Chile nazywane jest często „tygrysem Ameryki Południowej”. To najbogatszy kraj regionu o prężnie rozwijającej się gospodarce i stabilnym rozwoju. Przez ostatnie dekady wyrosło na południowoamerykańskiego prymusa lekcji o neoliberalizmie. Od ponad miesiąca kraj zalewa jednak fala protestów, która z – ignorowanego początkowo przez władze – sprzeciwu o podwyżkę cen metra szybko rozrosła się do ogólnokrajowego buntu wobec rosnącym kosztom życia, korupcji i polityce pogłębiającej ogromne nierówności społeczne. „To nie 30 pesos, ale 30 lat”, głosi jedno z najpopularniejszych haseł protestów. Dlaczego powrót do demokracji aż tak bardzo rozczarował i rozgniewał Chilijczyków? Jak duża jest skala tutejszych problemów i o co konkretnie walczą protestujący? Czy coś przez ten miesiąc osiągnęli?

„Spójrzmy na to co się dzieje w Ameryce Łacińskiej. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru w głębokim kryzysie politycznym. Kolumbia z odrodzonym FARC i partyzantami. W tym kontekście wstrząśniętej Ameryki Południowej Chile wygląda jak oaza ze stabilną demokracją” – powiedział całkiem niedawno  w wywiadzie dla Financial Times prezydent Sebastian Piñera. Już dwa dni później, 18 października, kraj zalała fala największych w historii Chile protestów, a on sam zdecydował się na wprowadzenie stanu wyjątkowego, godziny policyjnej i wyciągnięcie na ulice wojska. Na dodatek zaczął używać militarnego języka, „wrogiem” nazywając swoje społeczeństwo, a konflikt społeczny „wojną”. Spotkała go za to fala krytyki nie tylko w kraju, ale zagranicą (m.in. w Economist i El Pais), więc szybko się z tych słów wycofał, a po 10 dniach odwołał stan wyjątkowy. Mleko się jednak rozlało. Obecne wydarzenia niczym papierek lakmusowy pokazały pH nastrojów społecznych w Chile, złudę chwalonych ekonomicznych wskaźników i oderwanie polityków od rzeczywistości. „Oaza” i „El Dorado” brzmią bowiem dla przeciętnego Chilijczyka dość obco, może wręcz boleśnie abstrakcyjnie.

1.11.2019 r.  ponad 1.200.000 osób wyszło na ulice Santiago, choć mówi się, że o ponad 2 milionach (CNN Chile)

Statystycznie rzecz ujmując

Świat chwali ekonomiczne wskaźniki i statystyki Chile, których sąsiedzi mogą mu pozazdrościć. Na stronie Banku Światowego czytamy: „Chile było jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek Ameryki Łacińskiej w ostatnich dziesięcioleciach, co pozwoliło krajowi znacznie zmniejszyć ubóstwo. W latach 2000–2017 liczba ludności żyjącej w ubóstwie (5,5 USD dziennie) spadła z 31% do 6,4%.” Chilijski PKB to ok. 26 tys. dolarów na osobę, co nie odbiega od wskaźników wielu krajów europejskich. Chilijska gospodarka rozwija się w tempie ok. 4 % (w tym roku nieco mniej), inflacja sięga 2,6%. Statystyki opierające się głównie na wyciągniętej średniej pokazują dobrobyt Chile w przyjaznym świetle. 

W praktyce większa część społeczeństwa próbuje co miesiąc wiązać koniec z końcem.  75 % Chilijczyków żyje na kredyt, gdyż niskie płace przy wysokich kosztach życia nie wystarczają na pokrycie podstawowych potrzeb. Jednocześnie 1% populacji (ok. 180 tysięcy osób) koncentruje aż 33% bogactwa narodu, czyniąc Chile najbardziej nierównym krajem w grupie 30 narodów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). 

Jak duże są tutejsze nierówności pokazuje też współczynnik Giniego, będący miarą stopnia zróżnicowania zarobkowego. Im wyższy, tym rozkład dochodów jest bardziej nierównomierny. W Chile wynosi 0,46 (w Polsce 0,3), co oznacza, że przy obecności niezwykle zamożnych gospodarstw domowych, relatywnie mało osób osiąga wysokie dochody, a reszta po prostu niskie. Dane: Fundación Sol

Brutalna rzeczywistość

Ponad połowa pracujących Chilijczyków otrzymuje nie więcej niż 400.000 chilijskich pesos miesięcznie (ok. 2,100 zl), a najniższa krajowa to obecnie 301.000 pesos (ok. 1,600 zl). Warto przy tym zaznaczyć, że koszty życia w Chile są wyższe niż w Polsce, a Santiago – gdzie mieszka ponad 1/3 społeczeństwa –  jest droższe od Warszawy. Do tego dochodzą koszta, z którymi w Polsce nie trzeba się liczyć, co rozwinę poniżej.

Średnie wynagrodzenie w Chile ( dane z 2018 r.) wynosi obecnie 573.964 pesos (ok. 2,800 zl), tylko 13.3% pracujących osiąga zarobki wyższe niż  1.000.000 (ok. 5,000 zl), a jedynie 1,7% conajmniej $3.000.000 (15,000 zl). Jak wyliczyła ceniona za rzetelność Fundacja Sol, miesięczne koszta życia przeciętnej rodziny 3-4 osobowej to ok. 1.500.000 pesos (wliczając w to tylko podstawowe wydatki, ok. 7,350 zl). Nie trudno więc zdać sobie sprawę, że nawet przy dwójce pracujących rodziców nie jest w Chile łatwo, zwłaszcza kiedy dzieci są małe albo już studiują. Dla przykładu, ceny pieluch są tu na tyle wysokie, że moim przyjaciołom opłaca się je kupować w Polsce i wysyłać do Santiago pocztą. Zaś edukacja wyższa w Chile jest (z małymi wyjątkami) płatna i droga (na publicznych uniwersytetach też), gdyż traktowana jest tutaj jako przywilej, a nie powszechne prawo.

Jeszcze trudniej wygląda sytuacja emerytów. Połowa z nich otrzymuje sumę nie przekraczającą 175 mil pesos (940 zl), przy czym publiczna służba zdrowia pozostawia wiele do życzenia (jak podaje CNN Chile tylko między styczniem a czerwcem 2018 r. zmarło 9724 osób z listy oczekujących w systemie publicznym), a te same leki w Chile miewają ceny kilkanaście razy wyższe niż w Europie. (Polecam ten reportaż Tele13)

Foto: Sebastién G. Mora (z lewej). Screenshot z Instagrama, ale nie wiem kto jest autorem (z prawej)

Chile to drogi i coraz droższy kraj. W starszym poście dotyczących statystyk z 2017 r. pisałam, że przez 4 lata koszt jedzenia podniósł się aż o 21,4%, a zdrowia o 20,5 %. Według danych Narodowego Instytutu Statystyk coraz drożej jest też studiować, konkretnie o 21,2 %. Niedawno w Chile podrożał tez prąd, woda, opłaty za autostrady i owe nieszczęsne metro (już kilkakrotnie w przeciągu ostatnich lat), które przelało czarę goryczy. Budżet domowy nie jest z gumy, a wciąż podkreślane wspaniałe wskaźniki dostatku złudne. Jeśli jedna osoba zarabia 1.000 zl, a druga 10.000 zl, to statystycznie obydwie zarabiają po 5.500 zl.  Tylko że dalekie jest to od rzeczywistości.

Świat się zdziwił, kiedy Chilijczycy wyszli na ulicę, ale ta kumulacja gniewu, rozczarowania i zwykłe ludzkiej niedoli musiała kiedyś wybuchnąć. Niczym energia, która w końcu daje upust w postaci trzęsienia ziemi. Tym razem społecznego. Zwłaszcza, że to nie jedyne powody rozczarowania tym, jak w Chile wygląda dziś demokracja. „Chile Despertó”, Chile się obudziło, mówi najpopularniejszy hashtag wydarzeń.

Foto: źródło – Mega.cl (z lewej), autor – Renato Lorenzo Vidal (z prawej)

Neoliberalny eksperyment

Od zamachu stanu w Chile minęło 46 lat. Od przywrócenia demokracji po dyktaturze wojskowej 29. Spuściznę Pinocheta widać jednak do dziś, przede wszystkim właśnie w gospodarce.  

Zaraz po dojściu do władzy, nieznający się na ekonomii Pinochet, oddał ją w ręce grupy chilijskich ekonomistów, którzy na Uniwersytecie w Chicago idei skrajnego neoliberalizmu uczyli się od samego Miltona Friedmana. Tzw. tzw. „Chicago Boys dostali za zadanie przeprowadzić całkowitą transformację chilijskiej gospodarki. Panujący terror i niespełna siedemnastoletnia dyktatura pozwoliła na to, by Chile bez żadnych przeszkód stało się swoistym laboratorium doświadczalnym, gdzie przeprowadzono szereg ekstremalnych reform wolnorynkowych. Sam Friedman nazywał je potem „Chilijskim cudem”.

Aby wygenerować wzrost gospodarczy drastycznie zmniejszono rolę państwa w gospodarce, wyeliminowano kontrolę cen, zmniejszono wydatki fiskalne i podatki, uwolniono rynki i sprywatyzowano wiele przedsiębiorstw państwowych, fabryk i banków. W 1981 r., całkowicie sprywatyzowano również system emerytalny. Aby zwiększyć handel międzynarodowy zniesiono bariery w imporcie, drastyczne obniżono taryfy i cła. Uwolniono rynki kapitałowe, a Bank Centralny uzyskał niezależność w celu zmniejszenia inflacji. Uwolniono również rynki pracy, ograniczając m.in. interwencję rządu w negocjacje między pracodawcami a pracownikami.

Na przełomie lat 70-tych i 80-tych przeważyła więc w Chile idea jak najmniejszej ingerencji ze strony państwa, prywatyzacji usług i towarów oraz wzmocnienia dużych firm, co miało wygenerować wzrost. W 1980 r. uchwalono również Konstytucję, której głównym autorem był główny ideolog reżimu, skrajny prawicowiec, Jaime Guzmán. To właśnie w niej zarówno system zdrowia jak i edukacji widziany jest jako „biznes”. Choć naniesiono do niej 46 poprawek, to wciąż aktualna ustawa zasadnicza, a reformy gospodarcze zostały właściwie nietknięte w okresie demokratycznym.„To nie przez 30 pesos. To przez 30 lat” (Foto: Radio Suquia)

Chile rzeczywiście zaczęło się bogacić. Problem w tym, że bogaty kraj nie zawsze oznacza bogatych obywateli. Majątki powiększali i nadal powiększają nie wszyscy, ale wybrani. „Myśleliśmy, że nierówności ostatecznie się wyrównają” – powiedział dla Guardiana jeden z chicagowskich chłopców, Rolf Lüders. Lüders był Ministrem Gospodarki w 1982 r. i Ministrem Skarbu Państwa w latach 1982 – 83. 

Chilijski model obrazowo pokazał dziennikarz Amaro Gómez Pablos, ustawiając na sobie w trzech rzędach kieliszki w różnym rozmiarze. Do górnego i największego nalał po brzegi soku po czym powiedział, że według chilijskiego eksperymentu bogactwo z góry miało przez ociekanie czy przelewanie przynieść korzyści tym z dołu. W praktyce jednak, choć ogólnie nastąpiło zmniejszenie ubóstwa, „niesprawiedliwość społeczna z nierównością była groteskowa”, powiedział obserwując jak nieliczne krople docierają do dolnych naczyń. – „Tylko 5% bogactwa tutaj (wskazał największy kieliszek, symbolizujący nikły procent społeczeństwa) sięgnęło do 60% tutaj (wskazał najmniejsze kieliszki, reprezentujące większość obywatelstwa). 1% posiada 1/4 towarów w całym kraju; 10% posiada 2/3 z 65% bogactwa kraju, a pozostała część przypada na 90% Chilijczyków.” – dodał.

W praktyce więc od 30 lat największymi fortunami w Chile obracają rodziny związane dawniej z Pinochetem i te, które brały udział w transformacyjnych negocjacjach. Dla zwykłego obywatela niewiele się zmieniło. „Warunki życia faktycznie się poprawiają. Poziom ubóstwa spada… Chile rośnie przez większą część ostatniej dekady” (..) Problem polega na tym, że ludzie dostrzegają, że bogactwo i możliwości nie są równo rozdzielone. Nie ma równych szans. (…) „Czują się, jakby byli u bram ziemi obiecanej. I widzą, jak wszystkie elity bawią się i czerpią korzyści z rozwoju gospodarczego – ale oni nie są tam wpuszczani ” – powiedział jeden z protestujących dziś Chilijczyków, którego cytuje GUARDIAN, 

Czyżby operacja się udała, ale pacjent zmarł?

Zagubiona przyzwoitość

Wydaje się, że Chilijczykom nie chodzi dziś o całkowitą zmianę modelu neoliberalnej gospodarki. Chcą jednak by nieco bardziej kontrolowana przez rząd, by unikać korupcji w obecnej ogromnej skali, i by państwo wzięło odpowiedzialność za niektóre sprywatyzowane dziś sektory, które w innych neoliberalnych krajach sprywatyzowane nie są. Nie musi to oznaczać wpadnięcia w kolejne ekstremum, ale wypadnięcie z obecnego. Myślę, że szukane jest rozwiązanie, które nada chilijskiemu modelowi nieco przyzwoitości. 

Symboliczne w tym kontekście wydają się słowa, które padają z ust Rolfa Lüdersa w dokumencie „Chicago Boys” z 2015 r. (reż Carola Fuentes, Rafael Valdeavellano): „Nierówność nie mogłaby mnie obchodzić mniej. Obchodzi mnie bieda. (…) Nierówność to problem zazdrości: zazdroszczę temu, kto ma więcej pieniędzy”.

Przyzwoitość to moim zdaniem jedno z kluczowych słów w całej tej sprawie. Przykład najprostszy, choć nie najważniejszy: pensje chilijskich polityków są aż 33 razy wyższe niż najniższa krajowa. W wielu krajach europejskich pomnożona jest o 4-5 razy. Nawet gdyby zarabiali i 10 razy więcej, resztę – powstałe w ten sposób miliardy pesos rocznie – możnaby zainwestować w socjal, np. otwarcie i utrzymanie publicznych szpitali czy publicznych darmowych uniwersytetów. Nawet jeśli tylko po jednym z nich.

Chilijczycy chcą też , by rząd skuteczniej walczył z korupcją. Wykryte w ostatnich latach afery pokazały, że państwo na podatkowych oszustwach traci niebotyczne pieniądze, a oszukują nie tylko wielcy przedsiębiorcy, ale również policja i wojsko (słynne „Pacogate”), a nawet firmy sprzedające kurczaki czy papier toaletowy…. Sumy o jakich mówimy są ogromne. Fundación SOL, obliczyła ostatnio, że kwota na jaką oszukano Chilijczyków w związku z tym nieszczęsnym papierem toaletowym odpowiada liczbie 10.000 emerytur w wysokości 500.000 pesos (ok. 2.500 zl), które można by było wypłacać przez 5 lat. (Przypominam, że obecnie 50% emerytów otrzymuje nie więcej niż głodowe 175.000, ok, 890 zl). Swoją drogą, jako karę sprawcy musieli „oddać” każdemu z Chilijczyków po 7.000 pesos (ok.36 zl) i trudno ją było nazwać adekwatną. Oszustwa wojskowych w 2010 i 2014 r. opiewają na 200 milionów dolarów co odpowiada liczbie 8.000 emerytur o wysokości najniższej krajowej (301.000 pesos, ok. 1,500 zl), które mogłyby być wypłacane przez 5 lat. A to tylko dwie z wielu afer. 

Chile to bogaty kraj, w przyrodę, w zasoby naturalne. Nie brakuje tu pieniędzy. Problem leży w dystrybucji dochodów i w tym, że wiele sektorów publicznych jest w rękach prywatnych, od pokoleń faworyzując konkretny sektor społeczeństwa i kilka chilijskich rodzin. Politycy sami są często przedsiębiorcami, jak choćby prezydent Piñera, co rzutuje nierzadko na wyniki głosowań i wprowadzane prawa (kiedy minister edukacji jest właścicielem prywatnego, dobrze prosperującego uniwersytetu, nie będzie chciał zapewne wprowadzić darmowej powszechnej wyższej edukacji). 

Foto: lavoz.com.ar

Jednym z głównych postulatów, obok referendum w sprawie nowej konstytucji, jest likwidacja AFP, prywatnego systemu emerytalnego zaprojektowanego nomen omen przez brata prezydenta, Jose Piñerę, w czasach reżimu Pinocheta i powrót do systemu państwowego (albo przynajmniej współistnienie obydwu, by można było wybrać czy się chce być w państwowym czy prywatnym). Oddanie tego sektora prywaciarzom to doskonały przykład na to, jak tutejszy rząd sprawy i problemy natury publicznej rozwiązuje przekazywaniem ich w ręce prywatne. W Chile nawet woda czy opłaty za autostrady są w rękach prywaciarzy… Że brak tu przyzwoitości niech pokaże przykład „ley de pesca”, gdzie sprywatyzować chciano  chilijski ocean, dzieląc go w praktyce pomiędzy 7 rodzin. Większa rola państwa w kontrolowaniu wolnorynkowości dyskutowana jest również m.in. w kontekście cen leków. Niestety codziennością jest sytuacja, kiedy ten sam lek tego samego międzynarodowego laboratorium w Chile kosztuje 45.000 pesos (230 zl), podczas gdy w innych latynoamerykańskich krajach połowę tego, a w Europie jedynie 1.600 (8 zl). Trzy główne sieci chilijskich aptek ustalają wspólną cenę między sobą, nie mając właściwie ograniczeń.

Główne postulaty

Reasumując, Chilijczycy chcą przede wszystkim referendum konstytucyjnego i nowej konstytucji, gdzie na nowo można by zdefiniować m.in. co to znaczy „wolność” oraz co jest prawem a co przywilejem (jak np. dostęp do edukacji wyższej), prawa kobiet (zupełnie w starej konstytucji nieżyciowe) i rolę rządu w całej tej wolnorynkowej machinie.

Chcą też walki z korupcją i „sprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości”. Za przykład niech pokaże sprawa „Penta”, gdzie za oszustwa na 1,700 miliona peso wymierzono przedsiębiorcom lekcje etyki, podczas gdy „zwykła kradzież” statystycznego obywatela kończy się więzieniem. Swoją drogą, lekcje kosztowały Państwo, czyli obywateli, 30 milionów peso.

Na sztandarach widać masowo również napis „No + AFP ” (no más, czyli nigdy więcej), a w sieci krąży obrazowy mem z parą staruszków, karmiących okruchami chleba kruki, na których napisane jest AFP. Chilijczycy mają dość, że dzięki obecnemu prywatnemu systemowi emerytalnemu garść osób wzbogaca się niewyobrażalnie obracając ich pieniędzmi, a sami płacący składki dostają potem głodowe emerytury. Młodzi nie chcą podzielić losów rodziców czy dziadków. Jose Piñera uparcie broni obecnego systemu powtarzając, że skopiowało go niespełna 30 krajów świata. Porównuje go do wspaniałego samochodu marki Mercedes Benz, mówiąc: „To nie moja wina, jeśli ktoś nie dolewa do baku odpowiedniej benzyny”. Przy obecnej wysokości zarobków trudno jednak by było inaczej.

Od lat Chilijczycy domagają się darmowej edukacji wyższej i edukacji na dobrym poziomie. Tym bardziej, że jest bardzo droga. Chcą też  lepszej opieki zdrowotnej (brakuje szpitali), podatku dla 1% najbogatszych oraz wspomnianej przyzwoitości i minima etyki w cały tym bogaceniu się wybranych.

Neoliberalizm w Chile sięgnął ekstremum i o to ekstremum Chilijczykom moim zdaniem chodzi.Foto: Chile Constituyente

Jaka w tym wina obecnego rządu?

Choć obecny rząd nie jest winny ostatnich 30 lat rozczarowania to swoimi decyzjami i wypowiedziami prezydenta (to jego druga kadencja) oraz parlamentarzystów przyczynił się do poczucia osamotnienia w niedoli i braku nadziei na zmiany. To teraz przelała się czara goryczy. 

Poprzednia prezydent, Michelle Bachelet, rozpoczęła proces zmiany konstytucji, Piñera porzucił projekt. W poprzedniej kadencji rozpoczęła też zmiany w systemie edukacji i stopniowo wprowadzała darmową edukację wyższą. (Na publicznych uniwersytetach jest obecnie pewien procent miejsc, dostępnych dla studentów z najbiedniejszego sektora, którzy po spełnieniu odpowiednich warunków mogą studiować za darmo. Dziś to ok. 25% wszystkich studentów). Piñera od razu po wygranej zapowiedział, że chce ten projekt cofnąć, gdyż edukacja to przywilej i trzeba za niego płacić. Niektóre wypowiedzi ministrów, jak te o wcześniejszym wstawaniu, by płacić mniej za metro albo ta, że metro podrożało ale tańsze są kwiaty, potwierdziły jedynie, że nie traktują większości społeczeństwa poważnie. Jednocześnie, nieścisłości podatkowe i problemy z prawem ma na swoim koncie nawet prezydent, któremu dodatkowo uszły one na sucho. Chilijczycy czują się okradani, nie tyle z pieniędzy, co z godności. 

Dziś Sebastián Piñera ma jedynie 13% poparcia (niektóre sondaże podają 9%). To najniższy wynik w historii chilijskich prezydentów. W pierwszym od wybuchu protestów wywiadzie dla zagranicznej prasy, dla BBC, powiedział, że nie odejdzie i skończy swoja kadencję, gdyż wybrano do w demokratycznym głosowaniu. (wywiad po angielsku)

Kryzys nie tylko polityczny

Rzeczą, którą trudno będzie wymazać Piñerze z dorobku drugiej kadencji są oskarżenia o łamanie praw człowieka przez wojsko i policję, podczas tłumienia protestów i zamieszek. To prawda, mnożyły się akty wandalizmu, grup podpinających się pod protestujących, niektóre zupełnie nielogiczne i niweczące ogólny przekaz chilijskich protestów. Spalono m.in. 80 ze 136 stacji metra, podpalono niektóre budynki, obrabowywano supermarkety. Brutalność wojskowych przyniosła jednak zatrważający bilans ofiar, rannych i przypadków łamania praw człowieka, zwłaszcza w dniach stanu wyjątkowego i godziny policyjnej.  Liczby mówią same za siebie. Bilans miesiąca protestów sięga już 23 ofiar śmiertelnych, ponad 5.000 aresztowanych i ponad 2.000 rannych. Według rejestru Narodowego Instytutu Praw Człowieka (INDH) 192 kobiet i mężczyzn poddano torturom. Wpłynęło też 52 skarg dotyczących przemocy seksualnej. Takich niechlubnych wyników nie ma nawet Hong Kong po 5 miesiącach protestów. Nie ma ich też Katalunia, Ekwador czy Liban. Trudno nie kwestionować „demokratycznych metod” stosowanych przez rząd. Do Chile, już w drugim tygodniu protestów, przybyło Amnesty International i misja ONZ by przyjrzeć się sprawie.

Foto: bbc.com

Aż 200 osób odniosło obrażenia oka przez gumowe pociski używane przez policję, co świadczy o tym, że mundurowi strzelają nimi z bliskiej odległości i w okolice głowy. 60% doznało poważnego pogorszenia widzenia, a prawie 30% straciło wzrok w jednym oku (jedna osoba w dwóch…) Według Chilijskiego Stowarzyszenia Okulistów to niechlubny światowy rekord, jeśli chodzi o rany oczu bronią nieśmiercionośną podczas protestów lub obszarów konfliktu.

Foto: bloomberg.com

Prezydent przy każdej możliwej okazji potępia akty wandalizmu (podpalanie i niszczenie państwowego oraz prywatnego mienia, włamania do supermarketów), ale konsekwentnie milczy w sprawie ofiar, łamania praw człowieka i brutalności policji. W starciach rannych zostało ok. 800 mundurowych, ale trudno nie zauważyć ogromnej dysproporcji sił i poszkodowanych. Piñera od samego początku podejmuje w tej sprawie dyskusyjne decyzje. Odwiedził w szpitalu rannych policjantów, ale nie odwiedził za to nikogo z rodzin ofiar. W Pałacu Prezydenckim zorganizował jakiś czas temu uroczyste śniadanie dla przedstawicieli Carabineros (chilijska policja o charakterze wojskowym), dziękując im za wspaniała służbę. Nadużycia władzy i siły przez mundurowych zamykane są zazwyczaj w zdaniu, że wszelki takie przypadki będą zbadane. 

W sieci mnożą się grafiki, a na ulicach graffiti, mówiące o tym, że za demokrację w Chile trzeba zapłacić okiem…

Grafika: Álvaro Portales

Nowa konstytucja, czyli krok do przodu

Od miesiąca rząd, w odpowiedzi na postulaty protestujących, proponował raczej kosmetyczne zmiany. Wymieniono kilku ministrów, ogłoszono podwyżkę emerytur o 20% (tylko wybranej grupie najbiedniejszych), zapowiedziano zniżki w aptekach, odwołano podwyżkę cen metra, zamrożono na ponad rok podwyżkę prądu i wstrzymano podwyżki opłat za autostrady. Wszystko to jednak nie ociera się nawet o jakąkolwiek zmianę strukturalną, przez co Chilijczycy dalej protestują. Do historii przejdzie pokojowy protest z 25 października, kiedy to w centrum Santiago, według oficjalnych liczb, zgromadziło się ponad 1,200.000 osób, co w praktyce należy podwoić i dodać jeszcze protestujących w innych regionach. To największy protest w historii Chile.

Przełom przyszedł 15 listopada, w nocy z wtorku na środę. Po długim dniu narad prezydent chilijskiego Senatu, Jaime Quintana, ogłosił podpisanie „Porozumienia o pokoju i nowej Konstytucji”. Oznacza to, że w kwietniu 2020 r. odbędzie się plebiscyt, w którym Chilijczycy odpowiedzą na dwa pytania. Pierwsze – czy zgadzasz się na zmianę obecnej Konstytucji i rozpoczęcie procedur opracowania nowej? A drugie – w jaki sposób ma się odbyć ta procedura, czyli jaki organ ma nad nią pracować. Tu alternatywy są dwie: „convención mixta”, czyli 50% wybranych w tym celu delegatów i 50% urzędujących parlamentarzystów
albo „convención constitucional”, czyli 100% wybranych w tym celu delegatów. 
Wybór delegatów odbędzie się w październiku 2020 r. wraz z wyborami samorządowymi. Formą ratyfikacji nowej Konstytucji będzie bezwzględna większość głosów w referendum z głosowaniem obligatoryjnym.

Foto: Sebastián Ojeda S. (z lewej), Juan Cristóbal Lara (z prawej)

Według najnowszego sondażu Cadem 82% ankietowanych zgadza się z opracowaniem nowej ustawy zasadniczej, a 60% woli by nie dotykali się do niej obecni parlamentarzyści.

Kworum potrzebne do zatwierdzania ustaleń w ramach organu założycielskiego wynosić jednak będzie 2/3, co oznacza, że trudno będzie przegłosować daną propozycję. Dlatego też Chilijczycy są póki co nieco powściągliwi w radości i triumfie. Poza tym, zmiana konstytucji to tylko jeden z ich postulatów. 

Niemniej jednak to historyczny moment dla Chile. To co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się niemożliwe, staje się ogromną szansą na prawdziwy powrót demokracji poprzez wyeliminowanie jednej z największych spuścizn Pinocheta. To pierwszy krok, choć droga jest długa i nie będzie łatwa.

 

Niektóre inne źródła:

https://ciperchile.cl/…/furia-desatada-en-carabineros-fuer…/

https://www.elmostrador.cl/…/el-triste-record-de-chile-com…/

https://www.bbc.com/mundo/noticias-america-latina-50354968…

https://www.theguardian.com/commentisfree/2019/oct/24/democracy-chile-protesters-pinera-pinochet?CMP=share_btn_fb&fbclid=IwAR2YA3hPRqD8W8RYjNh8FcbWrkY02LQYS5Noniigt6deikjQm46aMDzXQto

https://www.biobiochile.cl/noticias/nacional/chile/2019/11/14/las-13-falencias-de-las-constitucion-de-acuerdo-a-expertos.shtml

https://www.24horas.cl/politica/encuesta-cadem-un-67-respalda-el-acuerdo-para-una-nueva-constitucion-3732804?fbclid=IwAR1nn5AcxdHs_p5rRfJPv9N_6cvOpHILLRFLYxFVv3FNxSqwd14Pj5ygqu0

https://www.cnnchile.com/…/frente-amplio-votar-rebaja…/

https://www.latercera.com/…/esta-chile-en-condicion…/875888/

https://www.cnnchile.com/…/indh-detenidos-heridos-querella…/

https://www.telesurtv.net/…/investigan-tortura-estacion-baq…

https://www.adnradio.cl/…/minist…/20191024/nota/3970494.aspx

https://www.cooperativa.cl/…/the-eco…/2019-10-21/162930.html

https://elpais.com/…/2…/10/21/america/1571627404_171893.html

https://www.biobiochile.cl/…/toque-de-queda-este-lunes-21-d…

https://www.cooperativa.cl/…/formali…/2019-10-21/151627.html

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 7 komentarzy

  • Swietny artykul!!!

    Wyglada na to ze sytuacja pomalu sie uspokaja i rzad w kwietniu przeprowadzi plebiscyt takze trzymajmy kciuki aby „las cosas” szly w dobrym kierunku.

    • Monika Trętowska pisze:

      Krzysztof, dziękuję. Przed Chile jeszcze długa droga. Konstytucja to tylko jeden z postulatów, potrzebne są jeszcze inne decyzje i zmiany. Do kwietnia jeszcze sporo czasu, zobaczymy więc jak będą przebiegać najbliższe tygodnie.

  • wielkie dzięki za ten artykuł, super synteza, pierwsza jaką przeczytałam w calości. przymierzam się do napisania o hong kongu czegoś chociaż trochę podobnego, więc wiem ile musiałaś wysiłku i czasu włożyć w jego napisanie 🙂 dzięki jeszcze raz!

    • Monika Trętowska pisze:

      Dziękuję! To prawda, spędziłam nad nim dużo czasu, ale czuję potrzebę głębszego informowania o chilijskich wydarzeniach i ich przyczynach. Chętnie przeczytam Twój tekst o Hong Kongu, więc podeślij link jak już powstanie 🙂

  • Krzysztof pisze:

    Bardzo dobry artykuł,wiele wyjaśnia nam,tak daleko od tego pięknego Kraju

  • Monika pisze:

    Jesteśmy właśnie w Chile – ostatnie 4 dni spędziliśmy w Valparaiso. Faktycznie codziennie protesty, dużo aktów wandalizmu niestety też. Zaspawane witryny sklepowe w centrum to przygnębiający widok. Spalone rzeczy również. Dziwne, ale czujemy się dość bezpiecznie- w miejscach turystycznych było spokojnie (chociaż turystów mało – przez pierwsze 2 dni byliśmy w hotelu sami na 15 pokoi).
    Generalnie poranki spokojne, ludzie się zbierają po południu i na początku jest spokojnie. Gorzej popołudnia- trzeba unikać miejsc gdzie ludzie się gromadzą. Przypadkiem w Viña del Mar wyszliśmy zza rogu na rozpędzaną demonstracje i już wiem jak działają nawet marne opary gazu łzawiącego.
    Wszyscy miejscowi przygnębieni mówią o złym czasie dla Chile…
    Pozdrawiam, Mobika

Dodaj komentarz