia burmistrz miasteczka Chimbarongo, która słynie z produktów robionych przez lokalnych artystów z wikliny. Od mebli, przez lampy po rzeźby. Pan burmistrz powiedział, że właśnie wrócił z Nowego Tomyśla, gdzie artysta chilijski zdobył pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Wikliniarstwa i że z tej okazji chce mnie zaprosić do Chimbarongo. Zupełnie niesamowita historia. Nigdy bym nie skojarzyła Nowego Tomyśla z Chile i festiwalem wikliniarstwa. A mówię to dlatego, że wywożę stąd przepiękny fotel z wikliny. Jest tak cudny, że nie zważam na koszty.

Pani Aleksandro, teraz skromność na bok. Co uważa Pani za największe osiągnięcie swojej kadencji w Chile? Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Ojej, to bardzo trudne pytanie. Tu mnie Pani przyszpiliła, Pani redaktor. Muszę pomyśleć. Nie ma chyba jednego projektu, który bym wskazała jako ten jeden jedyny. Jest ich sporo. Do głowy przychodzi mi, może dlatego, że to wydarzenie sprzed kilku dni, wizyta chilijskiego ministra sportu, Pablo Squella, w Polsce i podpisanie umowy o współpracy, szczególnie w dziedzinie antydopingu. Jak wiemy polski minister Wiktor Bańka został teraz szefem grupy Rady Europejskiej ds. antydopingu i Chilijczycy chcą się od nas uczyć.

Inny projekt to współpraca antarktyczna. Udało nam się ją troszeczkę podciągnąć, a mianowcie podpisać ostatnie porozumienie o współpracy logistycznej i naukowej. Podpisał je wiceminister spraw zagranicznych Chile podczas kwietniowej wizyty w Polsce. Logistyka, bo jedynie Chilijczycy mogą nas dowieść do tamtejszych baz, a więc i naszej stacji Arctowski. Jeśli zaś chodzi i współpracę naukową, to my z kolei mamy rewelacyjną stację i bardzo dobrych naukowców, więc Chlijczycy będą mogli korzystać z naszych badań czy udogodnień.

źródło: www.arctowski.pl

Jest projekt, którego nie udało się Pani zrealizować i bardzo Pani żałuje?

To czego nie udało mi się do końca zrealizować, ale liczę, że mój następca będzie to kontyniował to utworzenie Centrum Archiwum i Dokumentacji Ignacego Domeyko w La Serenie. Projekt jest już bardzo zaawansowany, mamy pieniądze z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Polsce i z Muzeum Historii Polski. Jesteśmy na dobrej drodze. Jestem dumna, że za mojego pobytu go zaczęłam, ale niestety jeszcze nie jest skończony.

Dobra rada dla kolejnego ambasadora?

Mieć otwarta głowę i nie przejmować się codziennymi trudnościami. Wierzyć w to, że projekty wyjdą i konsekwetnie je realizować.

A w wolnych chwilach podróżować!

Absolutnie, Chile to przecudny kraj. Poza Torres del Paine i przepiękną Atakama moje serce skradła wyspa Chiloé. Natura, pustka, delfiny, foki. To absolutnie cudowne. Do tego przemili ludzie. Tacy dla, których z jednej strony jesteś kompletnym kosmitą, ale z drugiej strony dają ci wszystko co mają. Owierają domy, kuchnie i serca. Chiloé to jest „ciężki kawałek Chile”, miejsce trudne do życia z powodu odizolowania i wymagającego klimatu. Ale ludzie są tam wyjątkowi, nieco szorstcy, ale bardzo fair i otwarci.

Chile jednym zdaniem? Da się?

Wyjątkowa przygoda mojego życia. Bedę tęsknić za Chile. Moje serce zostaje tutaj.

Aleksandra Piątkowska, obecny Ambasador RP w Chile, jest związana z Ministerstwem Spraw Zagranicznych od 1993 r. W latach 1996 – 1998 pracowała w Misji RP przy ONZ. W latach 2006-2007 pracowała najpierw jako zastępca dyrektora, a następnie jako dyrektor Departamentu Systemu Informacji MSZ W 2008 objęła stanowisko dyrektora Departamentu Promocji/Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej MSZ.  Autorka wielu publikacji z zakresu polityki bezpieczeństwa, praw człowieka, OBWE i globalizacji, które ukazały się m.in. w „Sprawach Międzynarodowych” i „Roczniku Polskiej Polityki Zagranicznej”. (źródło: Ambasada RP w Chile)

 

PIERWSZA CZĘŚĆ WYWIADU:

[WYWIAD] Trzeba tu przyjechać z otwartą głową – Aleksandra Piątkowska, ambasador RP w Chile

 

[WYWIAD] Trzeba tu przyjechać z otwartą głową – Aleksandra Piątkowska, ambasador RP w Chile

By | Chile, Chile - warto wiedzieć, Wywiad Tresvodki | 13 komentarzy

Dokładnie tydzień przed końcem jej pięcioletniej kadencji miałam przyjemność spotkać się z Panią Aleksandrą Piątkowską, ambasador RP w Chile. Pokusiłyśmy się o małe podsumowanie: doświadczeń, opinii, współprac polsko-chilijskich i jej życia w Santiago. W pierwszej części wywiadu, nieco bardziej osobistej, zapytałam o to, czym ją Chile zaskoczyło, pozytywnie i negatywnie, jak się pracuje z Chilijczykami i na co należy się przygotować. Rozmawiałyśmy też o promowaniu kultury odległego kraju i udanych projektach Ambasady RP za jej kadencji. W kolejnej części, roboczo nazwanej ekonomiczno-gospodarczą, przeczytacie o tym jak się ma współpraca polsko-chilijska, o naszej wymianie handlowej, a także co Pani ambasador spakuje do walizki na pamiątkę z Chile.

 

MT: Żal wyjeżdzać? 

AP: Bardzo żal. Po pierwsze dlatego, że kraj jest niesamowity. Ludzie, krajobrazy i możliwości jego zwiedzania. Przede wszystkim jednak kraj jest niesamowity pod względem stosunków polsko-chilijskich. To elementy stałe i bardzo ważne dla naszych państw, jak choćby inwestycja polskiego KGHM na północy Chile, czyli kopalnia Sierra Gorda. Jest tutaj również postać Ignacego Domeyki (polski geolog, inżynier górnictwa, rektor Uniwersytetu Chilijskiego – przyp. red.), wokół którego podczas mojej kadencji budowaliśmy obraz Polski w Chile. Chilijczycy doskonale go znają i wiedzą jak bardzo zasłużył się dla rozwoju ich kraju. Podobnie było z Janem Pawłem II, tak samo ważną dla Chilijczyków i bliską ich sercu postacią. Poza tym, ten rok jest trzydziestą rocznicą pobytu Jana Pawła II w Chile i mamy obecnie wystawę poświęconą polskiemu papieżowi, która jeździ po całym kraju.

Żal mi wyjeżdżać również dlatego, bo pięć lat to są też przyjaciele: chilijscy, międzynarodowi i polscy. To te same miejsca, do których się chodzi, ta sama piekarnia na rogu, spacery z psem i moimi chilijskimi sąsiadami, którzy też mają czworonogi, nasze wieczorne odprowadzanie się nawzajem do domu. Dlatego jest ciężko.

powitalne video na stronie Ambasady RP w Chile

Jakie Chile zabiera Pani ze sobą?

Chile zdecydowanie inne od tego, kiedy przyjechałam. Obserwuję ten kraj, uczę się go, bo nasza europejska  perspektywa nie bardzo się tutaj liczy. Trzeba tu przyjechać z otwartą głową i z wiedzą, że Chile patrzy na Europę, owszem, choć niekoniecznie na Polskę. Raczej na Unię Europejską, Hiszpanię czy Niemcy. Zwraca się jednak głównie w stronę Azji.

Co to znaczy, że trzeba mieć otwartą głowę?

To znaczy, że trzeba szybko łapać okazję. Jeżeli mój rozmówca w Chile mówi „Wy oprócz tego, że macie miedź, macie też podobno bardzo dobry poziom edukacji”, natychmiast trzeba to złapać i zaproponować wizytę w Polsce, poszukać odpowiednich rozmówców, możliwości stypendium i wysłania tej osoby do naszego kraju. Jak wspomniałam, Chilijczycy bardziej znają Niemcy, Hiszpanię, a nawet Chorwację. Jest to kwestia zaszłości historycznych. Polski może nie tyle nie znają co nie rozumieją, nie jest im bliska. Moje pięć lat upłynęło glównie na pracy informacyjnej, promującej i zapraszającej do nas.

Mówi Pani, że Chile się zmieniło od początku Pani pobytu. W jaki sposób?

Chile bardzo się rozwinęło, cały czas się rozwija. Nawet w takim codziennym życiu: jest więcej miejsc do wyjścia, kawiarni, restauracji, ludzie są bardziej otwarci, jest więcej możliwości turystycznych. Muszę natomiast powiedzieć, że jest to kraj stabilny, demokratyczny, o dobrych podstawach instytucjonalnych. Jest to kraj bezpieczny. Jeśli chodzi o kwestie polityczne, każdy nowowybrany rząd prowadzi taką samą politykę zagraniczną. To jest tak zwana „política de estado”, „polityka państwa”, co oznacza, że polityka zagraniczna nie zmienia się w zależności od tego czy władze przejmuje prawica, lewica czy centroprawica. Na tle innych państw regionu to nieprawdopodobny wyjątek. Dlatego zawsze powtarzam, że my jako polscy ambasadorzy kontynuujemy naszą pracę w Chile, taką samą jaką robiliśmy z tym czy poprzednim rządem. Chilijska polityka zagraniczna stawia oczywiście przede wszystkim na region. Ważne są dla nich stosunki z Argentyną, Peru czy Brazylią. Ważna jest też Azja, bo Chiny są pierwszym krajem, który kupuje chilijską miedź. To tutaj są więc priorytety gospodarcze.  Jednak Chile patrzy również na Europę i szuka nowych możliwości.

Co było dla Pani największym zaskoczeniem po przyjeździe?

Wszyscy mi mówili, że Chile jest bardzo europejskie. Oczywiscie jest, ale na tle państw regionu. Jeżeli porównamy europejskość Chile z samą Europą to tak do końca jednak nie jest. To było dla mnie zaskoczeniem, bo myślałam, że mentalnie Chilijczycy są bardziej otwarci i bardziej „prości w obsłudze”, jeśli mogę tak to ująć. Przed przyjazdem wiedziałam, że są pewne sprawy historyczne jak Pinochet – Allende, ale nie, że to jest aż tak świeże i nadal aż tak krawiące.

Czy widać ten podział Pinochet – Allende w stosunkach dyplomatycznych?

Nie tak bardzo, trzeba natomiast wiedzieć kto jest kim i z jakiej pochodzi rodziny, bo to bardzo ułatwia sprawy. Jeżeli wiemy, ze dana rodzina zawsze opowiadała się za Pinochetem, wiadomo, że pewnych kwestii dyplomatycznych lepiej z nimi nie poruszać i zostawić je w spokoju. Jeśli wiemy natomiast, że jest bardziej lewicująca, poniosła ogromne straty podczas przewrotu i rządów Pinocheta, włącznie ze śmiercią najbliższych, to znaczy, że politycznie lepiej skupić się na innym temacie. W sensie ogólnej polityki zagranicznej na linii Polska – Chile nie ma to jednak większego znaczenia.

Poza tym, że europejskie Chile nie jest tak europejskie, co jeszcze zwróciło Pani uwagę?

Mentalność Chilijczyków. Chilijczycy mają ogromną zdolność do zapraszania cię do domu. Właściwie co chwilę mówią, że do Ciebie zadwonią, ale potem… nie dzwonią. Proszę, żeby nikt się nie denerwował, jeśli to go tutaj spotka. Ich zachowanie nie wynika z tego, że cię nie lubią, oni po prostu tacy są. W tym kontekście są bardzo latynoscy (śmiech). Moim pozytywnym zakoczeniem jest natomiast robienie biznesu i chilijskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w ogóle tutejsze ministerstwa. Są to instytucje funkjonujące i to na bardzo dobrym poziomie. Jeśli ktoś myśli, że tu z kolei napotka Amerykę Łacińską, będzie zaskoczony. Na przykład, nikt nie przyjdzie na spotkanie bez krawatu czy nieodpowiednio ubrany. Obowiązuje tu pewien kod  i należy go przestrzegać. Kolejną zaskakującą rzeczą jest to, że bez języka hiszpańskiego w Chile ani rusz. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych jeszcze tak, ale w innych, nie mówiąc już o marszałkach czy burmistrzach w regionach, jest problem.

Seminarium dotyczące Jana Pawła II (źródło: FB Ambasady RO w Chile)

A hiszpański w Chile łatwy nie jest…

Oj tak, to był mój ból głowy. Przyjechałam do Chile, wydawało mi się, z dobrą znajomością języka. Ale zaraz po wylądowaniu zastanawiałam się o czym do mnie mówią i czego ode mnie chcą. Chilijski ma dużo „modismos”, czyli słów absolutnie chilijskich i wymyślonych przez samych Chilijczyków. Poza tym ludzie mówią bardzo szybko, bardzo niewyraźnie i fatalnie gramatycznie. Nie można się tu nauczyć na ulicy dobrego hiszpańskiego, ale można chodzić na kursy i do tego zachęcam. Przynam, że język to był mój duży problem przez pierwsze dwa, trzy miesiace dopóki nie zaczęłam łapać tych chilijskich niuansów i tego co rzeczywiście chcą mi powiedzieć. Teraz za to, po pięciu latach , wyjeżdżam i wszyscy mi mówią: „Jesteś Chilijką”. Mam ten sam akcent i też tak niewyraźnie mówię (śmiech)

Skoro mówimy już o Chilijczykach. Jesteśmy Pani zdaniem podobni czy jednak bardzo różni?

Oj, i podobni i różni. Podobni w naszym myśleniu o rodzinie, czyli w tym, że rodzina jest ważna, wspólne mieszkanie i spędzanie czasu. Natomiast my, Polacy, odchodzimy już trochę od chodzenia co tydzień na obiady do mamusi czy teściowej, a w Chile jest to nadal jeden z niedzielnych rytuałów. Niezależnie od tego czy jest to rodzina mieszana czy nie, czy są w niej Polacy, Skandynawowie czy Amerykanie, obiad z rodzicami to sprawa życia i śmierci. 

Jesteśmy podobni w pewnym systemie wartości. Lubimy nasze kraje, doceniamy je, jesteśmy patriotyczni, nawet bardzo. To co podoba mi się w Chile to fakt, że każde dziecko zna hymn, każdy umie tańczyć taniec narodowy „cueca” i – pozwolę sobie na kolokwializm – nie ma przy tym obciachu. Przeciwnie, to jest duma i honor go tańczyć! Widziałam to wieloktronie na spotkaniach różnego szczebla od północy po południe kraju. My, Polacy, może nie do końca mamy sprecyzowany nasz taniec narodowy, ale w sposobie myślenia o ojczyźnie jesteśmy podobni.

Gdzie się różnimy? Odpowiem adegdotą. Ambasador Chile w Polsce powiedział mi kiedyś takie słowa: kiedy coś się proponuje Polakowi, on mówi „nie, absolutnie, to jest niewykonalne”, a potem to robi i okazuje się, że się da. Chilijczyk za to ma na odwrót. Mówi „absolutnie, oczywiście, nie ma problemu”, a później jest problem z wykonaniem. (śmiech)

Rozumiem, że zgadza się pani z tą opinią o Chilijczykach?

Chilijczyk w Chile pracuje skokowo. To bywa trudne dla osób, które przyjeżdżają tutaj po prostu do wykonania pewnego zadania, jak my w ambasadzie. Każda generalizacja jest nieelegancka i nieładna, ale często tak jest. Robienie projektów ze stroną chilijską często polega na tym, że spotykamy się i ustalamy od A do Z każdy szczegół. Wychodzimy więc z poczuciem dobrze wykonanego zadania, bo każdy wie co ma robić. Wtedy zwykle zapada głęboka cisza i kiedy po trzech tygodniach pytamy „Jak tam? Pracujecie?”, pada odpowiedź „Nie nie, musimy jeszcze dogadać z wami parę szczegółów”. Było to dla mnie trudne, ale się tego nauczyłam. To kwestia pewnej cierpliwości i konsekwencji w działaniu, czyli dzwonieniu, pisaniu maili. Bardzo często jest tak, że Chilijczyk pracuje nad tym nad czym ma pracować, ale ci tego nie komunikuje, więc nie wiadomo na jakim etapie jest projekt.

Natomiast to co jest fajne, to to, że Chilijczycy mają świetnie pomysły i sa bardzo otwarci we współpracy. To co mnie zaskoczyło przy kilku projektach to fakt, że to nie ja szukałam ludzi, ale oni mnie. Tak jak przy współpracy przy Miedzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych Chilemonos. Szefowa tego projektu zgłosiła się do nas, wiedząc, że polska animacja jest na bardzo wysokim poziomie. Tak więc od czterech lat mamy tutaj Polaków z Semafora, Platige Image i innych firm. Nie tylko zgarniamy nagrody, ale dajemy również warsztaty, dla dzieci i dla dorosłych. To kolejna rzecz, która mi się w Chile podoba. Mianowicie to, że Chilijczycy są bardzo chętni i gotowi do nauki. Zwłaszcza, kiedy czegoś nie wiedzą. Dzięki temu nasze wspólne projekty nie sa takie „punktowe”, koncert i już, wystawa i już. Za tym idzie coś więcej.

W czapce festiwalu Chilemonos („monos”, czyli „małpy”), źródło: Ambasada PR w Chile

Obserwując Pani działalność jako ambasador, mam wrażenie, że postawiła Pani bardzo mocno na promowanie kultury. To był Pani główny plan na kadencję w Chile?

Przez pieć lat byłam dyrektorem Departamentu Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, co nie oznacza, że na kulturze się znam, ale wiem jak ją promować. Kiedy przyjechałam tutaj, wydawało mi się, że tę część kulturalną niejako ze sobą przywiozłam. Wiedząc o tym, że mamy fanstastyczny teatr, film, animacje, jazz, Polską Szkołę Plakatu, rozmyślałam nad tym, jakby to wszystko przedstawić w Chile i gdzie będzie na to odbiorca. To jest bardzo ważne. Do jednych przemawia koncert Pendereckiego, do innych wystawa plakatu. Do jednych ciekawa jest konferencja dotycząca Jana Pawła II i jego znaczenia dla Polski i przemian demokratycznych, a inni będą woleli obejrzeć wystawę ilustacji do książek. Musiałam więc chwilę Chile poobserwować i osadzić moje pomysły w tutejszej rzeczywistości. Potem pomyslałam, że są tutaj owe postaci jak Domeyko, Jan Paweł II, Luciano Kulczewski, i zaczęliśmy wokół nich budować narrację o Polsce. Nie tylko powiedzieć o Ignacio Domeyko i podkreślić, że był Polakiem, ale opowiedzieć kim był, dlaczego jest w Chile taki ważny, co tu zostawił. Z tego wynikały wystawy, wykłady, mój związek ze szkołą techniczną w dzielnicy Recoleta w Santiago, noszącą imię Ignacego Domeyko. Stąd moje związki z rodziną Domeyko, nie całą oczywiście, bo jest ich podobno ponad sześćset osób! Byłam więc otwarta i obserwowałam. Okazało się, że Chile to jest bardzo chłonny rynek. Chwycił zarówno Tydzien Filmu Polskiego na Universidad Catolica, koncerty jazzowe, wykłady polskiego architekta jak i spotkanie z byłym komandosem GROM-u. To wszystko trafiało na podatny grunt. Jednocześnie Chilijczycy chcą wiedzieć, a jeśli już wiedzą to chcą wiedzieć więcej. Przygotowując festiwal filmowy to oni powiedzieli mi „poprosimy nowości, ale i Kieślowskiego, Wajdę oraz Polańskiego”. Wiedzą o czym mówią. To nie jest tak, że możesz im narzucić coś, czego nie chcą.

Wydaję mi się, że udało sie Pani również coś bardzo trudnego. Mianowicie, czynnie zaangażowała Pani w projekty polską Polonię w Chile.

Tutejsza Polonia jest niestety nieliczna, ubolewam nad tym nieco. Wychodzę z założenia, że Polonia powinna być liczna i silna, to bardzo pomaga w pracy w ambasadzie. Rzeczywiście, kiedy przyjechałam do Chile postanowiłam otworzyć drzwi ambasady tutejszym Polakom, zapraszając ich na przeróżnego rodzaju wydarzenia. Jednocześnie jednak, wydaje mi sie, że to byla Polonia, która chciała zaistnieć. Okazało się, że są to ludzie niesamowici, z niesamowitą historią, o przeróżnych korzeniach, zawodach. Nieraz również osoby wybitne, jak zmarły dwa lata temu Raul Nałęcz – Małachowski. Ta odpowiedź Polonii była super, nie do końca się tego spodziewałam. Ludzie mieli własne pomysły, chcieli wspierać ambasadę. Myślę, że takim świetnym projektem, który udaje nam sie robić jest sobotnia polska szkoła w Santiago, w którą zaangażowany jest dział konsularny i pan konsul. To szkoła dla małych dzieci, w której przez gry i zabawy pani profesor uczy języka i oswaja maluchów z polskim. Starsze dzieci dowiadują się też nieco o tradycjach i historii. Jest to narazie „mikroprojekt”, finansowany z budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W przyszłości myślimy o czymś potężniejszym, czyli regularnej szkole sobotniej, która będzie mogła np. wystawiać legitymacje. To długa droga, ale wszystko przed nami. Jakby to wszystko rozwinęło się w Instytyt Kultury Polskiej byłoby rewelacyjnie.

Pierwsze zajęcia w sobotniej  polskiej szkole (źródło: Ambasada RP w Chile)

Miałam przyjemność uczestniczyć w pracach nad Biuletynem Ambasady. Tutaj też było widać, jak bardzo i Polacy i Chilijczycy zaangażowali się w ten projekt, zupełnie bezinteresownie.

Tak, to prawda. Biuletyn docierał do licznego grona odbiorców trzy, cztery razy w roku. Wysyłaliśmy go do Polaków i Chiijczyków, do ministerstw, korpusu dyplomatycznego, tak żeby wszyscy wiedzeli czym jest Polska, co my tutaj robimy i co Chile oznacza dla naszego kraju. Moim zdaniem udało się to nam niezwykle dobrze, ale nie jestem może obiektywna, bo w biuletyn zaangażowany był mój mąż, który jest dziennikarzem. Nie chwalę go jednak jako swojego męża, a redaktora biuletynu (śmiech). Chodziło nam w tym projekcie o to, żeby nie pisać o mnie, co robi ambasador i gdzie dziś był, bo te informacje dostępne są na stronie ambasady. Chcieliśmy zbudować bazę informacji i wiedzy o Polakach w Chile i Chilijczykach w Polsce. Stworzyliśmy redakcję, której była Pani częścią jako dziennikarz i tłumacz, a ta zaangażowała ludzi i zaprosiła do pisania. O tym kim są, co robią w Chile, co im sie podoba, o swoich historiach, często dramatycznych. Okazało się, że ludziom się to szalenie spodobało. Osoby, które przyjadą kiedyś do Chile, mogą sięgnąć do starszych wydań dostępnych na stronie ambasady, i rozeznać się kto jest kim, kto piecze dobre ciasta, robi pierogi, kto jest architektem, adwokatem, a kto uczy języka polskiego. Mogą poszukać pomocy. Taki był na to pomysł. Biuletyn pokazywał też, co tak naprawdę statystyczny Chilijczyk myśli o Polsce. Łatwo powiedzieć, że jesteśmy świetni i mamy świetne relacje z Chile, ale zawsze dobrze jest przejrzeć się lustrze.

Co w tym lustrze było widać?

Chilijczycy uwielbiają polskie jedzenie i strasznie podobają im się polskie dziewczyny (śmiech). Oczywiście zachwycają się też naszą kulturą i ponad dwoma tysiącami lat historii. Chilijczyk zna historię drugiej wojny światowej, wie gdzie była granica, kto był wrogiem, kto nie. Wie o wrześniu ‘39, kto zaatakował pierwszego, a kto siedemnastego, nie mamy tutaj przekłamań o „polskich obozach koncentracyjnych”. Tylko raz zdarzyło mi się interweniować w tej sprawie i od razu wydrukowano sprostowanie z przeprosinami. Dlatego też w Chile panuje ogromne uznanie dla Polski, jako kraju, który wycierpiał niesamowicie dużo, ale też kraju, który przeszedł nieprawdopodobną zmianę demokratyczną, gospodarczą i polityczną.

Wybrane okładki Biuletynów RP w Chile

Spotkała się Pani z  krzywdzącymi stereotypami o Polakach?

Nie ma takich, Polak jest tutaj bardzo dobrze kojarzony. Z katolikiem, osobą wierzacą, z Solidarnością, z tym że Polska była krajem cierpiącym, ale krajem który wywalczył niepodległość. Polska jest kojarzona z ludźmi, którzy są godni podziwu. Takim, powiedzmy krzywdzącym, stereotypem jest może to, że Polska to kraj gdzie ciągle jest zimno. Kiedy tłumaczę Chilijczykom, że mi właśnie w Chile jest zimno, a my w Polsce mamy – tak jak dzisiaj – 28 stopni, to otwierają oczy i mówią „to niemożliwe”. Ciągnie się więc za nami stereotyp misia polarnego na ulicy. (śmiech)

Ale czasem jest też tak, że w Chile w zimie jest 20 stopni, a w Polsce w lecie 26.

To prawda! Muszę przyznać, że klimatu chilijskiego będzie mi brakować. Rozmawiałam z kilkoma Chilijczykami, mieszajacymi w Polsce i pytałam jak znoszą polską zimę. Mówili, że dobrze radzą sobie z niskimi temperaturami, bo w domach jest centralne ogrzewanie, ale problemem jest brak słońca. Przyznam, że przez pięć lat jeździłam do Polski na urlop zawsze w lecie, więc nie wiem co teraz będzie. Będzie ciężko.

Aleksandra Piątkowska, obecny Ambasador RP w Chile, jest związana z Ministerstwem Spraw Zagranicznych od 1993 r. W latach 1996 – 1998 pracowała w Misji RP przy ONZ. W latach 2006-2007 pracowała najpierw jako zastępca dyrektora, a następnie jako dyrektor Departamentu Systemu Informacji MSZ W 2008 objęła stanowisko dyrektora Departamentu Promocji/Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej MSZ.  Autorka wielu publikacji z zakresu polityki bezpieczeństwa, praw człowieka, OBWE i globalizacji, które ukazały się m.in. w „Sprawach Międzynarodowych” i „Roczniku Polskiej Polityki Zagranicznej”. (źródło: Ambasada RP w Chile)

 

Część druga:

[WYWIAD] Import i eksport rośnie – A. Piątkowska, ambasador RP w Chile, cz. 2

 

[WYWIAD] Bob Borowicz – polski fotografik, który zmienił Chile

By | Chile - KULTURA, Tresvodka&media, Wywiad Tresvodki | 12 komentarzy

Bob Borowicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych fotografików działających w Chile. Charyzmatyczny Polak miał też niemałe zasługi pedagogiczne. To dzięki niemu Fotografika stała się nowym kieruniem studiów na Uniwersytecie Chilijskim, a sam Bob wykształcił kilka pokoleń fotografów w kraju. Elisa Díaz Velasco jest jedną z pierwszych uczennic Borowicza i uznaną dziś fotografką. W wywiadzie przeprowadzonym dla Biuletynu Ambsady RP w Chile opowiedziała mi o szukaniu „ulotnego momentu”, o pamiętnych lekcjach maestro Borowicza i o tym, co myślał o aparatach cyfrowych.

Captura de pantalla 2016-06-17 a las 17.52.59 
Czy wie Pani jak Bob Borowicz trafił do Chile? Podobno jakiś kolega podsunął mu ten pomysł.

Bob opowiadał nam, że ktoś powiedział mu, że Chilijki są ładne. Nie pamiętam kto, ale wydaje mi się, że było to w radiu w Niemczech, gdzie pracował swego czasu. Szczerze mówiąc nie wiem czy to była prawda, bo on lubił kokietować i opowiadać tego typu anegdoty, ale z drugiej strony z jakiegoś powodu został w Chile na dłużej.

Jak go Pani pamięta?

Był zabawny, zawsze w dobrym humorze. Zawsze opowiadał żarty. Nigdy się nie obrażał i nie robił problemów. Był bardzo miłą osobą.

A jako nauczyciel? Była Pani jego uczennica kiedy miała Pani zaledwie 16 lat.

Byłam jego uczennicą w czasach szkoły średniej. W 1972 roku zapisałam się na jego kurs dla miłośników fotografii w Reifsnchneider na ulicy Augustinas w centrum Santiago. Byłam jedyną młodą dziewczyną wśród samych dorosłych. Jest jedno zdjęcie, które bardzo lubię i które pochodzi z tego okresu. Zrobiłam je właśnie tam, mając 17 lat. Byliśmy w studiu, gdzie Bob przygotował dla nas oświetlenie i za chwilę, jak zwykle, mieliśmy siadać przed jego kamerą. Nagle przed obiektywem usiadł on i zaczął nam pokazywać jak pozować, jak wykorzystywać oświetlenie, obserwować światło itd.. Wtedy zrobiłam mu ten portret. Nie widziałam go potem przez jakiś czas, aż dwa lata później złożyłam papiery na Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Chilijskiego, żeby studiować sztukę. Moim marzeniem była fotografia, ale wtedy nie było jeszcze takiego kierunku. Dzięki inicjatywie Boba w tym samym roku, czy rok później otworzono specjalizację Fotografika. To on przedstawił ten projekt i to on walczył by fortografia zaistniała na Wydziale Sztuk Pięknych. Mam więc przyjemność być pierwszym pokoleniem, które z nim tam studiowało.

Bob Borowicz

ze zbiorów Elisy Velasco

Jakim był nauczycielem? Wymagającym, inspirującym czy bardziej przyjacielem?

Był wymagający, ale zabawny, więc jego lekcje to była wielka przyjemność. Nigdy się nie denerwował, nie karał nas i nie ganił. Czasem opowiadał jakąś adegdotę ze swojej przeszłości. Na przykład któregoś dnia przyniósł na zajęcia album Word Press Photo ze zdjęciami z rejonów wojny i przeraźliwie chudych osób. Zebrał nas wtedy wszystkich razem i powiedział: „Zobaczcie, ja w obozie koncentracyjnym ważyłem 45 kg, tyle co oni”. Rzadko, ale zdażało mu się wyznawać takie rzeczy. Jednak nigdy nie robił tego w tonie wyrzutu czy żalu, ale z pewnym rodzajem poczucia humoru. Na przykład wtedy, kiedy opowiadał nam jak w 1945 do obozu, gdzie przybywał, wkroczyła armia Stanów Zjednoczonych, a z czołgu wyszedł czarnoskóry żołnierz. W tej sposób opowiadał nam jak to pierwszy raz w życiu zobaczył ciemnoskórego człowieka. Kiedy wspominam Boba, pamiętam go jako człowieka pogodnego, który uważał, że wszystko to co go spotkało, wszystko to co złe, musi mieć pozytywny wydźwięk, bo już nic gorszego nie może ci się przydażyć. Jego zachowanie pokazywało, że jest pogodzony ze wszystkim tym, co przynosi życie.

Jak wyglądały jego lekcje? Wysyłał was na ulicę w porzukiwanie słynnego „ulotnego momentu” i spontanicznych zdjęć czy pracowaliście w studiu nad kompozycją i oświetleniem etc. ?

Tak, poszukiwanie ulotnego momentu było dla niego bardzo ważne, ale mieliśmy wiele rodzajów ćwiczeń. Wszystkie te, o których wspomniałaś. Dużo czasu poświęcał na tłumaczenie nam jak używać fotometru, każdy z nas musiał umieć go używać, dużo ćwiczyliśmy. Był też bardzo wymagający, jeśli chodzi o poprawianie i korygowanie błedów. Myślę, że w sprawie używania naturalnego światła Bob miał na mnie ogromny wpływ i właśnie to jest najwiekszym dziedzictwem po nim w apekcie estetyki. Poza tym, miał charyzmę i czuliśmy się dla niego ważni jako uczniowie. Zawsze o nas wspominał, pozdrawiał nas, a przy okazji spotkań na wystawach dużo rozmawialiśmy. Dla nas też był bardzo ważny. Nigdy nie straciłam z nim kontaktu, nadal się widywaliśmy.

Jak nauczał czegoś tak ulotnego jak „ulotny moment”?

To tendencja, która narodziła się we Francji i wypromowana przez francuskiego fotografa Cartiera Bressona. Według niej złapanie „ulotnego momentu” jest podstawowym warunkiem, żeby zrobić dobre zdjęcie dokumentalne. W innych przypadkach, ten element nie istnieje, bo np. martwa nartura zawsze jest nieruchoma. Bob tłumaczył więc nam, że zrobienie zdjęcia minutę wcześniej albo minutę później może całkowicie zmienić jakość fotografii. Zdolnością dobrego fotografa jest więc dobrze wybrać moment naciśnięcia przycisku aparatu. Zawsze kiedy robiliśmy zdjęcia czy pozowaliśmy, on się wygłupiał. Na przykład zdejmował nagle buty i skarpetki i pozował z nogami w górze, mając jednocześnie swoją kamerę na szyi. W ten sposób chciał zainspirować nasze zdjęcie. Zawsze robił to w zabawny sposób.

Borowicz Bob - La monja y el picaso copy

fot. Bob Borowicz

Borowicz mówił, że talent jest wrodzony. „Jeśli ktoś nie ma iskry bożej nie zrobi niczego wartościowego”. Z drugiej strony jednak wykształcił kilka pokoleń fotografów w Chile. Kim więc był według niego fotograf?

Mamy tutaj kombinację dwóch elementów. Są pewne techniczne rzeczy, których możemy się nauczyć, na przykład rysować. Może nie wszyscy jesteśmy Picassem, ale wszyscy możemy rysować i spróbować być w tym coraz lepsi. Oczywiście, jest w tym wszystkim jeszcze coś takiego jak potencjał. Moim zdaniem wszyscy go mamy, ale u niektórych jest bardziej zauważalny, w przypadku artystów już od małego. Z drugiej jednak strony każdy może zrobić postęp w jakiejś umiejętności. Wszystko to moim zdaniem się uzupełnia, a nie wyklucza. Koniec konćow każdy fotograf czy rysownik musi umieć patrzeć. To zachowanie ciała i duszy, cisza, ciągła obserwacja. Wszystko się sumuje: kontemplacja i synteza tego, co robimy i tego co widzimy. Dodatkowo każdy z nas ma też bagaż życia. To czego się nauczyłeś z teorii i historii oraz to skąd jesteś widać potem na zdjęciu. “Por sus obras lo conoceréis”, twoja sztuka mówi dużo o tobie. Zaczynasz wnioskować, że podoba ci się taki a taki artysta, czy ten styl, bo widzisz, że w właśnie tutaj są rzeczy, które są twoim odbiciem.

Która lekcja Boba była najbardziej pamiętna?

Pamiętam moment, kiedy pojechałam go odwiedzić w domu opieki, kiedy był już chory. Pojechałam tam z moim synem, zabierając czekoladki, kilka magazynów z artykułami o fotografii i mojego cyfrowego Canona. Bob kategorycznie odmawiał zrobienią nim zdjęcia. „Nie! Ten aparat to nie jest fotografowanie”. „Ale psorze! Prosze nacisnąć przycisk i wycelować gdziekolwiek, a zdjęcie od razu pojawi się na ekranie”, tłumaczyłam mu. „Nie nie nie! Nie wiem gdzie”, zapierał się. Dla niego fotografowanie to był cały ten proces związany ze światłem, z rolkami etc. Bronił się przez cyfrowymi zdjęciami. Twierdził, że ich nie rozumie. Jeśli ktoś teraz da mi Ipada, zareaguję podobnie. Nie rozumiem jak działa, więc nie będę go chciała. To normalna reakcja tradycjonalisty. Bob zawsze był analogowym fotografem.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

Jaki wpływ miał na Pani dzisiejsze fotografie?

Największy wpływ miał na to, żeby obserwować i wykorzystywać naturalne światło, bez potrzeby używania żarówki czy flesha. Odziedziczyłam po nim również zauroczenie portretami i sposób patrzenia na nie. Na przykład to, jeśli brakuje na nim rozświetlonych oczu to taki portret nie ma żadnej wartości. Jego bohater musi patrzeć w kamerę i musi mieć blask w spojrzeniu. To było dla Boba naprawdę ważne, do tego stopnia, że stosował przeróżne dziwne techniki, by to osiągnąć, zarówno na negatywnie jak i na wywołanych już zdjęciach. Jedną z nich było użycie żyletki Gillette. Kiedy brakowało tego blasku Bob robił nią dwa nacięcia na oczach, już na zdjęciu. „Bob! Rujnujesz nasze zdjęcia!”, krzyczeliśmy. „Ale teraz oczy mają blask!”, odpowiadał. Takie właśnie miał pomysły.

Jakby Pani określiła jego styl jako fotografa?

Epoka, o której rozmawiamy to była epoka fotografów portrecistów, takich jak na przykład Jorge Opazo czy Javier Pérez Castelblanco. Bob wpisał się w ową tendencję czarno białych portretów lat 40-tych, 50-tych i 60-tych. Miał też swoje złote lata jako fotograf, gdzieś pod koniec lat 60-tych do pierwszej połowy kolejnego dziesięciolecia, bo w tamtych czasach nie było w Chile rodziny, która nie miałaby takiego portretu. Bob doskonale się w tej chilijskiej tendencji odnalazł, pomimo tego, że był cudzoziemcem. Poza tym jego charakter, prezencja i poczucie humoru bardzo mu w tym wszystkim pomogły.

Ma Pani ulubiony portret Borowicza? Wie Pani może, które swoje zdjęcie lubił sam Bob?

Jest jedno takie zdjęcie, na którym widać obraz, który ktoś mu kiedyś namalował i podarował. Widać również na nim nagą kobietę, odwróconą plecami. Fotografia nazywa się “Arlequín”. Właśnie taki typ zdjęc lubił. Pamiętam, że bardzo lubił też inny akt z lat 60-tych z kobietą na plaży, która ma pomalowane na biało paznkcie.

Arlekin

fot. Bob Borowicz

Mówiąc o aktach, na tego typu zdjęciach Bowowicza twarz modelki jest zawsze niwidoczna, jakby ukryta. Chodzi o uniwersalność czy anonimowość?

To prawda i myślę, że to plus jego aktów. Jemu chodziło o uniwersalne akty, uniwersalne piękno ludzkiego ciała. Czyli o coś innego niż w przypadku portretów, gdzie pierwszą rzeczą jaką robisz jest spojrzenie na twarz osoby portretowanej. Możliwe, że ta ukryta twarz wynikała również z etyki wobec modelek, bycia anonimowym, ale moim zdaniem pierwszy powód, o którym wspomniałam jest silniejszy. Bob był bardzo wrażliwy na piękno. Lubił wyszukiwać piękne kobiety i pracować nad ich pozami. Spędzał nad tym dużo czasu, jak w przypadku owej kobiety na plaży, na piasku i sposobu ułożenia jej rąk. Poza była dla niego bardzo ważna.

Z jednej strony fotografie Borowicza pokazywały piękno ludzkiego ciała, piękno bycia człowiekiem, z drugiej zaś ukazywały również biedę, trudy życia, dzieci mieszkające na ulicy. Czego więc szukał na zdjęciach?

Tendencja, o której mówimy związana była z procesem społecznym, jaki miał miejsce w Chile tamtej epoki, nazywanym „Cuestión Social”. Był to fenomen antropologiczno-społeczny lat 60-tych, polegający na tym, że ludzie z przeróżnych zakątków kraju masowo przyjeżdzali do Santiago w poszukiwaniu pracy i bez zapewnionego dachu nad głową. Miasto nie było na to przygotowane, więc niebawem na ulicach stolicy pojawiło się wielu bezdomnych i żebraków. Tendencją tych czasów w zawodzie portrecisty było posiadanie swojego studia, gdzie robiło się portrety ludziom znanym i tym nieznanym, ale jednocześnie wychodzenie z aparatem na ulicę, robienie zdjęc dokumentalnych. Te dzieci, które fotografował Bob, fotografował też np. Sergio Larraín. Wszystko to ma swoją bazę w realiach, w jakich żyło społeczeństwo. Pokazywaniu tego, czego jeszcze dotąd się nie pokazywało, ale istnieje. Fotograf jest osobą wrażliwą, dużo bardziej niż klasa wyższa społeczeństwa. Bob nie tylko lubił robić ładne zdjęcia, ale był też bardzo wrażliwy. Miał trudne życie, zwracał więc tym większą uwagę na problemy ludzi i czuł się z nimi solidarny.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

„Bob nauczył nas czegoś więcej niż tylko fotografii” – co miała Pani na myśli mówiąc te słowa?

Piękna, poprawności, etyki. Bob był osobą niezwykle poprawną. To on walczył o to, by fotografia stała się kierunkiem nauczania na Wydziale Sztuk Pięknych, gdzie w tamtych czasach było to nie do pomyślenia. Sztuka znaczyła rzeźbę, malarstwo i rysunek, a fotografia traktowana była jako coś technicznego. Bob wywalczył zmiany, ale dyskutując, przedstawiając jasne argumenty. Mówił, że fotografia ma estetykę i kompozycję, powinna więc być uważana za sztukę. Jego argumenty były poprawne, nieagresywne. Chociaż wiele to kosztowało, udało się. W 1975 r. , kiedy znalazłam się na wydziale, fotografia była już jego częścią.

Czy Bob Borowicz miał jakieś ulubione powiedzenie?

Tak! „Wśród tylu drzew nie widać lasu”. Odrzucał zdjęcia, które miały wiele szczegółów. Chciał zobaczyć jeden element albo dwa, nie pięćdziesiąt. Chciał wyróżnić jedną rzecz, unikając i pozbywając się fotograficznych śmieci.

Bob Borowicz

fot. Bob Borowicz

 

*** 

BOB BOROWICZ (1922-2009) – Boguslaw Borowicz, polski artysta fotografik, przedstawiciel najstarszego pokolenia Polonii chilijskiej. Urodził się w 1922 r. w Poznaniu. Jego pasja do fotografii narodziła się w wieku 11 lat, kiedy jego ojciec podarował mu pierwszy aparat. Jako siedemnastolatek, podczas II wojny światowej, na 5 lat trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Mathausen. Po wojnie pracował jako dziennikarz radiowy i dyplomata w Berlinie. W 1951 r. przeprowadził się do Chile, gdzie rozsławił się dzięki swoim czarno-białym portretom i zdjęciom dokumentującym aspekty społeczne Chile. Borowicz odegrał też dużą rolę jako pedagog. Na początku lat siedemdziesiątych był prekursorem nowego kierunku studiów – Fotografiki – na Uniwersytecie Chilijskim. Przez dekady wykształcił kilka pokoleń fotografików. Zmarł w Santiago de Chile 10 września 2009 r.

 

ELISA DÍAZ VELASCO – chilijska fotograf, portrecistka, profesor fotografii i historii sztuki. Uczennica Boba Borowcza. Należy do pierwszego pokolenia absolwentów Fotografiki na Uniwersytecie Chilijskim (1977 r.), kierunku otworzonego dzięki staraniom polskiego fotografa. Díaz była kuratorem wystawy „Bob Borowicz, fotógrafo del claroscuro” (2010 r. ,) w Corporación Cultural de Las Condes w Santiago, która prezentowała 75 czarno-białych dzieł artysty. Wszystkie one powstały między 1950 a 1970 rokiem i prezentowały szeroki przegląd prac artysty.

Elisa Díaz Velasco

Elisa Díaz Velasco (fot. Mariusz Michalak)

Wywiad ukazał się w Biuletynie Ambasady RP w Chile. 

Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.35Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.42Captura de pantalla 2016-07-05 a las 18.38.49

 

BIULETYN WERSJA POLSKA:

 

 BIULETYN WERSJA HISZPAŃSKA:

Więcej moich wywiadów znajdziesz tutaj – WYWIAD TRESVODKI