W zeszły weekend moja osobista lista najlepszych chilijskich filmów, jakie widziałam, wydłużyła się o jedną pozycję. Udało mi się w końcu obejrzeć „El Club” w reżyserii Pablo Larraín, po tym jak trzy lata temu nie zdążyłam zobaczyć go w kinie. Pomyślałam, że będzie to dobry impuls, by napisać post filmowy i przybliżyć wam nieco chilijskie, współczesne kino. Wybrałam dziesięć filmów ostatnich dziesięciu lat, które widziałam i mogę wam szczerze polecić. W bonusie dorzucam jedną produkcję, która jest nieco starsza (z 2004 r.), ale nie chciałam jej pominąć, bo to jeden z najważniejszych filmów w historii chilijskiego kina.

Post będzie subiektywny, choć patrząc na przeróżne rankingi krążące w sieci, większość filmów zdobyła pozytywne recenzje zarówno krytyków jak i widzów. Potraktujcie więc wpis jako małą ściągawkę z chilijskiego kina ostatnich lat, a przy okazji okno do chilijskiej historii i kultury. Wybrane filmy poruszają tematy z wielu dziedzin, m.in. podział klasowy społeczeństwa, problem winy i kary,  czasy dyktatury Pinocheta, pedofilię w kościele, transgender i pozycję kobiety w społeczeństwie. Kolejność filmów będzie raczej przypadkowa, poza pierwszym i ostatnim.

Do każdego tytułu załączam trailer z angielskimi napisami. Postaram się nie spoilerować, a jedynie nakreślić tematy filmów i to, dlaczego znalazły się na tej liście. Dajcie mi znać w komentarzach, które już widzieliście, które się wam podobały, a które nie bardzo. Chętnie też przyjmę wasze polecenia.

 

CHILIJSKIE FILMY OSTATNICH 10 LAT, KTÓRE POLECAM:

La nana (2009), reż. Sebastian Silva

Ten film nieprzypadkowo otwiera listę. To pierwszy chilijski obraz, jaki widziałam. Mieszkałam jeszcze w Warszawie, gdzie co roku chodziłam na Festiwal Filmów Latynoamerykańskich. Tam też zobaczyłam „La Nana”  w reżyserii Sebastiana Silvy i do dziś jest to jeden z moich ulubionych filmów z Chile.

Czarna komedia (tak naprawdę dość smutna) opowiada historię Raquel, pracującej jako pomoc domowa w jednym z bogatych domów w Santiago. Zaznaczę od razu, że niemalże wszyscy  z klasy bogatej w Chile mają służące (albo kilka) i dzielą się one na dwie kategorie: „nana puera afuera” (czyli taka, która pomaga w domu, ale na noc wraca do siebie i swojego życia) i „nana puerta adentro” (taka, która mieszka ze swoimi pracodawcami, zazwyczaj w małym pokoiku przy kuchni). Raquel jest drugim typem. Od 23 lat pracuje u tej samej rodziny i siłą rzeczy czuje się jej częścią. Kiedy pracodawcy postanawiają zatrudnić kogoś do pomocy starzejącej się powoli Raquel, kobieta czuje się zagrożona i rozpoczyna działania sabotażowe z nowymi kandydatkami. Wcale nie małego kalibru. Do czego posunie się, by nie stracić swojej pozycji w tym domu? Jaką rzeczywiście ma pozycję? Czy słusznie czuję się członkiem tej rodziny? A może to tylko reakcja na samotność i izolację? Dodam też nurtujące mnie osobiście pytanie, odkąd mieszkam w Chile i obserwuję sytuację tutejszych pomocy domowych: czy instytucja „nana puerta dentro” jest w ogóle w porządku moralnie? Czy nie jest to jednak pewien rodzaj płatnego niewolnictwa, który przynosi długotrwałe skutki w psychice pracownika?

W roli głównej wspaniała Catalina Saavedra. Surowa, oszczędna, a jakże wymowna.

Film miał swoją premierę na Festiwalu w Sundance, gdzie  zdobył Nagrodę Jury, a sama Saavedra nagrodę specjalną. „La Nana” ma również na koncie dwadzieścia innych nagród międzynarodowych. Jest też pierwszym chilijskim filmem, nominowanym do Złotych Globów w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. 

 


 

NO (2012), reż. Pablo Larraín

Jeśli interesuje was temat schyłku dyktatur Pinocheta ten film powinien znaleźć się i na waszej liście. Często słyszę pytanie jak to się stało, że po kilkunastu latach trzymania kraju w garści, Pinochet przegrał plebiscyt 1988 r., który rok później odsunął go od władzy? Społeczeństwo było zastraszone. Przy urnach stało uzbrojone wojsko. Nie wiadomo było nawet czy rząd uzna wyniki plebiscytu. Skąd ta siła, by powiedzieć NIE, pomimo wszystko?

Ogromną (choć nie jedyną) rolę odegrała historyczna już kampania telewizyjna, przygotowana przez frakcję „NO”, czyli tą, która głosowała, by Pinochet nie został u władzy. Była niezwykle pozytywna, optymistyczna, z wpadającą w ucho piosenką przewodnią, kolorowym logiem z tęczą i pełnym nadziei sloganem opozycji „Chile, alegría ya viene” („Chile, radość już nadchodzi”). Pablo Larraín pokazuje kulisy powstania tej kampanii. Wizję lepszej przyszłości (jeśli odejdzie Pinochet) potraktowano marketingowo i „sprzedano” niczym najlepszy dostępny na rynku produkt. Spoty „NIE” miały więc oznaczać radość, szansę na jaśniejszą przyszłość, wybór, który przyniesie szczęście. Zasady chwytliwej reklamy produktu zastosowano tu w kontekście polityki, co na te czasy było niezwykle innowacyjne.

Warto pamiętać, że fIlm „NO” nie jest dokumentem (scenariusz oparty jest na sztuce teatralnej „El Plebiscito” Antonio Skármety), choć zawiera wiele materiałów archiwalnych. Nazwisko głównego bohatera, kreatywnego szefa kampanii René Saavedra (granego przez Gael García Bernala) jest fikcyjne, ale sama kampania i jej okoliczności są prawdziwe, a film stanowi ciekawe studium przeniknięcia się świata reklam i polityki w burzliwym czasie dyktatury.

„NO” było chilijskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Przegrał ze świetnym filmem „Separation” z Iranu.   Wygrał za to m.in. Art Cinema Award w Cannes.

Jeśli interesują Cię filmy z okresu zamachu stanu zajrzyj też w post o tym filmie – ALLENDE EN SU LABERINTO i w ten post, gdzie polecam seriale dokumentalne – CHILE 40 LAT PO ZAMACHU STANU. 


Tony Manero (2008) reż. Pablo Larraín

„Tony Manero” to kolejny film Pablo Larraín ( “No”) na tej liście. Skojarzenia z bohaterem „Gorączki sobotniej nocy” są jak najbardziej słuszne, jest to bowiem historia 50-letniego Raúla (świetny Alfredo Castro), który ma obsesje na punkcie kultowego obrazu. Zna każdy ruch, każde zdanie i każdą scenę z filmu, a jego jedynym celem w życiu jest wygranie telewizyjnego konkursu na sobowtóra Tonego Manero. Brzmi jak taneczna komedia? Nastrój zmieni się, kiedy dodam, że rzecz dzieje się w 1979 roku, w czasach dyktatury Pinocheta, a bohater nie cofnie się przed niczym, żeby spełnić swoje marzenie. To gorzka, nieco dekadencka historia.

Film zdobył sporo nagród, między innymi na festiwalach w Hawanie, Istambule i Rotterdamie. Był też chilijskim kandydatem do Oscara.


Gloria (2013), reż. Sebastián Lelio

Ten film był powiewiem świeżości na międzynarodowych festiwalach wśród opowieści o nieszczęściu, wojnie i ludzkich dramatach. Głównie za sprawą świetnej Pauliny García w roli tytułowej Glorii, niespełna sześciesięcioletniej rozwódki pełnej życia i chęci na więcej. Gloria po wielu latach samotności, szuka towarzystwa, seksu, a może i nowej miłości, chodząc na wieczorne imprezy dla singli. Właśnie tam spotyka Rodolfo, z którym widzi szansę na związek. Czy miłość w dojrzałym wieku ma szansę na przetrwanie burz z przeszłości? Czy wolny duch wystarczy, by zaufać i dać się ponieść? Czy jesień życia może być beztroska? A może przeszłość zawsze nas doścignie?

Te pytania pozostawię bez odpowiedzi, ale dodam, że film jest powiewem nadziei dla aktorek po pięćdziesiątce, które czekają aż kino będzie miało dla nich ciekawe role. Paulina García swoją szansę wykorzystała. Na Festiwalu w Berlinie, gdzie film miał swoja premierę, zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszą rolę żeńską. Reżyser obrazu, Sebastián Lelio dostał za to nagrodę Jury.


El Club (2015), reż. Pablo Larraín

Dotarliśmy do wspomnianego przeze mnie na początku obrazu „El Club”. Tak się składa, że reżyserem ponownie jest Pablo Larraín. Nagrał go podobno szybko i  w tak zwanym międzyczasie, szykując się do swojego  głośnego obrazu „Neruda” o słynnym, chilijskim nobliście i kobieciarzu. (Tego filmu za to nie znajdziecie na mojej liście).  

„El Club” opowiada historię grupy księży, mieszkających razem w domu na wybrzeżu Chile wraz Moniką, siostrą zakonną, która się nimi troskliwie opiekuje. Znaleźli się tam “z wielorakich i złożonych powodów”, co w praktyce oznacza, że zostali tam zesłani za karę. Przyjazd nowego księdza-pedofila, który ma zamieszkać razem z nimi, burzy wypracowany spokój domu i rozpoczyna serię wydarzeń, która nie tylko przypomina im o przewinieniach z przeszłości, ale stawia pytanie czy sami księża czują się czemuś w ogóle winni.

Nowy obraz Larraina to odważna krytyka kościoła katolickiego, poruszająca m.in. głośny ostatnio temat pedofilii i homoseksualizmu księży, zamiatania problemów pod dywan i unikania odpowiedzialności karnej przez duchownych. To film o „odkupieniu, pokucie i ofiarach”, mówi reżyser. Ja od siebie dodam, że ma dość mocne zakończenie.

„El Club” zdobył wiele nagród międzynarodowych, m.in. Nagrodę Jury na Berlinale dla Larraina. Scenariusz, reżyserię  i aktorów doceniono na festiwalach w Chicago, Hawanie, Limie, Helsinkach i Meksyku. Film nominowany był również do Złotych Globów.

Przy okazji tematu pedofilii w chilijskim kościele wspomnę o dość głośnym niedawno wydarzeniu. Kilka miesięcy temu papież Franciszek wezwał do Watykanu wszystkich biskupów z Chile, by omówić z nimi sytuację w związku z ujawnionym przypadkami nadużyć seksualnych i ich tuszowania. 18 maja tego roku wszyscy chilijscy biskupi złożyli rezygnację na ręce papieża i oddali się do jego dyspozycji. 

 


El Bosque de Karadima (2015) reż. Matías Lira

Skoro jesteśmy przy temacie skandali i przewinień duchownych podam wam od razu drugi film z tego samego roku o podobnej wymowie. Tym razem chodzi o jednego, konkretnego księdza, nazwanego z imienia i nazwiska. Fernando Karadima był proboszczem parafii „El Bosque”, do której uczęszczało wiele z najbogatszych, najbardziej wpływowych, elitarnych rodzin w Santiago. Był postacią szanowaną, duchowym przywódcą nastolatków i młodych księży. Sprawa wieloletniego wykorzystywania seksualnego nieletnich przez księdza Karadimę wyszła na jaw oficjalnie w 2010 r., choć już w 1984 r. pojawiły się pierwsze oskarżenia. Kościół zamiótł wtedy sprawę pod dywan i robił tak ponad 20 lat.

Film Matíasa Liry opowiada historię duchownego z perspektywy jednej z jego ofiar, młodego Tomasa. Rozdarty między miłość do Boga, wyniesionego z domu szacunku do Kościoła, a pierwszą młodzieńczą miłość do dziewczyny, stanie się jedną z ofiar seksualnych nadużyć Karadimy i jego psychologicznej manipulacji. Już w dorosłym życiu zmierzy się z przeszłością i siatką obrońców nieskazitelnej opinii Karadimy, pokazując jednocześnie jak ogromny wpływ na jego psychikę i życiowe wybory miały wydarzenia z przeszłości.

Karamidę gra doskonały w swej groteskowości Luis Gnecco (scena w samochodzie!), a Tomasa bożyszcze chilijskich kobiet Benjamín Vicuña. Film emitowany był również jako kilkuodcinkowy serial w jednej z chilijskich telewizji.

Nie będzie to chyba spoiler, jeśli dodam, że w tym roku Papież Franciszek usunął ze stanu kapłańskiego Fernando Karadimę, uznając go za „seryjnego pedofila”.


 

Aurora (2014) / La memoria de agua (2015), reż. Matías Bize

Wahałam się czy podrzucić wam „Aurorę” czy „La memoria de agua”. Obydwa filmy zrobił ten sam reżyser, Matías Bize i obydwa mają podobną, intymną aurę. Bize lubi buszować w relacji między partnerami na wieli płaszczyznach. Zwykle skupia się na tej bardzo emocjonalnej i najgłębszej, zarówno z perspektywy pary jak i każdej ze stron indywidualnie. Podrzucę wam więc dwa filmy, w końcu kto mi zabroni 🙂

„Aurora” oparta jest na prawdziwej historii kobiety, która od długiego czasu stara się z mężem o adopcję. Kiedy któregoś dnia czyta w gazecie o porzuconym na śmietnisku noworodku, postanawia adoptować martwą dziewczynkę, walcząc o godny pochówek dla dziecka. Walczy z urzędnikami, z przepisami i z tym „co ludzie powiedzą”. W roli Sofii Amparo Noguera, uważana przez wielu za jedną z najlepszych aktorek w Chile. Partneruje jej Luis Gnecco, o którym wspominałam przy okazji „El Bosque de Karadima” i którego pierwszy raz widziałam w niemrocznej roli kochającego męża. 

„La memoria de agua” opowiada za to historię małżeństwa, próbującego podnieść się i wzajemnie odnaleźć po stracie dziecka (ich mały syn topi się w basenie). Film był o tyle głośny, że grający główną rolę Benjamin Vicuña (ten z „El Bosque de Karadima”) całkiem niedawno w prawdziwym życiu również stracił małe dziecko, a jego małżeństwo nie przeszło próby czasu. 

Polecam obydwa filmy, jeśli lubicie intymne, psychologiczne historie.

 


Violeta se fue a los cielos (2011), reż. Andrés Wood

Andrés Wood postawił sobie wysoko poprzeczkę. Violeta Parra jest ikoną folkowej muzyki latynoamerykańskiej i postacią tak samo ważną jak i skomplikowaną.

Chilijska artystka zostawiła po sobie ponad 3000 poetyckich pieśni. Jej szczere, przejmujące utwory o trudach życia codziennego otworzyły drogę nowemu ruchowi społeczno-muzycznemu, nazwanemu później Nueva Canción Chilena (Nowa Pieśń Chilijska), który rozwijał się w latach 60-tych i sięgnął połowy kolejnego dziesięciolecia. (więcej o nim pisałam w tym poście – HISTORIA MUZYKI CHILIJSKIEJ) Parra otworzyła pierwszy w Chile „uniwersytet muzyczny”, była również pierwszą artystką z Ameryki Łacińskiej i pierwszą kobieta, której indywidualne prace zostały wystawione w Luwrze w Paryżu. (Poza muzyką tworzyła też obrazy, gobeliny, hafty, rzeźby i ceramikę). Bez dwóch zdań kochała sztukę i całkowicie się jej poświęciła.

Andrés Wood pokazuje życie Violety (w tej roli Francisca Gavilán) od najmłodszych lat do tragicznej śmierci. Pokazuje ją również – a może przede wszystkim –  jako matkę, żonę i kochankę. Nie od dziś wiadomo, że geniusze i pasjonaci nie są najłatwiejszymi partnerami, a ich wybory życiowe ranią innych. Wood zestawia wiele twarzy Parry i jej nieoczywistych decyzji. „Violeta artystka” versus „Violeta matka”. „Violeta silna i przebojowa” versus „Violeta krucha i nadwrażliwa”. Nowonarodzone dziecko czy postawienie wielkiego kroku w osiągnięciach kobiet i sztuki? Wood stawia pytania , na które nie zawsze łatwo odpowiedzieć. (Czy geniusze mogliby rozwijać się i być geniuszami, gdyby wybierali  rodzinę i oczywistą drogę? Czy to egoizm?). Choćby dlatego film polecam. Zwłaszcza jeśli lubicie muzyczne historie.

„Violeta se fue a los cielos” („Violeta poszła do nieba”) zdobyła conajmniej 13 nagród na przeróżnych festiwalach, m.in. w Sundance, Hawanie, Miami i Toulouse. Film był też chilijskim kandydatem do Oscara i nagród Goya. 

Więcej o Violecie znajdziecie w moim poście HISTORIA MUZYKI CHILIJSKIEJ, gdzie pisałam o 10 kluczowych artystach chilijskich i w tekście KOBIETY MAJĄ GŁOS, gdzie polecałam latynoamerykańskie artystki.

 


Matar a un hombre (2014), reż. Alejandro Fernández Almendras

To surowe kino. Nie każdemu się spodoba. Mało dialogów, długie ujęcia, ciemno i nieprzyjemnie. Dla innych będzie za to intrygująco i wciągająco w tej oszczędności wyrazu. „Matar a un hombre” („Zabić człowieka”) Fernandeza to historia Jorge, którego rodzinę nęka sąsiad-zbój. Okrada go wraz kumplami – kieszonkowcami, niemalże zabija mu syna, dobiera się do córki, a policja… niewiele z tym robi aka drogą legalną niewiele może zrobić. Jednego dnia spokojny z natury mężczyzna doprowadzony do granic bezsilności postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Co to oznacza i co za sobą niesie, nie powiem, żeby nie spolerować. Powiem za to, że po seansie będzie sobie trzeba odpowiedzieć na kilka pytań w sprawie zbrodni, winy i kary. Dla mnie film mógłby się równie dobrze nazywać „(Nie)Sprawiedliwość”. 

Film nagrodzono m.in. na Festiwalu Sundance, Rosji, Rotterdamie i w Cartagenie. Zdobył też nagrodę publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Valdivii w Chile.

 


La mujer fantastica (2017), reż. Sebastián Lelio

O tym filmie może słyszeliście, a nawet go już oglądaliście, gdyż to tegoroczny laureat Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Obrazu, który porusza temat dyskryminacji transseksualistów w dzisiejszym społeczeństwie, zdobył też m.in. Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz na Berlinale  i nagrodę Goya jako najlepszy film Iberoameryki.

Nie chcę wam za wiele zdradzać z fabuły filmu. Powiem tylko tyle, że opowiada historię Mariny (w tej roli Daniela Vega), która wraz ze śmiercią swojego wieloletniego partnera (Orlando grany przez Fransico Reyes) musi stawić czoła nie tylko okresowi żałoby i zamknięcia pewnego cyklu, ale również nietolerancji i nieakceptacji ze strony rodziny Orlando. Przede wszystkim jednak boryka się z odrzuceniem przez społeczeństwo i byciem ignorowaną przez urzędy i prawo, wyraźnie niegotowych na obecność osób transgender nie tylko na marginesie społeczeństwa, ale również w roli matki, żony czy partnera. 

Nie jest to może najlepszy chilijski film wszechczasów, ale to obraz ważny i potrzebny. Dlatego polecam. Więcej o nim pisałam na blogu, kiedy zdobył Oscara – o tutaj.

 


*Machuca (2004), reż. Andrés Wood

Ten film ma nieco więcej niż 10 lat. „Machuca” weszła do kin w 2004 r., stając się jednym z najważniejszych filmów w historii chilijskiego kina. Dlatego też daję ją w bonusie.

Akcja osadzona jest w 1973 r, czyli w gorącym okresie chilijskiej historii, u schyłków rządów Salvadora Allende i u progu zamachu stanu. To opowieść o tym jak społeczno – polityczne różnice mogą zrujnować nawet dziecięce przyjaźnie, a pokazana jest poprzez historię dwóch chłopców (i dziewczyny), pochodzących z różnych klas społecznych i rodzin o odmiennych poglądach politycznych.  „Machuca” z powodu małego budżetu była podobno kręcona tylko w niedzielę. Nie przeszkodziło to jej jednak stać się w Chile obrazem kultowym i zdobyć szereg nagród na festiwalach międzynarodowych. 

UDANYCH SEANSÓW!

 

INNE POSTY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

Najlepsze filmy Ameryki Łacińskiej według rankingu IMDb

Oscar dla Chile! Zobacz krótkometraż „Bear Story”

KINO CHILIJSKIE: Allende en su laberinto (2015)

Joven & Alocada |Chile, 2012|

Chilijskie ‚Prófugos’ w HBO

Chilijskie filmy nagrodzone na Berlinale 2015

 

Monika Trętowska

Author Monika Trętowska

More posts by Monika Trętowska

Join the discussion 12 komentarzy

  • Paulina napisał(a):

    Muszę przyznać, że NIGDY jeszcze nie oglądałam żadnego chilijskiego filmu. W ogóle dla mnie kino Ameryki Łacińskiej jest dość ciężkie na swój sposób w odbiorze, więc może też dlatego mnie nie specjalnie ciągnie w takie wybory ;-)) Ale niektóre propozycje zapowiadają się ciekawie!

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Tematów na „ciężkie” kino w Ameryce Południowej rzeczywiście nie brakuje, choć znajdą się i filmy pozytywne. Może kiedyś wrócisz do tej listy, może się przekonasz, kto wie 🙂

  • Kino chilijskie to temat zupelnie mi nieznany! Nie kojarzę ani jednego z wymienionych przez Ciebie filmów. Ale na pewno wybierając sie w tamte okolice chętnie obejrzalabym coś tam nakręconego więc jest to dobra ściągawka 🙂

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Nie dziwię się, że nie kojarzysz, ale jeśli ta lista kiedyś się przyda dam znać czy film(y) się podobał(y) 🙂

  • ailnicka napisał(a):

    Rzadko oglądam filmy, ale jeśli już, to wybieram z reguły oparte na faktach albo chociaż takie, które dotykają drażliwych tematów. Dlatego z tego zestawienia skusiłabym się na obejrzenie o pedofilii w kościele oraz „Violeta se fue a los cielos’. Koniecznie z napisami.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      „Aurora” też oparta jest na faktach, jakbyś się jednak zdecydowała obejrzeć coś z listy. Jeśli lubisz muzykę, wtedy interesująca będzie „Violeta”. Z napisami 🙂

  • Nasz Mały Świat napisał(a):

    Ja tak samo w ogóle nie znam chilijskiego kina, ale może w krótce to się zmieni :). Na razie jeszcze nadrabiamy kino islandzkie, ale pewnie skusimy się na jakiś film z Twojej listy! 💛

  • Marcin Wesołowski napisał(a):

    Dzięki za polecenie tych ciekawych pozycji, bo jak się zapewne domyślasz, kino chilijskie w Polsce nie jest specjalnie znane!

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Domyślam się i wcale nie dziwię, dlatego też pokusiłam się o post wprowadzający w tutejsze filmowe klimaty 🙂 Pozdrowienia!

  • pojutrze napisał(a):

    Nie oglądałam ani jednej z propozycji 🙁 Muszę poszukać jakiego VOD, który będzie miał je w swoich zbiorach. Choć pewnie nie będzie łatwo.

    • Monika Trętowska napisał(a):

      Niektóre filmy są w całości na youtubie! Kilka chyba nawet z angielskimi napisami, chyba że hablas español i nie potrzebujesz 🙂

Dodaj komentarz